Olsztyn jesienią

Miasto, które najlepiej odkrywać bez pośpiechu.

Są miasta, które najchętniej odwiedza się wyłącznie latem. Olsztyn zdecydowanie do nich nie należy. Gdy Warmia zaczyna przybierać odcienie złota, czerwieni i brązu, stolica regionu pokazuje swoje spokojniejsze, bardziej nastrojowe oblicze. Jeziora pustoszeją, leśne ścieżki pokrywają się liśćmi, Łyna płynie leniwie przez miasto, a olsztyńska starówka nabiera unikatowego klimatu, którego latem trudno doświadczyć.

Zabieram Was dziś w jesienną podróż po mieście Kopernika – bez pośpiechu, za to z historią, naturą, kulturą i smakami regionu w tle. Kto jest gotowy na kolejną wyprawę po jesiennym Olsztynie?

Mam nieodparte wrażenie, że są takie miasta, które do pełni zachwytu potrzebują mgły, chłodniejszego poranka, szelestu liści pod butami i kubka gorącej czekolady wypijanego bez patrzenia na zegarek. Takim miastem, w mojej ocenie, jest właśnie Olsztyn.

Kiedy jesień zaczyna powoli zmieniać kolory Warmii, miasto nabiera zupełnie innego charakteru. Lasy przybierają odcienie złota i czerwieni, jeziora pustoszeją, na Starym Mieście pojawia się więcej ciszy, a brukowane uliczki, ceglane mury i gotyckie budowle zaczynają wyglądać tak, jakby ktoś stworzył je właśnie z myślą o idealnym jesiennym spacerze.

Przyjazd do tego miasta właśnie jesienią pozwolił mi zrozumieć, że Olsztyna nie powinno się zwiedzać w pośpiechu, ani wyłącznie według listy atrakcji. Stolica Warmii ma bowiem tę niezwykłą cechę, że historia, natura i codzienne życie miasta właściwie cały czas są obok siebie, niesamowicie się uzupełniają i co istotne – są na wyciągnięcie ręki.

Wychodzisz z zamku i po chwili jesteś nad Łyną. Idziesz przez centrum, a za moment możesz znaleźć się w lesie. Patrzysz na gotyckie mury, a kilka ulic dalej czeka galeria sztuki współczesnej. A jeśli po całym dniu zwiedzania nadal masz siłę i ochotę na coś więcej, zawsze możesz wskoczyć na rower, wsiąść do kajaka, albo po prostu pospacerować nad jeziorem.

Olsztyn jesienią nie krzyczy: „Zobacz mnie!”. On wcale nie oczekuje atencji, a raczej spokojnie mówi: „Zostań tu na chwilę i przekonaj się, jak magicznie jest tu jesienią”.

Warmia zaczyna się właśnie tutaj

Olsztyn jest stolicą województwa warmińsko-mazurskiego i największym miastem regionu. Jest ważnym ośrodkiem akademickim, kulturalnym i gospodarczym, ale moim zdaniem jego największą siłą jest chyba coś znacznie trudniejszego do zdefiniowania – to połączenie miasta i natury.

Olsztyn jest jednym z najbardziej zielonych polskich miast, jakie dotychczas odwiedziłem. W jego granicach znajduje się kilkanaście jezior, a rozległe tereny leśne niemal wchodzą do centrum miasta. Moim ulubionym spośród tutejszych jezior jest Ukiel.

Latem potrafi być pełne życia, ale jesienią pokazuje zupełnie inne oblicze. Woda staje się spokojniejsza, nad brzegiem jest znacznie mniej ludzi, a drzewa odbijające się w tafli jeziora tworzą scenerię, dla której naprawdę warto wybrać się tutaj właśnie poza sezonem i to jest jeden z powodów, dla których jesienny Olsztyn tak bardzo mi odpowiada. Nie trzeba nigdzie uciekać, żeby poczuć przestrzeń i wewnętrzny spokój.

Stare Miasto i Zamek

Pierwszy spacer po Olsztynie warto rozpocząć oczywiście na Starym Mieście, ale nie polecam robić tego w stylu: zabytek numer jeden, zdjęcie, zabytek numer dwa, zdjęcie, następny punkt. Olsztyńska starówka zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi.

Gotycka architektura, ceglane mury, niewielkie uliczki i niepodrabialna atmosfera sprawiają, że dobrze jest po prostu pozwolić sobie na spacer bez konkretnego celu. Jesienią działa to jeszcze lepiej. Chłodniejsze powietrze, złote liście i miękkie światło sprawiają, że nawet dobrze znane miejsca zaczynają wyglądać inaczej.

Stare Miasto w Olsztynie to miejsce, w którym najlepiej po prostu zwolnić i dać się ponieść spacerowi. Kolorowe kamienice, brukowane uliczki i klimatyczny rynek ze Starym Ratuszem tworzą scenerię, która aż prosi się o kawę w jednej z tutejszych kawiarni.

Moim faworytem jest tu Kawiarnia Moja. Lokal słynie m.in. z marcepana królewieckiego i brukowca mazurskiego, przygotowywanych według tradycyjnych receptur. Można tu również napić się kawy lub herbaty i zjeść śniadanie lub pyszne ciasto.

Warto wejść na starówkę przez Wysoką Bramę, jedyny w pełni zachowany element dawnych miejskich fortyfikacji. Dalej czeka gotycka bazylika św. Jakuba, zaułki pełne restauracji i Targ Rybny, a spacer można zakończyć nad Łyną, gdzie miejski gwar ustępuje miejsca zieleni i spokojniejszej atmosferze.

To właśnie ta mieszanka historii, architektury i codziennego życia sprawia, że olsztyńska starówka ma swój własny, przyjemnie niespieszny klimat.

Nad Łyną znajduje się miejsce, którego podczas pobytu w Olsztynie po prostu nie można pominąć – Zamek Kapituły Warmińskiej. Jego historia sięga XIV wieku, a jednym z najbardziej znanych mieszkańców zamku był Mikołaj Kopernik. W latach 1516–1521 Kopernik pełnił funkcję administratora dóbr kapituły warmińskiej. To właśnie tutaj prowadził również obserwacje astronomiczne. Do dziś zachowała się wykonana przez niego tablica astronomiczna.

I właśnie dlatego wizyta na zamku jest czymś więcej niż kolejnym punktem na turystycznej mapie. Stojąc w miejscu, w którym ponad pięćset lat temu Kopernik zajmował się obserwacją ruchu ciał niebieskich, łatwiej uświadomić sobie, że historia nie zawsze jest czymś odległym. Czasami wystarczy wejść po schodach

Olsztyn potrafi zaskoczyć również w mniej oczywisty sposób. Na dziedzińcu zamku znajduje się średniowieczna kamienna figura, która prawdopodobnie przedstawia mężczyznę interpretowanego jako wojownik lub wódz. Co ciekawe, figura nie pochodzi z Olsztyna. Została odnaleziona w Barcianach, a po II wojnie światowej trafiła na dziedziniec zamku. Dzisiaj jest jednym z charakterystycznych symboli miasta i określa się ją mianem Baby Pruskiej.

Niestety, w związku z planowanymi pracami modernizacyjnymi zamek na kilka lat zostanie wyłączony ze zwiedzania. Szkoda, bo to jedno z tych miejsc, które naprawdę warto zobaczyć na własne oczy.

Ja sam już teraz nie mogę się doczekać ponownego otwarcia zamku. Mam nadzieję, że kiedy drzwi znów zostaną otwarte dla zwiedzających, miejsce to zyska jeszcze więcej powodów, by zatrzymać się w nim na dłużej.

Olsztyn ma swoją rzekę i można za nią podążać

Jeżeli miałbym wskazać jeden element, który pozwala naprawdę dobrze zrozumieć charakter Olsztyna, byłaby to Łyna. Rzeka przecina miasto i jednocześnie prowadzi dalej w stronę warmińskich krajobrazów. Wzdłuż niej biegną trasy piesze i rowerowe, a jednym z ciekawszych sposobów odkrywania okolicy jest Łynostrada.

To nie jest wyłącznie trasa, którą trzeba pokonać od początku do końca. To raczej zaproszenie do podróży i odkrywania uroków Warmii. Raz jedziesz przez las, chwilę później pojawia się otwarta przestrzeń, a następnie znowu wracasz nad rzekę.

Jesienią Łynostrada nabiera dodatkowego uroku. Kolorowe drzewa, chłodniejsze powietrze, liście wirujące na ścieżce i Łyna płynąca spokojnie obok sprawiają, że trudno myśleć o pokonywaniu kolejnych kilometrów jak o sportowym wyzwaniu. Tu ważniejsza jest sama droga, która staje się celem samym w sobie. Nie chodzi o dotarcie z punktu A do punktu B. W tym wszystkim trzeba pamiętać, że Warmia nie lubi pośpiechu.

Olsztyn można także oglądać z poziomu rzeki. Spływy kajakowe pozwalają spojrzeć na miasto z zupełnie innej perspektywy. Miejska zabudowa szybko zaczyna przeplatać się z zielenią, a miejsca znane z perspektywy ulicy wyglądają z kajaka zupełnie inaczej.

Kajak kojarzy się wielu z nas z wypoczynkiem, spokojnym spływem i podziwianiem piękna przyrody, ale na tym wodna historia Olsztyna się nie kończy. To również miejsce, gdzie kajakarstwo ma swoją sportową stronę – wymagającą regularnych treningów, determinacji, ciężkiej pracy i ambicji sięgających najwyższych wyników.

Na olsztyńskich wodach zawodnicy doskonalą technikę, budują formę i przygotowują się do rywalizacji na zawodach. Za każdym startem i każdym sukcesem stoją godziny treningów, wysiłek i konsekwencja. Dlatego patrząc na kajaki w Olsztynie, warto zobaczyć coś więcej niż tylko sposób na rekreację. To również sport, pasja i droga do sukcesu.

Jesienią trzeba oczywiście brać pod uwagę pogodę i temperaturę, dlatego taki spływ warto zaplanować odpowiednio do warunków. Jednego możecie być pewni: ciche zakola rzeki, drzewa w jesiennych kolorach odbijające się w wodzie i Olsztyn oglądany z perspektywy Łyny to coś, czego po prostu warto doświadczyć. 

W Olsztynie podoba mi się to, że nie trzeba organizować żadnej odległej wyprawy, żeby znaleźć się blisko natury. Wystarczy wybrać się do Lasu Miejskiego. To jedno z tych miejsc, które pokazują, dlaczego Olsztyn jest tak wyjątkowy. Można tu spacerować, biegać, jeździć na rowerze czy uprawiać nordic walking, ale jesienią najbardziej polecam po prostu niespieszny spacer lub wyprawę na rowerze. Wiedzieliście, że tutejszy Las Miejski jest jednym z największych kompleksów leśnych w granicach miasta w Polsce. To moim zdaniem idealne miejsce na złapanie oddechu i kontakt z naturą, która potrafi tutaj zainspirować. Po kilku dniach w Olsztynie mam wrażenie, że to świetne miejsce na aktywny wypoczynek i to nie tylko jesienią, ale o każdej porze roku.

Złote drzewa. Miękki dywan liści. Zapach lasu i cisza, która w dużych miastach nie jest wcale oczywistością. Właśnie wtedy najlepiej widać, że Olsztyn nie jest miastem, które tylko „ma tereny zielone” – tutaj natura jest częścią codzienności.

Olsztyn to miasto, w którym natura jest często na wyciągnięcie ręki. Wystarczy ruszyć na spacer, by odkryć parki, rzekę Łynę, jeziora i spokojne alejki, które pozwalają na chwilę zwolnić.

Warto zacząć od Parku Jakubowo, jednego z najstarszych miejskich parków, pełnego starych drzew, stawów i zielonych zakątków. Dalej trasa prowadzi w stronę Parku Podzamcze, gdzie zieleń spotyka się z gotycką architekturą olsztyńskiego zamku.

Kolejnym przystankiem może być Park Centralny – idealne miejsce na spacer wzdłuż Łyny, z charakterystyczną fontanną nawiązującą do Mikołaja Kopernika. Jeśli macie ochotę na więcej ruchu, warto zajrzeć także do Parku im. Janusza Kusocińskiego, popularnego wśród mieszkańców.

Olsztyńskie parki najlepiej odkrywać bez pośpiechu. To właśnie podczas spokojnego spaceru można poczuć, jak wyjątkowo blisko siebie są tutaj miasto, historia i natura.

Filmowy Olsztyn

Spacerując jesienią po Olsztynie, można więc patrzeć na miasto trochę jak na naturalny plan filmowy. Obok reprezentacyjnego Starego Miasta są tu dzielnice i ulice, które zachowały bardziej zwyczajny, nieco surowy charakter, idealny do planów filmowych czy do zdjęć. 

Olsztyn wielokrotnie pojawiał się na filmowej mapie Polski. Jego ulice, kamienice, zaułki i charakterystyczna zabudowa stawały się scenografią dla różnych produkcji. Szczególne miejsce zajmuje tu kultowy serial „Stawka większa niż życie”, którego fragmenty kręcono właśnie w Olsztynie – miejskie plenery udawały w nim inne europejskie miasta.

Filmowe historie związane są także z Zatorzem, któremu poświęcono dokumenty „Chłopcy z Zatorza” i „Dziewczyny z Zatorza”. Dzięki temu Olsztyn można odkrywać nie tylko jako miasto zabytków i jezior, ale również jako miejsce z ciekawą filmową przeszłością. Nie wiem jak Wy, ale ja i mój aparat strasznie lubimy kontrasty, a Olsztyn również pod tym względem potrafi zainspirować.

Murale

Warto zajrzeć także w mniej oczywiste zakątki i zwrócić uwagę na murale. Nie są one wyłącznie miejską dekoracją. Część z nich opowiada o historii Olsztyna, jego mieszkańcach, kulturze i warmińskim dziedzictwie. To trochę tak, jakby miasto opowiadało swoją historię nie tylko za pomocą muzealnych gablot, lecz także poprzez swoje mury.

A co robić, kiedy pada jesienny deszcz?
Olsztyn ma na to plan B

Czasami zamiast złotego słońca dostajemy deszcz. Olsztyn odsłania wtedy swoją kolejną twarz i mam nieodparte wrażenie, że pod tym względem jest lepszy od Greya. Możliwości jest tu zdecydowanie więcej niż 50.

Można odwiedzić Muzeum Przyrody, mieszczące się w zabytkowym XIX-wiecznym pałacu. Ekspozycje przybliżają świat zwierząt i przyrodę Warmii i Mazur, a dla osób zainteresowanych lokalnym środowiskiem jest to ciekawy sposób na poznanie regionu także wtedy, gdy pogoda nie zachęca do spacerów.

Teatr Warmii i Mazur

Teatr Warmii i Mazur to miejsce, gdzie kultura spotyka się z ciekawymi ludźmi oraz z niezwykłym klimatem regionu. Wchodząc do środka, można na chwilę oderwać się od codzienności i zanurzyć w świecie emocji, historii i sztuki. To jeden z tych punktów, które warto odwiedzić, gdy odkrywa się Warmię i Mazury nie tylko oczami turysty, ale też sercem. 

Teatr Lalek

Podczas wizyty w Olsztynie warto zajrzeć do Teatru Lalek. To miejsce pełne kolorów, wyobraźni i niezwykłej atmosfery. Spektakle zachwycają nie tylko najmłodszych, ale również dorosłych, bo przenoszą widzów do świata baśni i fantazji. Jeśli lubicie ciekawe historie i niecodzienne przedstawienia, Teatr Lalek w Olsztynie zdecydowanie warto odwiedzić.

Muzeum Archidiecezji Warmińskiej

Można też zajrzeć do Muzeum Archidiecezji Warmińskiej, gdzie prezentowane są dzieła sztuki sakralnej, dokumenty, księgi, rękopisy, szaty liturgiczne i przedmioty związane z historią Kościoła na Warmii.

To także wyjątkowa okazja, by spojrzeć na Warmię z innej perspektywy, przez sztukę, piękno dawnych przedmiotów i ślady minionych epok. Nie trzeba być znawcą historii czy sztuki, żeby poczuć wyjątkową atmosferę tego miejsca. Wystarczy ciekawość i chwila czasu. Moim zdaniem warto zajrzeć jest właśnie tutaj. Jestem pewny, że niektóre z tych przedmiotów opowiedzą Wam historię, której wcześniej nie znaliście.

Rok 2027 jest na Warmii czasem szczególnym – przypada w nim 150. rocznica objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie, jedynych objawień maryjnych w Polsce uznanych przez Kościół za autentyczne. To doskonała okazja, by odwiedzić również Muzeum Archidiecezji Warmińskiej i jeszcze lepiej poznać duchowe oraz historyczne dziedzictwo tego regionu.

Można również odwiedzić Dom Gazety Olsztyńskiej. To niesamowicie ciekawe miejsce, w którym historia robi się zdecydowanie bardziej poważna.

Gazeta, która była czymś więcej niż gazetą

Dom Gazety Olsztyńskiej znajduje się przy Targu Rybnym. Dzisiejszy budynek jest rekonstrukcją z 1992 roku, ponieważ oryginalny obiekt został zniszczony w czasie II wojny światowej. Warto się tu wybrać, nie tylko dla samego budynku, ale ze względu na to, co skrywa w środku.

Historia tego miejsca jest nierozerwalnie związana z „Gazetą Olsztyńską”, która ukazywała się od 1886 roku i odgrywała ważną rolę w życiu polskiej społeczności na Warmii. Gazeta była nie tylko źródłem informacji. Pomagała podtrzymywać język i polską kulturę w regionie. Dlatego historia jej wydawców i redaktorów jest jednocześnie historią ludzi, którzy w trudnych warunkach starali się zachować swoją tożsamość.

To jeden z tych punktów Olsztyna, które po prostu musicie odwiedzić, szczególnie że obecnie można tu zobaczyć niezwykłą wystawę czasową „Portret – powieść w jednym kadrze”.

Ekspozycja autorstwa dr Kingi Raińskiej i Elżbiety Krupy to niezwykła opowieść, którą udało się zamknąć w kadrach pełnych emocji, historii i refleksji. Panie stworzyły tu miejsce z duszą, które urzekło mnie i zachwyciło na tyle, że nie chciałem opuszczać tej wystawy. Chylę czoła i polecam Wam tu zajrzeć. Jeśli lubicie fotografię, gwarantuję Wam, że nie będziecie żałować. Dziękuję Pani Kustosz za niezwykle ciekawe oprowadzanie po tym wyjątkowym miejscu.

Galeria Sztuki Współczesnej BWA

Warto też wybrać się do Galerii Sztuki Współczesnej BWA. To miejsce przypomina, że Olsztyn nie jest wyłącznie miastem historii. Jest również miastem współczesnej kultury. Organizowane tutaj wystawy obejmują malarstwo, fotografię, rzeźbę, instalacje czy sztukę multimedialną.

Pracują tu fajni ludzie, którzy dbają by sztuka była dostępna dla każdego – w piątki kupicie tu bilet specjalny za symboliczne 2 zł. Obecnie BWA mieści się na czas remontu Planetarium w Hali Urania – tej samej w której odbywają się mecze siatkarzy.

Nie wiem czy wiecie, ale Olsztyn w 2027 roku będzie jednym z miast-gospodarzy Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn! To kolejny powód, by zaplanować wizytę w stolicy Warmii. Wielkie sportowe wydarzenie przyciągnie do miasta kibiców z Polski i zagranicy, a Olsztyn będzie można odkrywać również z perspektywy siatkarskich emocji.

Wracając do BWA – wiecie dlaczego lubię być w takich miejscach? Bo w życiu nie zawsze trzeba wszystko rozumieć. Czasem obraz po prostu przyciąga uwagę, czasem intryguje lub zmusza do zatrzymania się na dłużej, a jeszcze innym razem wychodzisz i przez kilka minut zastanawiasz się, co właściwie przed chwilą zobaczyłeś. Moim zdaniem jesienny dzień jest na takie doświadczenia praktycznie idealny.

Filharmonia Warmińsko-Mazurska

Kolejnym z miejsc, które zdecydowanie warto wpisać na jesienną mapę podróży, jest Filharmonia Warmińsko-Mazurska. To tutaj muzyka spotyka się z elegancką, nowoczesną przestrzenią, tworząc idealne miejsce na wieczór pełen artystycznych wrażeń.

Wizyta w filharmonii to świetny pomysł szczególnie wtedy, gdy po spacerze po jesiennym Olsztynie szukamy chwili wyciszenia i odrobiny wyjątkowej atmosfery. Koncert symfoniczny, muzyka kameralna czy wydarzenie z udziałem znakomitych artystów pozwalają spojrzeć na miasto z zupełnie innej perspektywy.

Obserwatorium Astronomiczne

Kosmicznych wrażeń dostarczy Wam również tutejsze Obserwatorium Astronomiczne. Mieści się ono w dawnej wieży ciśnień na wzgórzu św. Andrzeja, jednym z najwyżej położonych punktów miasta. Już sam budynek jest interesujący.

W środku można poznać historię astronomii i zobaczyć eksponaty związane z obserwacją oraz badaniem kosmosu. Szczególnie ciekawa jest możliwość zobaczenia fragmentów meteorytów pochodzących z obiektów pozaziemskich. I nagle zwykły jesienny dzień w Olsztynie robi się trochę bardziej kosmiczny.

Najpierw spacerujesz po mieście, z którym kilkaset lat temu związany był Kopernik. Kilka godzin później patrzysz na fragment skały, który przybył na Ziemię z kosmosu. Z obserwatorium w Olsztynie rozciąga się naprawdę fajna panorama miasta!  Warto tu wpaść dla tego widoku.

A jeśli jest Wam mało kosmicznych doświadczeń, to możecie również wejść do Symulatora Łazika Księżycowego. Znajdziecie go w Galerii Aura.

Wejście do realistycznej kabiny pozwoli wyruszyć w kilkuminutową podróż po księżycowej powierzchni. Kratery, skały, miejsca lądowań misji Apollo, przestrzenny dźwięk, wibracje, momentami naprawdę można poczuć się jak astronauta.

To nie tylko fajna zabawa, ale też ciekawa opowieść o eksploracji Księżyca, pracy samych astronautów i planach przyszłych misji. Co najważniejsze, jak twierdzi Planetarium, to jedyny taki symulator w Polsce.
Niesamowite jest tu jednak to, że wszystkich tych doświadczeń można zaznać niemal w ciągu jednego dnia.

A jeśli podróżujecie z dziećmi?

Wtedy warto zajrzeć także do Kortosfery – Centrum Popularyzacji Nauki i Innowacji Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. To propozycja dla tych, którzy lubią naukę podaną w bardziej angażującej formie.

Można zajrzeć w głąb własnego organizmu, poznać tajemnice ludzkiego mózgu, sprawdzić swoje zmysły, a także przekonać się jak nauka pomaga zrozumieć świat, który na co dzień wydaje się zupełnie oczywisty.

To propozycja dla tych, którzy lubią naukę podaną w bardziej angażującej formie. Tutaj nie trzeba ograniczać się do oglądania eksponatów – można eksperymentować, sprawdzać, dotykać i samodzielnie odkrywać, jak działają różne zjawiska. Na odwiedzających czekają interaktywne stanowiska i doświadczenia związane m.in. z człowiekiem, przyrodą, żywnością czy nowoczesnymi technologiami.

A jeśli pogoda nadal nie rozpieszcza, można wybrać jeszcze jedną opcję. Olsztyńska Aquasfera oferuje m.in. basen olimpijski, zjeżdżalnie, rwącą rzekę, jacuzzi, bicze i kaskady wodne oraz brodzik dla najmłodszych. Dostępna jest również strefa saun.

Czyli nawet jeśli jesienna aura powie: „Dzisiaj nie wychodzimy”, Olsztyn odpowiada: „Spokojnie, poradzimy sobie z deszczem”.

Wizyta w Olsztynie to też idealny czas na odkrywanie smaków Warmii. Po całym dniu spacerów, muzeów, zamku i Łyny przychodzi moment, kiedy człowiek przestaje szukać kolejnej atrakcji. Zaczyna szukać miejsca, w którym można usiąść, odpocząć i zjeść coś pysznego. Olsztyn ma na to całkiem dobry pomysł.

Cudne Manowce

Cudne Manowce to miejsce, do którego warto zajrzeć, gdy po zwiedzaniu przychodzi pora na coś naprawdę dobrego. Przytulne wnętrze, regionalne smaki i kuchnia, która czerpie z tradycji Warmii i Mazur, tworzą tu wyjątkowy klimat. To dobry adres, żeby zatrzymać się na chwilę, zjeść niespiesznie i przy okazji odkryć Olsztyn także od kulinarnej strony.

Więc jeśli jesteście w Olsztynie i macie ochotę spróbować Warmii na talerzu, koniecznie zajrzyjcie do Cudnych Manowców. To miejsce, w którym regionalna kuchnia zdecydowanie nie jest nudna.

Warto skosztować dzyndzałków warmińskich –  niewielkich, ręcznie lepionych pierożków, które kuszą delikatnym ciastem i aromatycznym farszem.

Karmuszka to z kolei rozgrzewająca, treściwa zupa, idealna po długim spacerze po mieście. Miłośnicy bardziej wyrazistych smaków mogą sięgnąć po gęsinę lub dziczyznę, a wielbiciele ryb – po świeżego sandacza czy okonia. Do tego podpłomyki, które aż proszą się o to, by odrywać je po kawałku i dzielić się nimi przy stole.

Mnie szczególnie spodobało się to, że można tu nie tylko dobrze zjeść, ale też trochę „posmakować” historii regionu. Na talerzach pojawiają się dawne warmińskie smaki, lokalne produkty i potrawy, które mają swoją opowieść. Cudne Manowce to zdecydowanie adres dla tych, którzy podczas podróży lubią odkrywać miejsce również przez jego kuchnię – najlepiej, przy dobrym jedzeniu i z dokładką. Zachwyciły mnie tu dwie zupy: rosół z gęsi z domowymi zacierkami oraz zupa pokrzywowa ze ślimakami. Na deser polecam Wam bezę z kremem orzechowym.

Ciekawostką jest też „Maść czarownic do latania” – smarowidło na bazie tłuszczu gęsiego i wieprzowego, z cebulą, jabłkiem, ziołami i podrobami z gęsi. Warto też zabrać na wynos pyszne produkty od lokalnych dostawców.

Legendarny Olsztyn

Olsztyn ma też swoje inspirujące legendy i jeśli lubicie spacery po zmroku, warto poszukać bohaterów szlaku „Tropami baśni i legend Warmii i Mazur”. W Olsztynie można spotkać postacie związane z dawnymi opowieściami i legendami regionu. To właśnie takie detale sprawiają, że miasto ma własny charakter i może być ciekawym kierunkiem także dla tych, którzy lubią odkrywać miejsca nie tylko przez pryzmat najbardziej znanych atrakcji.







Szlak św. Jakuba

Przez Olsztyn prowadzi również Droga św. Jakuba, czyli jeden z najważniejszych europejskich szlaków pielgrzymkowych. Jej symbolem jest muszla św. Jakuba.

Warmińskie odcinki szlaku są częścią większej sieci dróg, które od stuleci prowadzą pielgrzymów przez Europę. Nie trzeba oczywiście wyruszać na wielodniową pielgrzymkę, żeby poczuć atmosferę tej trasy. Czasami wystarczy przejść fragment. Kilka kilometrów. Kilka godzin.

Będąc w Olsztynie, warto zatrzymać się także przy Katedrze św. Jakuba Apostoła – jednym z najważniejszych zabytków miasta. Jej charakterystyczna, gotycka sylwetka od wieków wpisuje się w panoramę Olsztyna, a wnętrze pozwala na chwilę wyciszenia, z dala od miejskiego zgiełku.

Warmiński odcinek tej tradycji można więc potraktować nie tylko jako trasę na mapie, ale również jako zaproszenie do spokojniejszego podróżowania.

Warto wejść do środka i na chwilę usiąść w chłodnym, gotyckim wnętrzu. Wysokie sklepienia, światło wpadające przez okna i cisza sprawiają, że nawet krótka wizyta nabiera wyjątkowego charakteru. A kiedy znów wyjdziemy na olsztyńskie ulice, miasto wydaje się trochę inne – jakbyśmy na moment zwolnili jego tempo.

Moim zdaniem fajnie jest przejść przynajmniej fragmentem trasy, która od wielu lat prowadzi pielgrzymów do Santiago de Compostela. Wtedy zwykły spacer zaczyna mieć zupełnie inną perspektywę.

Komunikacja miejska

Olsztyn można zwiedzać na różne sposoby m.in. pieszo, rowerem, hulajnogą, albo przy gorszej pogodzie, wskakując do miejskiego tramwaju czy autobusu. Komunikacja miejska sprawnie łączy centrum z bardziej oddalonymi dzielnicami, a charakterystyczne tramwaje stały się jednym z symboli współczesnego miasta.

Warto jednak nie spieszyć się z przejazdem – wiele najciekawszych miejsc znajduje się na tyle blisko siebie, że najlepiej odkrywać je spacerem. Dzięki temu można po drodze zajrzeć w boczną uliczkę, przysiąść na chwilę nad Łyną albo trafić na miejsce, którego nie ma w żadnym planie wycieczki.

Mam też dla Was dobrą wiadomość – bilet całodobowy (24-godzinny) w Olsztynie na komunikację miejską kosztuje obecnie tylko 15,00 zł w strefie 1 (w granicach miasta) oraz 16,00 zł w strefach 1+2 (obejmujących linie aglomeracyjne), a za bilet ulgowy zapłacicie o 50% taniej.

Komunikacja miejska w Olsztynie jest nowoczesna, zadbana i wygodna. Charakterystyczne tramwaje i autobusy są czyste i schludne, dzięki czemu podróżowanie po mieście jest przyjemne także dla turystów.

Dlaczego warto przyjechać na Warmię jesienią?

Bo wtedy Warmia pokazuje swoją najbardziej spokojną twarz. Dla jezior, które po letnim sezonie odzyskują ciszę. Dla lasów, które jesienią stają się jednym wielkim spektaklem kolorów. Dla Łyny, która prowadzi przez miasto i dalej, w stronę warmińskiego krajobrazu. Dla roweru, bo Łynostrada pozwala zobaczyć region w rytmie, którego nie da się poczuć zza szyby samochodu (WIELKIE DZIĘKI za wypożyczenie roweru dla cudownej Pani Doroty Kłyszewskiej z Hotelu HP Park Olsztyn – macie u Was pyszną pomidorową i jeszcze lepszy serniczek). Dla historii, która w Olsztynie jest niemal na każdym kroku. Dla Kopernika, którego obecność wciąż jest tu zaskakująco namacalna. Dla muzeów i kultury, które pokazują, że Warmia to nie tylko natura. Dla kawiarni, restauracji i lokalnych smaków, bo chłodny jesienny wieczór aż prosi się o coś ciepłego. Dla niesamowicie życzliwych ludzi – mieszkańcy Olsztyna są naprawdę wyjątkowi i wreszcie – dla spokoju, którego można tu doświadczyć. Tego nie da się pokazać w przewodniku. Trzeba przyjechać i poczuć to samemu.

Kiedy wyjeżdżałem z Olsztyna, miałem poczucie, że zobaczyłem sporo, ale jednocześnie zostało mi w głowie kilka miejsc, do których chciałbym wrócić.

Nad Łynę, nad Ukiel, na kolejną trasę rowerową, na spacer po lesie, do zamku i planetarium. Ale i na pyszne słodkości do Kawiarni Moja czy do Cudnych Manowców – bo oba te miejsca są nie tylko pyszne, ale i magiczne.

Warto było odkrywać miasto, które jesienią jest trochę spokojniejsze, a na ulicach nie ma już letniego pośpiechu. Chyba właśnie to jest najlepsza rekomendacja dla miasta – nie to, że można je odwiedzić, tylko to, że po wyjeździe zaczyna się myśleć o kolejnym powrocie.

Dlatego jeśli zastanawiacie się dokąd pojechać tej jesieni, mam jedną propozycję – nie szukajcie koniecznie kolejnego zagranicznego kierunku – wybierzcie kierunek: Warmia, a najlepiej zacznijcie od Olsztyna.

Może się okazać, że za rogiem gotyckiego zamku czeka Łyna, za Łyną las, za lasem jezioro, a gdzieś pomiędzy nimi – miasto, które zamiast krzyczeć „zobacz mnie”, spokojnie mówi: „Usiądź, zostań chwilę i poznaj mnie bliżej”.

Olsztyn to miasto, którego nie trzeba zdobywać. Trzeba je poczuć i do tego Was dziś zachęcam.

Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu – cześć!

Na koniec chciałbym z całego serca podziękować Miastu Olsztyn za niezwykłą gościnność i serdeczność, z jaką zostałem przyjęty. Dziękuję za piękne upominki i wszystkie spotkania, które sprawiły, że ten pobyt był czymś znacznie więcej niż tylko podróżą.

Szczególne podziękowania za zaproszenie składam na ręce Pani Dyrektor Alicji Dzietowieckiej oraz Pana Krzysztofa Otolińskiego.

Wracam z Olsztyna nie tylko z pełnym aparatem fajnych kadrów i głową pełną wspomnień, ale przede wszystkim z ogromną sympatią do tego miasta i jego mieszkańców. Dziękuję też za niesamowitą życzliwość Pani Barbarze Pawliczuk z Hotelu Hampton by Hilton, który jest idealnym wyborem na City Break w Olsztynie. 

Słowa uznania  należą się również dla Pana Tomasza Derdonia z Kawiarni Moja – Wasze Marcepany Królewieckie, doskonała beza i wiele innych pysznych słodkości, sprawiły, że czułem się jak w niebie. Gratuluję też zdobycia nagrody Wawrzynu Polskiej Turystyki Kulinarnej! 

Olsztynie mam cichą nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Do zobaczenia!

 

Bądź na bieżąco!

Śledź moje wyprawy: ZOBACZ WYPRAWY
Więcej zdjęć znajdziesz na INSTAGRAMIE
 Zajrzyj również na mojego FACEBOOKA 
 Podobał Ci się wpis? Zostań moim Patronem 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Halinie Piórkowskiej-Karuś oraz Miastu Olsztyn.

DZIĘKUJĘ WAM

#olsztynjesienią#ivisitolsztyn #visitpoland #olsztyn

Stein am Rhein

Stein am Rhein – miejscowość jak z bajki,
w której naprawdę można się zakochać

Kiedy myślicie o Szwajcarii, przed oczami pojawiają się zapewne ośnieżone alpejskie szczyty, perfekcyjnie działające pociągi, sery z większą liczbą dziur niż niejedna teoria spiskowa i czekolada, której trudno odmówić. Ale Szwajcaria potrafi zaskakiwać. Chcę dziś zabrać Was w wirtualną podróż do Stein am Rhein, klejnotu nad dolnym biegiem Renu, który wygląda jak niesamowite miejsce z ilustrowanej bajki. 

Znajdziecie tu m.in. kolorowe, malowane fasady domów, wyjątkowo pyszne restauracje i zamek na wzgórzu, z którego widok zapiera dech w piersiach. Ale wróćmy do początku, i choć czekaliście na ten wpis jak na kawałek prawdziwej szwajcarskiej czekolady – słodko i z niecierpliwością oraz utęsknieniem, to jestem pewien, że na koniec uznacie, że warto było czekać, ale najlepiej przekonajcie się o tym sami, dobrej lektury!

A jak Atrakcje Stein am Rhein

Już pierwszy spacer po Starym Mieście sprawia, że człowiek odruchowo sięga po aparat fotograficzny, a chwilę później zaczyna zastanawiać się, czy przypadkiem nie trafił na plan filmowy.

Serce miasteczka tworzy niewielkie, ale zachwycająca Stare Miasto pełne drewniano-szachulcowych domów, których historia sięga nawet XV i XVI wieku. Jednak to nie wiek budynków robi największe wrażenie, lecz ich fasady. Każda z nich opowiada własną historię. Znajdziemy tu sceny z mitologii, odniesienia do dawnych zawodów czy wydarzeń historycznych. To trochę jak Instagram sprzed kilkuset lat – tylko zamiast filtrów były ręcznie malowane dzieła sztuki na budynkach.

Nic dziwnego, że Stein am Rhein otrzymało prestiżową nagrodę Wakker za wzorową ochronę zabytkowej architektury. Co więcej, większość starego miasta pozostaje strefą pieszą, dzięki czemu można chłonąć atmosferę tego miejsca bez hałasu samochodów. Cisza jest tu niemal tak cenna jak szwajcarskie zegarki.

Autentyczność zabudowy sprawiła również, że miasteczko wielokrotnie stawało się planem filmowym dla produkcji historycznych i baśniowych. Spacerując po uliczkach, naprawdę można mieć wrażenie, że za rogiem zaraz pojawi się rycerz, kupiec albo przynajmniej ktoś sprzedający eliksir na wieczną młodość i zachwyt Szwajcarią.

Kolejnym obowiązkowym punktem obok Starego Miasta jest dawne opactwo benedyktynów. To właśnie jego przeniesienie w 1007 roku dało początek rozwojowi miejscowości. Gotyckie wnętrza, krużganki, freski i dawny refektarz sprawiają, że czas zwalnia tutaj do średniowiecznego tempa. Można być pewnym, że aparat fotograficzny pokocha to miejsce.

A skoro mowa o klasykach gatunku – czas na zamek. Położony na wzgórzu zamek Hohenklingen został zbudowany około 1225 roku i należy do nielicznych twierdz regionu, które nigdy nie zostały zniszczone przez działania wojenne. Przez wieki pełnił funkcje obronne i administracyjne, a dziś przyciąga przede wszystkim jednym pięknym widokiem. Z góry rozciąga się panorama na Stein am Rhein, błękitne wody Renu, Jezioro Bodeńskie oraz zielone wzgórza. To właśnie tutaj powstają piękne zdjęcia i momenty zachwytów, które pozostają z Wami na zawsze.

Jeżeli lubicie miejsca z nutą tajemnicy, koniecznie odwiedźcie Hexenturm, czyli Wieżę Wiedźm. W średniowieczu pełniła funkcję więzienia dla osób oskarżanych o czary oraz dla złodziei. To mniej bajkowa, ale równie fascynująca część historii miasta, przypominająca, że za pięknymi fasadami często kryją się opowieści o znacznie mroczniejszym charakterze. To miejsce pozwala odkryć trochę mroczniejszą stronę miasteczka.

B jak Bodeńskie Jezioro i Ren

Jednak Stein am Rhein to nie tylko zabytki. To również miejsca, w których warto po prostu zwolnić. Spacer wzdłuż Renu działa lepiej niż niejeden poradnik o work-life balance. Szum wody, spokojna atmosfera i malownicze krajobrazy sprawiają, że nawet najbardziej zabiegani podróżnicy zaczynają chodzić wolniej. A jeśli nie zwolnią sami, to zrobią to za nich widoki, przy których każdy będzie musiał się zatrzymać, choćby na moment.

To właśnie tutaj Ren opuszcza Jezioro Bodeńskie, tworząc niezwykle malowniczą scenerię. Polecam także wybrać się na rejs po rzece. Perspektywa miasteczka oglądanego z pokładu łodzi pozwala odkryć jego zupełnie inne oblicze. To jedna z tych atrakcji, które zostają w pamięci długo po powrocie do domu. O szczegółach opowiem jednak przy okazji kolejnej podróżniczej historii.

C jak ceny, cenne informacje i czas na coś pysznego

Po całym dniu spacerowania między średniowiecznymi kamienicami, wspinania się do zamku i fotografowania kolejnych bajkowych fasad przychodzi moment, kiedy organizm wysyła bardzo jasny komunikat: „historia historią, ale teraz poproszę coś do jedzenia i chwilę odpoczynku w hotelu”.

W Stein am Rhein znalazłem idealny adres na kulinarną przerwę. Restauracja znajduje się tuż nad Renem, a widok z tarasu sprawiają, że nawet zwykła kawa smakuje odrobinę lepiej. A może to po prostu magia tego miejsca?

Tutejsza kuchnia opiera się na regionalnych produktach i sezonowych składnikach, ale wyraźnie czuć w niej również francuskie inspiracje. Miejsce to słynie od lat słynie przede wszystkim z dań rybnych i należy do prestiżowego stowarzyszenia „Zum Goldenen Fisch”, zrzeszającego najlepsze restauracje specjalizujące się w rybach w całej Szwajcarii.

Jeżeli miałbym wskazać dania, których warto spróbować, na pierwszym miejscu znalazłby się lokalny Staaner Fischtopf – aromatyczny rybny kociołek będący jedną ze specjalności restauracji. Świetnym wyborem jest również filet z sandacza po rheinfelsku (Zanderfilet nach Rheinfelsart), a także świeże ryby zależne od aktualnego połowu. To właśnie takie dania najlepiej oddają charakter regionu położonego między Renem a Jeziorem Bodeńskim.

Dla miłośników klasycznej kuchni szwajcarskiej i europejskiej znajdą się również wysokiej jakości mięsa, tatar wołowy czy sezonowe propozycje szefa kuchni. A na deser? Jeśli zobaczycie w karcie tarte tatin lub crème brûlée, nie wahajcie się ani chwili. Zwiedzanie średniowiecznych miasteczek spala kalorie, a przynajmniej taką wersję wydarzeń przyjmijmy na potrzeby tego wpisu.

No dobrze, jesteśmy w Szwajcarii, więc pytanie o ceny pojawia się szybciej niż pytanie o pogodę. Za danie główne w Rheinfels należy liczyć średnio około 45–65 CHF, natomiast lunchowe propozycje zaczynają się od około 26,50 CHF. Średni rachunek za osobę przy pełnym obiedzie z napojem wynosi około 60–70 CHF. To poziom typowy dla dobrej restauracji w turystycznej części Szwajcarii. Czy jest tanio? Dla wielu Polaków pewnie nie, ale czy warto?

Zdecydowanie tak. Bo czasami płaci się nie tylko za posiłek, ale również za klimat miejsca i widok na spokojnie płynący Ren, zabytkowe mury pamiętające setki lat historii i atmosfer, w której chciałoby się pozostać na dłużej. A uwierzcie mi – takie wspomnienia wyjątkowo trudno przeliczyć na franki.

Warto pamiętać, że Stein am Rhein leży w kantonie Szafuza (Schaffhausen). Miasteczko jest łatwo dostępne koleją, a z Zurychu dotrzecie tu w mniej niż godzinę. Warto zaplanować sobie minimum cały dzień na zwiedzanie, bo zakamarki tego niewielkiego miasteczka skrywają wiele urokliwych miejsc.

Przyjeżdżając tu, warto mieć ze sobą Swiss Travel Pass – wyjątkową kartę dla turystów, która zapewnia nieograniczone podróże transportem publicznym: kolejami, autobusami, tramwajami i statkami po jeziorach i rzekach. Daje to pełną swobodę przemieszczania się po całym kraju.

Dodatkowo Swiss Travel Pass gwarantuje bezpłatny wstęp do ponad 500 muzeów w całej Szwajcarii – jeśli po wizycie w Stein am Rhein zechcecie poznać więcej zamków, muzeów regionalnych czy galerii, warto wiedzieć, że z tą kartą wiele z nich odwiedzicie bez dopłat.

Zürich, Swiss Travel Pass E-Ticket

Ponadto posiadanie tej karty zapewnia zwykle zniżki do ok. 50 % na wybrane kolejki górskie i wyciągi, a na kilka szwajcarskich tras – nawet darmowy wjazd. W miastach nie musicie kupować osobnych biletów tramwajowych czy autobusowych. Dzięki temu Swiss Travel Pass to nie tylko narzędzie do wygodnego dotarcia do Stein am Rhein, ale też sposób na bardziej ekonomiczne zwiedzanie całej Szwajcarii.

W Stein am Rhein zatrzymałem się w Hotelu Rheinfels. Położony jest on w centrum miasteczka i mieści się w zabytkowym budynku z XIV wieku i ma bardzo intrygujący klimat. Znajduje się tu również wspomniana wcześniej restauracja z dużym tarasem i pięknym widokiem na rzekę.

W hotelu oczywiście można korzystać z bezpłatnego Wi-Fi. Choć mój pokój był wyposażony w wygodne łóżko, telewizor i minibar, to i tak widok z okna na rzekę skupiał całą moją uwagę. Dużym plusem jest też lokalizacja – hotel oddalony jest od pięknego Starego Miasta o kilka minut spacerem, około 300 metrów od klasztoru św. Jerzego i 900 metrów od zamku Hohenklingen. To idealna baza wypadowa do poznania tej urokliwej części Szwajcarii.

Dlaczego warto tu przyjechać?

Stein am Rhein jest miejscem, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Po całym dniu zwiedzania można mieć wrażenie, że cofnęliśmy się o kilka stuleci. Różnica polega jedynie na tym, że po drodze nadal znajdziemy świetną kawę, dobrą restaurację i Wi-Fi dla tych, którzy nie potrafią całkowicie odłączyć się od reszty świata. Zjecie tu pyszne lody i kupicie unikatowe pamiątki.

To idealny kierunek na romantyczny weekend, rodzinny wyjazd lub spokojny przystanek podczas większej podróży po Szwajcarii. A gdy zapadnie zmrok, dzieje się coś wyjątkowego. Oświetlone freski, brukowane uliczki i spokojnie płynący Ren tworzą atmosferę niczym z filmu fantasy. Takiego, w którym bohater jeszcze nie wie, że za chwilę rozpocznie największą przygodę swojego życia i właśnie dlatego Stein am Rhein nie jest po prostu kolejnym punktem na mapie. To miejsce, które przypomina, że czasami najpiękniejsze podróże zaczynają się tam, gdzie kończą się nasze wyobrażenia o danym kraju.

Moja podróż do Szwajcarii odbyła się na zaproszenie My Switzerland. Dziękuję za niezwykłą gościnność, życzliwość oraz każdy moment, który uczynił tę wyprawę tak wyjątkową. To były dni pełne inspiracji, zachwytu i wspomnień, które zostaną ze mną na długo. 

Bądź na bieżąco!

Śledź moje wyprawy: ZOBACZ WYPRAWY
Więcej zdjęć znajdziesz na INSTAGRAMIE
 Zajrzyj również na mojego FACEBOOKA 
 Podobał Ci się wpis? Zostań moim Patronem 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Halinie Piórkowskiej-Karuś oraz Narodowej Organizacji Turystycznej Szwajcarii.

DZIĘKUJĘ WAM

#swisstravelsystem #ineedswitzerland #inlovewithswitzerland

Bogdanka LUK Lublin VS Aluron CMC Warta Zawiercie

Finał PlusLigi pod napięciem: wielka siatkówka,
wielkie emocje i jeszcze większe kontrowersje.

Chwilę się zastanawiałem, czy dzielić się z Wami przemyśleniami po meczu i tworzyć ten wpis, jednak emocje związane z tym wydarzeniem sprawiły, że postanowiłem zabrać swój, siłą rzeczy subiektywny głos w sprawie drugiego meczu finałowego PlusLigi pomiędzy Bogdanka LUK Lublin a Aluron CMC Warta Zawiercie. Mecz od początku zapowiadał się jako starcie pełne emocji i dokładnie taki był. Na parkiecie zobaczyliśmy widowisko na najwyższym sportowym poziomie, z dramatycznymi zwrotami akcji, indywidualnymi popisami i walką o każdy punkt. Niestety, równie dużo mówi się o tym, co działo się poza czysto sportową rywalizacją.

Siatkarskie widowisko z najwyższej półki…

Spotkanie stało pod znakiem ogromnej intensywności i zmienności. Obie drużyny potrafiły przejmować inicjatywę, a walka o wynik meczu wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. Szczególnie wyróżniał się Wilfredo Leon, który momentami wręcz brał ciężar gry na siebie, był kluczową postacią ofensywy Lublina i w pełni zasłużenie został MVP meczu. W drużynie Zawiercia błyszczał Bartłomiej Bołądź i moim zdaniem był obok Aaron’a Russell’a jednym z najjaśniejszych punktów drużyny, zdobywając kluczowe punkty w ataku dla drużyny gości.

Bogdanka pokazała charakter, odrabiając straty i ostatecznie doprowadzając do wyrównania w serii finałowej. Zawiercie z kolei udowodniło, że nieprzypadkowo znalazło się w finale, ich gra była poukładana, a odpowiedzi na trudne momenty często natychmiastowe.

Niepotrzebne w tym wszystkim były tylko nerwy i sporne decyzje…

Niestety, obok sportowej jakości pojawił się drugi, znacznie mniej przyjemny temat, a mianowicie decyzje sędziowskie. W trakcie meczu nie brakowało sytuacji, które wywoływały protesty zawodników, żywe reakcje trenerów oraz ogromne emocje na trybunach. Jestem na praktycznie każdym meczu Bogdanki w tym sezonie w Hali Globus, ale takiego oburzenia lubelskich kibiców jeszcze nie widziałem i mam nadzieję, że więcej nie zobaczę.

W kilku kluczowych momentach decyzje arbitrów były szeroko kwestionowane, zarówno przez zawodników, trenerów, ale i samych kibiców. Powtórki telewizyjne tylko podgrzewały atmosferę, bo w niektórych przypadkach trudno było oprzeć się wrażeniu, że błędy sędziów rzeczywiście miały miejsce. Co istotne, część obserwatorów zwracała uwagę, że kontrowersyjne decyzje częściej działały na korzyść zespołu z Zawiercia, choć trzeba uczciwie zaznaczyć, że takie oceny bywają subiektywne i wynikają z emocji chwili, a człowiek też ma prawo do błędu. Kulminacją napięcia były reakcje z trybun, skandowanie w kierunku sędziów pokazało, jak bardzo kibice czuli się rozczarowani i sfrustrowani. Takie sytuacje zawsze rzucają cień na widowisko, które sportowo powinno bronić się samo.

Czy sędziowie wypaczyli wynik?

To najważniejsze pytanie i tutaj warto zachować chłodną głowę. Mimo licznych kontrowersji, wiele głosów ze środowiska siatkarskiego (w tym samych zawodników) wskazuje, że błędy sędziowskie nie zadecydowały o końcowym wyniku meczu, choć oczywiście mogły.

Bogdanka wygrała dzięki jakości sportowej, determinacji i lepszym momentom w kluczowych fragmentach spotkania. Mam też nieodparte wrażenie, że ta sportowa złość podkręciła jeszcze bardziej zawodników z Lublina, nie wspominając już o kibicach. Zawiercie natomiast pozostawiło po sobie obraz drużyny walczącej do końca. Ostateczny rezultat na szczęście był efektem gry, a nie decyzji arbitrów, ale i tak mam swoje krytyczne zdanie na ten temat, którego raczej nie zmienię.

Mecze finałowe zasługują na wielką jakość w każdym aspekcie…

Środowy mecz miał wszystko, czego można oczekiwać od finału: dramaturgię, gwiazdy, zwroty akcji i ogromne emocje. Szkoda tylko, że część tej historii została zdominowana przez dyskusje o sędziowaniu, które bądźmy szczerzy pozostawiło wiele do życzenia.

Jedną z kontrowersyjnych decyzji była ta po zagrywce Marcina Komendy, swoją drogą, tak zdenerwowanego w meczu kapitana Bogdanki, to na boisku nigdy wcześniej nie widziałem. Fakty są takie, że sędzia zmienił decyzję po weryfikacji i uznał aut, choć w  mojej ocenie z powtórki było widać, jak spadająca piłka dotyka linii końcowej. Podobnie też postrzegała to zdecydowana większość kibiców patrząc na telebimy w Hali Globus.

Kolejny punkt dla Zawiercia sędziowie przyznali za akcję Jacksona Younga, gdy uznano błąd techniczny, co wywołało ogromne protesty i reakcję trybun.

Bardzo wątpliwą decyzją była również ta po akcji, w której Bartek Bołądź przebijał piłkę ze strony Bogdanki i nie sądzę, by będąc w tym konkretnym miejscu, był w stanie tak ją przebić, żeby wracała ona na drugą stronę półtora metra od antenki.

Mnie najbardziej zaskakuje to, że ta cała seria niezrozumiałych decyzji ma miejsce w końcówce meczu o tak wysoką stawkę. Moim zdaniem sędziowie stracili panowanie nad spotkaniem, co powinno mocno dać do myślenia, czy powinni brać udział w kolejnych rywalizacjach w walce o finał między tymi dwoma drużynami.

Jak wspomniał atakujący Lublinian Mateusz Malinowski, który świetnie prezentował się w tym meczu: „Od15 lat gram w PlusLidze i to nie jest pierwszy raz, kiedy z udziałem tego sędziego dzieją się podobne rzeczy. Nie chcę tego roztrząsać, żeby nie zostać ukaranym. Nie pierwszy raz w meczu sędzia mnie oszukuje albo nie widzi ewidentnych piłek po bloku. Jednak wszystkie kontrowersyjne decyzje sędziów mnie w tym meczu napędzały i działały pozytywnie”.

Mam nieodparte wrażenie, że cała ta napięta sytuacja obudziła w zawodnikach Bogdanki potężniejszą niż pokłady węgla u ich sponsora, wolę walki i chęć wygrania tego meczu. Śmiem twierdzić, że wynik obronił się sportowo, ale to poczucie sprawiedliwości, zarówno na parkiecie, jak i na trybunach, zostało nadwyrężone. Dlatego dla dobra kolejnych meczy sędziowania nie powierzyłbym tym sędziom. Bo chcę mieć poczucie, że bez względu czy po zwycięstwo finalnie sięgnie Bogdanka czy Zawiercie, to będzie to efektem sportowej rywalizacji, a nie wątpliwych decyzji sędziów.

Na przyszłość warto wyciągnąć wnioski. Mecze o najwyższą stawkę wymagają nie tylko najlepszych zawodników, ale również arbitrów, którzy będą poza wszelkimi podejrzeniami, pewnych, konsekwentnych i przede wszystkim obiektywnych. Takich, którzy nie staną się głównymi bohaterami widowiska. Bo przykro to podsumować, ale tak było tym razem w Lublinie.

Nie wiem jak Wy uważacie, ale ja sądzę, że finał PlusLigi powinien kończyć się dyskusją o siatkówce, a nie o gwizdkach. Szkoda żeby w tak ważnych meczach momentami zawodnicy obu drużyn częściej niż na stronę przeciwnika spoglądali w kierunku sędziów, jakby to tam, a nie na parkiecie, zapadały najważniejsze rozstrzygnięcia.

Życzę też sobie i Wam, by żadna hala, nawet w największych emocjach, nie czuła potrzeby skandowania słów, które nigdy nie powinny paść na takim sportowym święcie. Trzymam kciuki za jutrzejszy mecz i niech zwycięży lepszy. Na koniec zostawiam Wam jeszcze kilka kadrów z tego pełnego emocji meczu. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu – cześć.

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team i Halina Piórkowska Karuś

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

Diavolezza

Diavolezza – ABC o diabelnie pięknym obliczu Szwajcarii

Diavolezza to miejsce, gdzie piękno natury spotyka się z tajemnicami legend. Zabieram Was dziś do jednego z najbardziej spektakularnych miejsc w szwajcarskich Alpach. Możecie zapomnieć o zwykłych punktach widokowych. Diavolezza to miejsce, które zaczyna się w legendzie, a kończy tam, gdzie zapiera człowiekowi dech w piersi – na wysokości prawie 3 000 m n.p.m., tuż obok lodowców i czterotysięcznych gigantów Alp Wschodnich. Jedno jest pewne: gdyby Alpy miały okładkę magazynu, byłaby to właśnie Diavolezza. Jeśli jesteście gotowi na piękne widoki, to zapraszam do dzisiejszego wpisu.

A JAK ALPY I ATRAKCYJNA DIABLICA

Diavolezza to nie tylko popularny szczyt w Alpach Szwajcarskich, znajdujący się na 2978 m n.p.m. To wyjątkowa przestrzeń dla fotografów znana z zapierających dech w piersiach widoków na lodowce Piz Palü i Piz Bernina. Alpy, które tu Was ugoszczą, sprawią, że pokochacie to miejsce od pierwszego wejrzenia.

Sama nazwa Diavolezza pochodzi od legendy o uwodzicielskiej górskiej nimfie, kobiecej diablicy, która miała uwodzić mężczyzn. Podobno czasem nadal można ją usłyszeć wśród echa lodowych ścian pięknych Alp.  Mówiono, że pojawiała się o świcie, gdy słońce dopiero muskało lodowce światłem. Miała włosy w kolorze ognia i spojrzenie, które potrafiło zatrzymać wędrowca w pół kroku.

Nie była zła, ale była niebezpieczna niczym Alpy. Diavolezza uwielbiała wysokości. Przesiadywała na skalnych balkonach, skąd mogła obserwować lodowe rzeki i szczyty odbijające się w chmurach. Czasem schodziła niżej, kusząc pasterzy i podróżników, którzy zapuszczali się zbyt daleko w nieznane. Ci, którzy podążyli za nią, nigdy już nie wrócili, niektórzy mówią, że zaginęli w szczelinach lodowca, inni, że zostali na zawsze, zaczarowani pięknem gór.

Pewnego dnia młody myśliwy zobaczył ją na skraju przepaści. Zamiast uciec, spojrzał jej w oczy. Diavolezza uśmiechnęła się po raz pierwszy z żalem. Wiedziała, że świat ludzi i świat gór nie mogą się w pełni połączyć. Gdy słońce zaszło, rozpłynęła się w powietrzu jak mgła nad lodowcem.




Mi Diavolezza ukazała się jako duch tutejszych gór. Jej włosy to płonące zachody słońca nad Berniną, jej szept to wiatr świszczący na grani, jej oczy odbijały się w błękicie lodowców i wszystko to sprawiało, że moje serce biło szybciej.

Mówi się, że gdy staniecie na tarasie widokowym wysoko nad doliną i zapanuje absolutna cisza, możecie ją wówczas usłyszeć i najlepiej jest to zrobić w samotności. Przy odrobinie szczęścia, jeśli góry nagle zapłoną czerwienią, to przekonacie się na własne oczy, że Diavolezza wciąż czuwa – piękna, dzika i nieujarzmiona.

B JAK BERGHAUS DIAVOLEZZA I BEZPIECZEŃSTWO

Podróżując po Szwajcarii, jak już wcześniej wspomniałem, najłatwiej dostaniecie się tu niezwykle malowniczą koleją Bernina Express – która już sama w sobie jest niezapomnianą podróżą.


Ja Szwajcarie pokochałem, podróżując po tym pięknym kraju właśnie pociągami. Szczególnie polecam Wam te podróże po ścisłym sezonie, w pociągach jest wówczas zdecydowanie luźniej. Każdy, kto wybierał się w podróże chociażby Kolejami Retyckimi, wie co mam na myśli. Gdy już dotrzecie do stacji Bernina Diavolezza, zobaczycie kolejkę linową, która wspina się na prawie 3 km nad doliną i Wasze zachwyty nie będą miały końca.

Wchodząc do gondoli, mam wrażenie, że realny świat się kończy i przenoszę się do świata baśni, bo widoki z każdą kolejną sekundą stają się tylko piękniejsze. Widziałem już wiele podczas moich różnych podróży, ale to miejsce jest jednym z piękniejszych, w jakich dotychczas w swoim życiu byłem.

Kiedy nadchodzi zima, Diavolezza zamienia się w raj dla narciarzy, a śnieg często utrzymuje się nawet do maja. Więc jeśli lubicie jeździć na nartach, to pokochacie również to miejsce na Ziemi. Najbardziej spektakularnym wyzwaniem jest 10-kilometrowy zjazd po lodowcu Morteratsch, który łączy górę z dolną stacją kolejki.

Wróćmy natomiast do naszej gondoli. Gdy wysiądziecie z kolejki, Waszym oczom ukaże się obok niesamowitych szczytów Alp, wyjątkowe schronisko górskie Berghaus Diavolezza. Miejsce to oferuje noclegi, ma też pyszną restaurację i zewnętrzne jacuzzi z prawdopodobnie najpiękniejszym widokiem na świecie. Będąc tu, spełniłem swoje podróżnicze marzenie – zanocowałem w tym miejscu i jedno jest pewne, było to inspirujące doświadczenie, które jeszcze kiedyś powtórzę.

Diavolezza kiedy światło księżyca migocze na śniegu, sprawia, że zapiera się dech w piersi i to nie tylko od wysokości, ale i od tych pięknych widoków z okna w Berghaus Diavolezza. W tym schronisku można też pysznie i zdrowo zjeść, serwowane są tu m.in. serowe przysmaki, smaczne sałatki, ale i wyjątkowe makarony inspirowane lokalną kuchnią. Jedno jest pewne, jeśli lubicie lokalne przysmaki, nie będziecie rozczarowani.


Mam też dla Was kilka sugestii w kwestii bezpieczeństwa. Spacerując po okolicy, pamiętajcie, by nie schodzić ze szlaków, bo teren wokół lodowców bywa zdradliwy. Na dużej wysokości pijcie więcej wody, gdyż odwodnienie przychodzi szybciej. Jeśli poczujecie ból głowy lub zawroty, zwolnijcie i odpocznijcie – to może być reakcja na wysokość, natlenienie organizmu jest tu jednak nieco inne. Nie lekceważcie też zmęczenia, bo wysokość robi swoje, nawet u wysportowanych osób.

Warto też sprawdzić komunikaty lawinowe, ale też nie ma czego się nadmiernie bać, ja czułem się tu bardzo bezpiecznie i mam wrażenie, że w samym Berghaus Diavolezza byłem dużo lepiej zaopiekowany, niż emeryci na zusowskich garnuszkach.  Choć noclegi nie należą tu do najtańszych, to jeśli planujecie spać na górze, zarezerwujcie sobie miejsce koniecznie z dużym wyprzedzeniem, bo miejsce cieszy się sporą popularnością.

C JAK CENNE RADY

Na koniec mam jeszcze dla Was garść cennych rad. Jeśli jedziecie pociągiem, zaplanujcie przejazd Bernina Express – sama trasa i jazda czerwonymi pociągami jest unikatową atrakcją, a jeśli chcecie podróżować za darmo kolejami po Szwajcarii, koniecznie skorzystajcie z Swiss Travel Pass, więcej na ten temat znajdziecie tutaj. Wybierając się na górę, koniecznie weźcie  ze sobą dobrą kurtkę, nawet latem wysoko w górach potrafi być chłodno. Pamiętajcie, tylko że Swiss Travel Pass nie obejmuje tutejszej kolejki linowej, więc bilety kupuje się na miejscu.

Wcześniej sprawdźcie sobie prognozę pogody na szczycie, bo warunki mogą się diametralnie różnić od tych w dolinie. Wybierając pogodny dzień macie większe szanse, że panoramy będą wtedy jeszcze piękniejsze.

Zarezerwujcie sobie co najmniej pół dnia, albo najlepiej cały – Diavolezza to nie miejsce „na szybkie zdjęcie”,  tymi widokami trzeba odpowiednio długo się nacieszyć. Najlepsze widoki są rano lub późnym popołudniem, gdy światło jest miękkie, dlatego jeśli tylko możecie, to bądźcie tu na wschód lub zachód słońca. Sprawdźcie też wcześniej godziny działania kolejki linowej, gdyż mogą się zmieniać sezonowo.

Jeśli macie podobnie jak ja lęk wysokości, przygotujcie się mentalnie, bo widoki są spektakularne, ale serio zapiera dech w piersi również od wysokości. Tu ekscytacja i zachwyty mieszają się z adrenaliną i lekkim stresem.

Zimą nie zapomnijcie o ciepłych ubraniach, szczególnie o odpowiednim obuwiu, bo zwykłe adidasy się tu nie sprawdzą i pamiętajcie w maju też będzie tu sporo śniegu. Najlepiej jest się ubierać  warstwowo, ponieważ nawet w środku lata może być tu zimno. Jedno jest pewne – zawsze miejcie ze sobą wiatroszczelną kurtkę. Jak już wspomniałem zabierzcie też porządne, najlepiej trekkingowe buty (nawet jeśli nie planujecie długiego marszu). Z ubrań warto też mieć ze sobą czapkę i rękawiczki, także latem. Zimą również przydadzą się Wam okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV, bo słońce odbija się od lodowców. O tej porze roku warto też zabrać krem z wysokim filtrem SPF, naprawdę się tu przydaje. No i obowiązkowo zabierzcie ze sobą plecak zamiast torby – ręce przydadzą się Wam do robienia pięknych zdjęć.

Jak już jesteśmy przy zdjęciach, to warto zabrać aparat lub telefon z dobrym zoomem czy obiektywy o długich ogniskowych – szczyty są blisko, ale detale, które będziecie mogli ująć, robią różnicę. Pamiętajcie, że tutejszy taras widokowy jest piękny, ale krótkie podejście szlakiem i zmiana perspektywy daje jeszcze lepsze kadry. Zimą i przy minusowych temperaturach pamiętajcie o szybkim rozładowywaniu baterii w telefonach, warto więc mieć ze sobą powerbank. Warto mieć pomyśleć również o statywie do aparatu.

Moim zdaniem Diavolezza to nie jest tylko punkt na mapie. To raj dla fotografów i doświadczenie, którego każdy przynajmniej raz w życiu powinien spróbować. Wybierając się tu obowiązkowo przygotujcie się na efekt „wow” bo zdjęcia nie oddają tego, co zobaczycie na żywo. Zostawiam Wam jeszcze trochę zdjęć z tego niesamowitego miejsca. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu.

Wpis  powstał z pomocą moich PATRONÓW, za co bardzo Wam dziękuję oraz dzięki MYSWITZERLAND, której również za wsparcie jestem przeogromnie wdzięczny. 

Bądź na bieżąco!

Śledź moje wyprawy: ZOBACZ WYPRAWY
Więcej zdjęć znajdziesz na INSTAGRAMIE
 Zajrzyj również na mojego FACEBOOKA 
 Podobał Ci się wpis? Zostań moim Patronem 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Halinie Piórkowskiej-Karuś oraz Narodowej Organizacji Turystycznej Szwajcarii.

DZIĘKUJĘ WAM

#swisstravelsystem #ineedswitzerland #inlovewithswitzerland

ABC PO MECZU ORLEN OIL MOTOR LUBLIN Z DRUŻYNĄ STELMET FALUBAZ ZIELONA GÓRA

Motor Lublin vs Falubaz Zielona Góra 2025
Relacja z meczu PGE Ekstraliga | Żużel

Motor Lublin zdominował Falubaz Zielona Góra w meczu PGE Ekstraligi 2025. Zobacz wynik, skład, relację i statystyki – gwarantuję, że emocje w tym wpisie będą lepsze niż po zbieraniu jagód! 

Motor Lublin vs Falubaz Zielona Góra 2025 – Rzeźnia w PGE Ekstralidze [RELACJA, WYNIK, SKŁADY]

Motor Lublin po raz kolejny pokazał, że na własnym torze jest nie do zatrzymania. W meczu z Falubazem Zielona Góra rozgromił rywali wynikiem 63:27, dominując niemalże w każdej fazie spotkania. To kolejny rekordowy dzień dla drużyny z Lublina w sezonie PGE Ekstraliga 2025.

834 dni bez porażki u siebie – Motor Lublin pisze historię

834 – tyle dni Motor Lublin nie przegrał meczu żużlowego na własnym stadionie. To nie przypadek, to potęga budowana konsekwencją, siłą i klasą. Falubaz Zielona Góra był kolejną ofiarą tego sportowego walca. 

Relacja z meczu – PGE Ekstraliga 8 sierpnia 2025

Mecz odbył się 8 sierpnia 2025 r. na stadionie w Lublinie. Od początku było wiadomo, że Koziołki nie będą brały jeńców. Już pierwsze biegi pokazały, kto tu rządzi. Nie wiem jak inni, ale ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, kto z tej rywalizacji wyjedzie do domu pokonanym.

Bieg 1 – Rakietowe otwarcie Motoru Lublin

Kubera i Holder wystartowali jak z procy, zostawiając Hampela i Curzytka daleko z tyłu. Wynik 5:1 otworzył spotkanie z hukiem.

Bieg 2 – Młodzi gniewni w natarciu

Wiktor Przyjemski pokazał klasę, wygrywając z Ratajczakiem i Bańborem. 4:2, a łączny wynik to już 9:3 dla Motoru.

Bieg 3 – Jedyne światełko dla Falubazu

Leon Madsen zdołał wywalczyć remis 3:3 – pierwsze i ostatnie pozytywne wydarzenie dla drużyny gości.

Kolejne biegi – pokaz siły Motoru

Holder, Zmarzlik, Przyjemski – wszyscy jechali jak natchnieni. Falubaz Zielona Góra wyglądał, jakby jechał z zaciągniętym ręcznym. Po drugiej serii wynik brzmiał 30:12 i właściwie mecz był już rozstrzygnięty.

Wynik meczu Motor Lublin – Falubaz Zielona Góra 2025:

  • Motor Lublin: 63 punkty

  • Falubaz Zielona Góra: 27 punktów

 Składy drużyn – PGE Ekstraliga 2025

MOTOR LUBLIN:

    1. Dominik Kubera

    1. Fredrik Lindgren

    1. Jack Holder

    1. Mateusz Cierniak

    1. Bartosz Zmarzlik

    1. Wiktor Przyjemski

    1. Bartosz Bańbor

    1. Bartosz Jaworski
      Trener: Maciej Kuciapa

FALUBAZ ZIELONA GÓRA:

    1. Jarosław Hampel

    1. Jonas Knudsen

    1. Michał Curzytek

    1. Przemysław Pawlicki

    1. Leon Madsen

    1. Damian Ratajczak

    1. Gracjan Szostak

    1. Eryk Farański
      Trener: Piotr Protasiewicz

Motor Lublin kończy rundę zasadniczą z przytupem

Drużyna z Lublina zakończyła rundę zasadniczą PGE Ekstraligi z przytupem – bez porażki na swoim torze i z kompletem zwycięstw. Falubaz po takim wyniku musi szykować się na ciężką walkę w strefie play-down. Czas zatem szykować stadion na kolejne mecze i miejmy nadzieję kolejne zwycięstwa Koziołków.

Podsumowanie

Orlen Oil Motor Lublin pokazał potęgę, styl i konsekwencję. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do formy zespołu – po tym meczu nie powinien mieć ich już wcale. Teraz czas na play-offy PGE Ekstraliga 2025, a to już historia na kolejny wpis. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.

Bądź na bieżąco!

Śledź moje wyprawy: ZOBACZ WYPRAWY
Więcej zdjęć znajdziesz na INSTAGRAMIE
 Zajrzyj również na mojego FACEBOOKA 
 Podobał Ci się wpis? Zostań moim Patronem 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Halinie Piórkowskiej-Karuś, Drukarni Nova Druk oraz Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Lubelskiego.

DZIĘKUJĘ WAM


KONKURS African Beats Festiwal

Cześć,

dawno mnie tu nie było, dlatego witam Was po przerwie z kolejnym blogowym wpisem. O ile przeczucie mnie nie myli, ten artykuł opanuje świat jak dżuma Europę w średniowieczu – czyli szybko i nie bez konsekwencji. Zanim rozwinę się z wywodem lepiej niż turecki dywan, może przejdę od razu do konkretów. Na wstępie WIELKIE DZIĘKI, że jest Was aż tyle na moim Instagramie – jak dziś zobaczyłem, że liczba przekroczyła 135 tys. followersów, to nie pytajcie czy tylko serduszko stanęło mi na baczność przez moment ze wzruszenia i podniecenia. Dziękuję też za wszelkie listy i wiadomości, które piszecie i przepraszam, że na odpowiedź na nie chwilę musicie poczekać. Dzięki również za Waszą aktywność na moich social mediach oraz za wsparcie moich PATRONÓW na  Patronite.  

Dziś gwarantuję Wam, że nie będę tworzył kolejnego dzieła na miarę Blanki Lipińskiej, a dla odmiany przychodzę do Was z KONKURSEM z fantastycznymi nagrodami ufundowanymi przez Organizatora African Beats Festiwal. Jeżeli chcecie wygrać 3-dniowy karnet na to wydarzenie – to jesteście we właściwym miejscu.

Zapraszam Was na wyjątkowy wstęp do African Beats Festival 2025 – trzydniowej (8–10 sierpnia) podróży muzycznej i kulturowej zaledwie 30 km od Warszawy, na malowniczym ranczu Dworek Pod Wiechą w Kawęczynie.

Czym jest African Beats Festival 2025?

To niezależny festiwal muzyczno‑podróżniczy inspirowany afrykańskimi rytmami – celebracja muzycznych korzeni, otwartości i tolerancji. To żywa podróż do serca Afryki, łącząca dźwięk, ruch i kulturę w jedno wyjątkowe doświadczenie – program festiwalu można sprawdzić tu: African Beats Festival.

Co czeka uczestników?

  • 3 dni koncertów z gwiazdami world music i afrobeatu – od Sona Jobarteh, przez FRA! (Ghana), Lubiana (Belgia/Kamerun), Moh! Kouyaté, Kader Tarhanine, aż po The Afronauts – muzyczne historie z różnych zakątków kontynentu.

Atrakcje, które tworzą klimat tego wydarzenia:

  • Warsztaty: bębniarskie, taneczne, wokalne i ecstatic dance, które pozwalają poczuć rytm Afryki całym ciałem.

  • Strefy tematyczne:

    • Afrobeats DJ Zone z afterparty do białego rana,

    • Kino Afrykamery – seanse filmów afrykańskich pod gwiazdami,

    • Spotkania podróżnicze – historie i zdjęcia z Afryki opowiadane przez globtroterów.

  • Rodzinne strefy:

    • Rynek afrykański z wyjątkowym rękodziełem, jedzeniem i biżuterią,

    • Strefa dziecięca z animacjami i warsztatami,

    • Strefa sportowa – mini-turnieje i aktywne wyzwania,

    • Pole namiotowe umożliwiające pełne doświadczenie festiwalu: namiot/kamper + dostęp do gastronomii i sanitariatów.

Dla kogo jest ten festiwal?

Dla tych, którzy pragną muzyki, kultury, natury i wspólnoty, dla rodzin, podróżników, melomanów i wszystkich spragnionych energetycznego festiwalu w otoczeniu zieleni i pozytywnej energii. African Beats to nie tylko wydarzenie, to wspólne święto rytmu i tolerancji. Przejdźmy więc do konkursu.


Zasady konkursowe są banalnie proste:

 

  1. Siądź czujnie za komputerem, najlepiej wygodnie, tak by nikt Ci nie przeszkadzał.
  2. Zapoznaj się z regulaminem konkursu.
  3. Kiedy tylko pojawi się relacja na moim Instagramie z pytaniem konkursowym, jak najszybciej odpowiedz poprawnie na zadane pytanie.
  4. Wyprzedź innych i ciesz się z 3-dniowego karnetu na African Beats Festiwal, który odbędzie się już w ten weekend.

Regulamin konkursu „Wygraj Karnet na African Beats Festiwal 2025”

§1. POSTANOWIENIA OGÓLNE

  1. Organizatorem konkursu pod nazwą „Wygraj Karnet na African Beats 2025” (zwanego dalej: „Konkurs”) jest właściciel bloga dostępnego pod adresem: https://www.rafalbil.eu/podroze (dalej: „Organizator”).

  2. Fundatorem nagrody w Konkursie jest organizator African Beats Festiwal (dalej: „Fundator”).

  3. Konkurs nie jest w żaden sposób sponsorowany, popierany ani administrowany przez serwis  Instagram, ani z nim związany. Instagram nie ponosi żadnej odpowiedzialności za przeprowadzenie Konkursu.

  4. Konkurs odbywa się na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej za pośrednictwem konta na Instagramie: https://www.instagram.com/rafalbil.eu/

§2. WARUNKI UCZESTNICTWA

  1. W Konkursie mogą wziąć udział wyłącznie osoby fizyczne, które ukończyły 18 rok życia oraz posiadają  konto na Instagramie.

  2. Udział w Konkursie jest jednoznaczny z akceptacją niniejszego Regulaminu.

  3. Konkurs trwa w dniach 04.08.2025 – 05.08.2025

  4. Ogłoszenie wyników nastąpi w dniu 05.08.2025 poprzez kontakt z laureatami za pośrednictwem wiadomości prywatnej na Instagramie lub przez ogłoszenie w relacji na instagramowym koncie Organizatora.

§3. ZADANIE KONKURSOWE

  1. Zadanie konkursowe polega na udzieleniu jak najszybszej, poprawnej odpowiedzi na pytanie konkursowe zadane w relacji Organizatora w dniu 04.08.2025.  

  1. Każdy Uczestnik może zgłosić jedną odpowiedź.

  2. Spośród zgłoszeń zostanie wyłonionych dwóch zwycięzców.

  3. Wyboru zwycięskich zgłoszeń dokona Organizator, kierując się poprawnością udzielonej odpowiedzi oraz czasem w którym została udzielona.

  4. Zwycięzcy zostaną poinformowani o wygranej za pośrednictwem wiadomości prywatnej na Instagramie lub w relacji, w której zostaną oznaczeni.

  5. Organizator zastrzega, że zgłoszenia zawierające wulgaryzmy, treści obraźliwe lub naruszające prawa osób trzecich będą usuwane i nie będą brały udziału w Konkursie.

§4. NAGRODA

  1. Nagrodą w Konkursie jest darmowy pojedynczy karnet na cały festiwal African Beats 2025 (jeden karnet dla każdego ze zwycięzców, rozdane będą dwa karnety).

  2. Karnety zostaną przekazane w formie elektronicznej – za pośrednictwem wiadomości na Instagramie lub e-maila (w zależności od ustaleń ze zwycięzcą).

  3. Karnet należy odebrać najpóźniej do dnia 07.08.2025. Po tym terminie nagroda traci ważność.

  4. Organizator zastrzega sobie prawo do opublikowania imienia i nazwiska (lub nazwy profilu) zwycięzcy na swoim Instagramie.

  5. Organizator nie ponosi odpowiedzialności za brak możliwości przekazania nagrody z przyczyn leżących po stronie Uczestnika (np. brak kontaktu, nieprawidłowe dane).

  6. Organizator nie odpowiada za błędnie podane dane osobowe przez Uczestnika.

  7. W przypadku wykrycia prób oszustwa dany uczestnik może zostać wykluczony z Konkursu.

§5. REKLAMACJE

  1. Reklamacje dotyczące Konkursu można zgłaszać mailowo na adres: rafalbil@wp.eu

  2. Reklamacja powinna zawierać imię i nazwisko Uczestnika, opis zgłoszenia oraz uzasadnienie. W tytule e-maila prosimy wpisać: „Konkurs – karnet na African Beats 2025”.

  3. Reklamacje będą rozpatrywane w terminie 30 dni od ich otrzymania.

§6. DANE OSOBOWE

  1. Administratorem danych osobowych uczestników Konkursu jest Organizator.
    Kontakt w sprawie danych osobowych: rafalbil@wp.eu

  2. Dane osobowe będą przetwarzane w celu realizacji Konkursu, zgodnie z art. 6 ust. 1 lit. b RODO.

  3. Dane osobowe będą przechowywane przez okres niezbędny do wydania nagrody i rozliczenia Konkursu oraz przez czas wymagany przepisami prawa lub do przedawnienia roszczeń.

§7. POSTANOWIENIA KOŃCOWE

  1. W kwestiach nieuregulowanych niniejszym Regulaminem zastosowanie mają przepisy prawa polskiego, w szczególności Kodeksu cywilnego.

  2. Spory wynikające z Konkursu będą rozstrzygane przez sąd właściwy miejscowo dla siedziby Organizatora nagrody.

  3. Organizator zastrzega sobie prawo do zmiany Regulaminu w trakcie trwania Konkursu. Informacje o zmianach zostaną opublikowane na blogu www.rafalbil.eu

  4. Przystąpienie do Konkursu oznacza akceptację niniejszego Regulaminu.

    linia

    Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

    AMBA Team, Drukarni Nova Druk oraz Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Lubelskiego.

    DZIĘKUJĘ WAM

    Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

    Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

    Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

    Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

ABC o Włocławku

Odkryj perłę Kujaw

Włocławek, malowniczo położony nad Wisłą, to jedno z tych miast, które wciąż czekają na pełne odkrycie przez turystów. Choć często pomijany na trasach popularnych city breaków, ma do zaoferowania wiele atrakcji, zabytków i niezwykłych miejsc.

Planujesz wyjazd do Włocławka i zastanawiasz się, co można zobaczyć w tym mieście? A może chcesz wiedzieć, ile kosztują tutejsze atrakcje turystyczne? Dobrze trafiłeś. Poniżej znajdziesz podstawowy i jednocześnie praktyczny przewodnik po mieście, które zaskoczyło mnie bardziej niż zjedzone przeze mnie ostatnio na Litwie mięso z grzybami w pączku. Jeżeli jesteś gotowy lub gotowa na krótkie ABC o Włocławku, rozsiądź się wygodnie i startujemy. Wspólnie zobaczmy co słychać w tych stronach.

A JAK ATRAKCJE WŁOCŁAWKA

Jeśli myślisz, że Włocławek to tylko punkt na mapie między Toruniem a Warszawą, to jesteś w błędzie większym niż Most im. Edwarda Śmigłego-Rydza na Wiśle! Oto najciekawsze atrakcje Włocławka, które będąc w tym mieście koniecznie musisz zobaczyć. Zerknij poniżej, co moim subiektywnym zdaniem warto odwiedzić będąc w tych stronach:

Tama na Wiśle we Włocławku

To nie tylko strategiczny punkt hydrotechniczny kraju, ale też lokalny symbol. Spacerując po tamie możesz podziwiać widoki na niesamowitą Wisłę. To betonowe marzenie inżyniera i romantyczny punkt widokowy w jednym. Stając na niej poczujesz moc i to nie tylko w przenośni, ale i dosłownie, bo tuż obok przepływa prąd większy niż w gniazdku. To moim zdaniem idealne miejsce na kontemplowanie życia, obserwację przyrody i rozwiązań inżynierii w samym sercu Kujaw. Uważam, że zapora wodna na Wiśle jest jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji miasta i dlatego od tego miejsca rozpoczynamy nasze wirtualne zwiedzanie.

Miejsce pamięci bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Włocławek to również ważne miejsce dla historii najnowszej Polski. W pobliżu tamy nad Wisłą znajduje się pomnik i miejsce pamięci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, upamiętniające tragiczne wydarzenia z czasów PRL. To miejsce zadumy i refleksji nad trudnymi losami Polski.

Bulwary im. Marszałka Piłsudskiego

To miejsce to włocławska odpowiedź na Gdynię, tylko z mniejszą dawką jodu. Idealne na spacer, romantyczny zachód słońca i selfie z mewą, a także jedno z najlepszych miejsc na relaks we Włocławku. Gdyby ptaki miały TripAdvisora, dałyby temu miejscu 5 gwiazdek. Moim zdaniem jest to też idealne miejsce na jogę, randki i ucieczki przed kaczkami, które mają więcej tupetu niż Twoja była lub były. Będąc tu kup sobie do zjedzenia cukierki lub czekoladę, usiądź na ławce i patrz jak Wisła płynie, a Twoje zmartwienia wraz z nią. Bulwary im. Marszałka Józefa Piłsudskiego stały się jednym z moich ulubionych miejsc spacerowych w tym mieście. Spacerując bulwarami, można podziwiać panoramę Wisły i monumentalny most im. Edwarda Śmigłego-Rydza.

Most im. Edwarda Śmigłego-Rydza

Most drogowy przez Wisłę z ciekawym widokiem – nie tylko dla fanów inżynierii, ale i fotografów, czy ludzi szukających ciekawej perspektywy na miasto. Most im. Edwarda Śmigłego‑Rydza to nie tylko ważna przeprawa komunikacyjna nad Wisłą, ale również symbol historii Włocławka, owoc międzywojennej modernizacji, brutalnej wojny, powojennej odbudowy i nowoczesnej rewitalizacji. Dzięki charakterystycznemu oświetleniu stał się też jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów panoramy miasta.

Muzeum Historii Włocławka

Tu poznasz historię Włocławka i regionu Kujaw. To miejsce, gdzie historia smakuje lepiej niż schabowy u babci. Poznasz tu włocławski fajans, który ma więcej kolorów niż Twoje wakacyjne skarpetki i więcej detali niż umowa kredytowa.  Zatem, aby lepiej poznać historię Kujaw, koniecznie odwiedź to miejsce. W samym muzeum można obejrzeć bogate zbiory etnograficzne, artystyczne oraz ekspozycje związane z historią Włocławka i okolic.

Tu znajdziesz znaleziony przez S. Mularskiego podczas pogłębiania portu w Wiśle miecz z X wieku. Dziś ten historyczny artefakt to „gwiazda” Muzeum Historii Włocławka. Ma 93 cm długości, waży prawie 1,5 kg i pochodzi najprawdopodobniej z krainy fiordów – czyli Skandynawii i chociażby dla niego samego warto jest tu zawitać.

Park im. Henryka Sienkiewicza

Park jak z powieści – pełen romantyzmu, dylematów i spacerów, które kończą się lodem (w sensie lodów w gałkach). Czasami spotkasz tam psa w sweterku, rodzinę jeżdżącą na rowerach albo seniorów robiących sobie selfie i to właśnie jest piękne. Tu pachnie różami i lawendą. To miejsce, w którym można odpocząć od zgiełku miasta więc polecam je na krótki relaks. Okazuje się, że to jeden z najstarszych parków miejskich w Polsce. Malownicze alejki, pomnik patrona parku, fontanny i bogata roślinność czynią z tego miejsca doskonałą przestrzeń na chwilę odpoczynku wśród zieleni i warto się o tym przekonać osobiście.

Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Wnętrze imponuje, akustyka powala, a wejście do środka jest darmowe, czy może być lepiej? Ta gotycka katedra z XIV wieku to bez wątpienia jeden z najważniejszych zabytków sakralnych w regionie i nie jest to jedyny ważny kościół w okolicy. Bazylika katedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny to, moim zdaniem, imponujący przykład gotyckiej architektury sakralnej, który obowiązkowo musicie odwiedzić.

Monumentalna bryła świątyni, oryginalne witraże Władysława Drapiewskiego oraz bogate wnętrza sprawiają, że katedra przyciąga zarówno miłośników historii, jak i fotografii. Jest to jedna z najstarszych gotyckich katedr w Polsce. Katedra we Włocławku to prawdziwy klejnot architektury sakralnej zarówno dzięki majestatycznej gotyckiej formie, jak i skarbom wnętrza: dziełom Wita Stwosza, Mehoffera, monumentalnym epitafiom oraz unikalnym witrażom i polichromiom. Możecie być pewni, że całość zrobi na Was ogromne wrażenie.

Rejsy po Wiśle

Sezon letni we Włocławku to doskonała okazja, aby skorzystać z rejsów wycieczkowych po Wiśle. Taki rejs pozwala spojrzeć na miasto z zupełnie innej perspektywy i docenić piękno doliny Wisły, szczególnie podczas złotej godziny. Niestety przy złej pogodzie rejsy się nie odbywają ze względów bezpieczeństwa, ale nawet jeśli nie uda Ci się przepłynąć po rzece, będziesz mieć motywację do powrotu do tego miasta.

Stary Rynek

To historyczne centrum miasta z uroczymi kamienicami i klimatem typowego kujawskiego miasteczka. Tu spotkać można targowisko, gdzie możesz kupić lokalne przysmaki i regionalne specjały. Miejsce emanuje autentycznym klimatem handlowym i urokiem, którego mogłyby mu pozazdrościć inne miasta w Polsce.

Skarbiec Fajansu 

Kolorowy świat kultowego ręcznie malowanego fajansu – absolutny must-see! Włocławski Skarbiec Fajansu to coś więcej niż tylko tradycyjne rękodzieło. Włocławski fajans to dla mnie jedna z najpiękniejszych wizytówek miasta. Choć produkcja nie odbywa się już na dużą skalę, wciąż można zakupić oryginalne wyroby w lokalnych galeriach i sklepach. Charakterystyczne niebieskie wzory na białym tle to doskonała pamiątka z podróży po Kujawach. Będąc w okolicy nie możesz pominąć tego miejsca.

Centrum Kultury Browar B.

Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie przeszłość podaje rękę przyszłości, a kultura leje się strumieniami, nie tylko metaforycznie! Witajcie w Centrum Kultury „Browar B.” – miejscu, które zamiast piwa warzy kreatywność!

Ten dawny browar rodziny Bojańczyków przeszedł lifting godny gwiazdy Hollywood i dziś zamiast beczek z chmielem znajdziecie tam beczki pełne inspiracji. To nowoczesna przestrzeń, która żyje, oddycha sztuką i zaprasza każdego bez względu czy jesteś lokalnym artystą, ciekawskim turystą, czy po prostu zbłąkanym przechodniem, który miał ochotę na „coś więcej niż Netflix”.

Mnie osobiście zachwyciły tutejsze wystawy fotograficzne, na które warto spojrzeć nie tylko okiem, ale i duszą. Dodatkowo odbywają się tu warsztaty artystyczne dla dzieci, młodzieży, ale i dorosłych. A to jeszcze nie wszystko! W środku czeka też na Was Włocławska Kolekcja Miar i Wag, Izba Tradycji Zespołu Pieśni i Tańca „Kujawy”, Filia Miejskiej Biblioteki Publicznej, przecież nie od dziś wiadomo, że świetną podróż można również odbyć między stronami książki.

Co istotne obiekt jest dostępny dla osób z niepełnosprawnościami, bo kultura powinna być dla wszystkich bez wyjątku. Tutaj tylko nuda ma zakaz wstępu.

Włocławskie murale i street art

Sztuka uliczna, która opowiada historię miasta to kolejny z powodów, dla których warto tu dotrzeć. Polecam Wam wybrać się na spacer szlakiem murali: Włocławskie Popołudnie – ul. Żabia 14, Esencja Miasta – ul. Wojska Polskiego 13, koniecznie odnajdźcie też Mural papieski – Bulwary 25, a to tylko kilka propozycji, które skrywa w swych murach to magiczne miasto. Nie wiem jak Wy, ale ja lubię kontrasty, dlatego Włocławek bardzo przypadł mi do gustu.

Przystań Wodna im. Jerzego Bojańczyka

To miejsce to połączenie chilloutu, przygody i dobrego jedzenia – czyli wszystko, czego potrzebujesz, żeby Twój dzień nad Wisłą miał sens i smak. Tu też tętni życie nocne, a za dnia możesz wypożyczyć kajak lub popłynąć smoczą łodzią po Wiśle. Obok znajdziesz też mostek zakochanych i aż strach pomyśleć co dzieje się pobliskich krzakach.

Spójrz na panoramę miasta z wieży widokowej

Włocławek oglądany z wieży widokowej wybudowanej w ramach Włocławskiego Budżetu Obywatelskiego ulokowanej na Wzgórzu św. Gotarda to zupełnie inna bajka – bajka, w której tłem są chmury, a bohaterem jesteś Ty. Nie wspiąć się tu, będąc w mieście? To jak być we Włocławku i nie spróbować pysznych lodów! Docierając tu znajdziesz się w najwyższym punkcie w mieście (130 m n.p.m., więc jak na Kujawy to prawie Himalaje 😉 To tu przed tobą rozciągać się będzie piękna panorama Włocławka, szeroka jak uśmiech babci, gdy dojadasz wszystko co Ci przygotowała na obiad.

Wieża ma 4 poziomy widokowe:
3,5 m – dla tych, którzy chcieliby, ale się boją, bo mają lęk wysokości
7,7 m – czyli już widzisz więcej niż tylko czubki drzew
11,9 m – poziom „zrobię tu zdjęcia na Instagrama”
16,1 m – czyli miejsce VIP z widokiem jak z gniazda bociana i ten poziom lubię najbardziej

Co zwiedzić w okolicy?

Włocławek może być również świetną bazą wypadową do zwiedzania okolicznych atrakcji. W pobliskim Ciechocinku czekają na Ciebie słynne tężnie solankowe i uzdrowisko, w Kruszwicy – Mysia Wieża z pięknym widokiem na Gopło, a w regionie Pojezierza Kujawskiego  – liczne jeziora, idealne na letni wypoczynek.

Mam nadzieję, że nie muszę nikogo już przekonywać, że warto jest tu przyjechać? W końcu Włocławek to idealne miejsce na weekendowy wypad lub przystanek w dłuższej podróży po Polsce. Bogactwo zabytków, piękna przyroda, miejsca pamięci i spokojna atmosfera sprawiają, że każdy znajdzie tu coś dla siebie – niezależnie, czy interesujesz się historią, kulturą, architekturą, czy po prostu lubisz odpoczynek nad wodą – to jedno z najstarszych miast w Polsce na pewno Cię nie zawiedzie.

B JAK BEZPIECZEŃSTWO

Czy Włocławek to bezpieczne miasto dla turystów? Tak! To spokojne, przyjazne miejsce – idealne na weekendowy wypad, również z dziećmi. Centrum i bulwary są monitorowane, a wieczorne spacery nie powinny wzbudzać obaw. Tak jak w każdym mieście, warto uważać na kieszonkowców w tłumie, ale to raczej rzadkość. Względów bezpieczeństwa wymaga pływanie po Wiśle, pamiętajcie, że ta rzeka może być niebezpieczna, dlatego warto podejść do niej z respektem. Oczywiście zawsze też można znaleźć się w złym miejscu, o złym czasie wśród niewłaściwych ludzi, ale gdybym tak podchodził do życia nigdy bym chyba nie podróżował.

Jedno jest jednak pewne i z tego trzeba zdawać sobie sprawę. We Włocławku nawet w restauracji mogą zaserwować Ci fjuta do ust, a to dopiero początek kulinarnej przygody w tym regionie. Tak, dobrze przeczytałeś – „fjuta”! Choć nazwa może budzić uśmiech, to tylko regionalny syrop do słodkich placuszków. To tu kucharze serwują mieszkańcom i turystom ruchańce i inne kulinarne wariacje. Warto jest więc odwiedzić lokalne restauracje serwujące bezpieczną, ale przede wszystkim smaczną kuchnię Kujaw. Czym są wspomniane ruchańce z fjutem? To nie to, co myślisz. To kulinarne cudeńko rodem z Kujaw – czyli ruchańce (pulchne, drożdżowe placuszki), polane regionalnym syropem o zabawnej nazwie fjut, doświadczenia tego mogłem nabyć w pysznej Restauracji Impresja, której obsługę polecam za profesjonalizm i smak dań, jakiego doświadczyć można tylko tutaj. PS: kompot z truskawkami i Wasz pyszny chlebek ze smalcem i ogórkami wspominam do dziś.

Bezpiecznie i miło było również w Hotelu Riverside, w którym nocowałem. Ceny ma przystępne, a pokoje są czyste, śniadania i obiady smaczne, a  obsługa życzliwa – więc z czystym sumieniem mogę go Wam polecić. Hotel jest świetnie zlokalizowany w pobliżu najważniejszych atrakcji miasta.

C JAK CENY – czyli Ile kosztują atrakcje we Włocławku?

Jeśli szukasz miejsca na tanią podróż w Polsce – Włocławek to strzał w dziesiątkę. To jedno z tych miast, gdzie możesz się dobrze bawić, nie wydając wszystkich pieniędzy z konta. Poniżej zamieszczam Wam kilka przykładowych cen aktualnych na rok 2025.

 
Nocleg w pokoju jednoosobowym w Hotelu Riverside 265 zł/doba
 
Pole namiotowe w Przystani Wodnej na Zalewie Włocławskim 20 zł/doba
 
Lody na bulwarach 6-9 zł
 
Obiad w barze mlecznym / restauracji 18-35 zł
 
Rejs po Wiśle (sezon letni) 5-25 zł
 
Zwiedzanie katedry 0 zł
 
Muzeum Historii Włocławka  6–9 zł
 
Spacer po Starym Rynku i parku im. Henryka Sienkiewicza  0 zł
 
Skarbiec Fajansu 1-25 zł
 
Zachwycanie się panoramą na miasto z  Wzgórza św. Gotarda 0 zł
 
Spacer po Bulwarach im. Marszałka Piłsudskiego i  moście im. Edwarda Śmigłego-Rydza 0 zł
 
Spacer po tamie na Wiśle wraz z miejscem pamięci bł. ks. Jerzego Popiełuszki  0 zł
 
Latem większość wystaw w Centrum Kultury Browar B.  0 zł
 
Zwiedzanie włocławskich murali i street artu 0 zł
 
Zwiedzania WŁOWEREM Pierwsze 20 minut kosztuje 0,25 zł. Następnie cena za każdą minutę to 0,03 gr. Oznacza to, że za pierwszą godzinę jazdy zapłacicie 1,45 zł. Każda kolejna godzina to koszt poniżej 2 złotych.
 

 

Czy warto wobec tego odwiedzić Włocławek? Zdecydowanie TAK. Włocławek to niedoceniane miasto turystyczne, które oferuje atrakcje dla całej rodziny, bezpieczeństwo na poziomie spokojnego kurortu w pobliskim Ciechocinku, ale i niskie ceny, które pokocha nawet Twoje konto bankowe. Jeśli chcesz odkryć kawałek prawdziwej Polski, bez tłumów, za to z humorem i serdecznością to dopisz Włocławek na listę miejsc do odwiedzenia w najbliższym czasie, nie pożałujesz! Ja na pewno tu jeszcze kiedyś wrócę, chociażby po to, by odwiedzić Kościół św. Witalisa czyli najstarszy kościół we Włocławku, zbudowany w XIII wieku, ale i po to by wybrać się na mecz Anwilu Włocławek. Na pewno wrócę też by popływać po Wiśle. Pozostaje powiedzieć do zobaczenia na kolejnych Dniach Miast lub przy innej okazji. Trzymajcie się zdrowo i do następnego – cześć.

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Drukarni Nova Druk oraz Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Lubelskiego.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#włocławek #cozobaczyćwewłocławku #polskanaweekend #kujawy

#polskajestpiękna #atrakcjewpolsce #citybreak #podróże #rafalbil

 

ABC PO MECZU BOGDANKI LUK LUBLIN Z DRUŻYNĄ JASTRZĘBSKIEGO WĘGLA

ABC PO MECZU BOGDANKI LUK LUBLIN Z DRUŻYNĄ JSW

Sensacja stała się faktem! Bogdanka LUK Lublin w finale PlusLigi!

Sezon PlusLigi 2025 pisze historie, które jeszcze niedawno wydawały się dość odległe. Kiedy Bogdanka LUK Lublin przystępowała do półfinału z Jastrzębskim Węglem, wielu nie wierzyło, że mogą pokonać jednego z gigantów polskiej siatkówki. A jednak – marzenia zamieniły się w rzeczywistość! Dziś przygotowałem dla Was garść zdjęć z meczu, który odbył się w Lublinie oraz swoją subiektywną ocenę ostatnich wydarzeń. Rozsiądźcie się wygodnie i skrolujcie, bo rywalizację do dwóch zwycięstw 2–1 wygrali lublinianie i to oni zagrają w finale z drużyną Aluron CMC Warta Zawiercie. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem w takim pozytywnym szoku, że zaraz po powrocie z meczu kawa w moim domu sama się zaparzyła, żeby mi pomóc ogarnąć sytuację.

A jak atrakcyjność meczu

Po emocjonującej serii trzech meczów to właśnie Bogdanka LUK Lublin wyeliminowała Jastrzębski Węgiel i po raz pierwszy w historii awansowała do wielkiego finału PlusLigi!

Trzecie, decydujące starcie rozegrane 26 kwietnia było prawdziwym świętem siatkówki. Jastrzębski zaczął mocno, ale zespół z Lublina pokazał charakter, zimną krew i ogromne serce do walki. Punkt za punkt, set za set – i w końcu sensacja stała się faktem!

Jastrzębianie rozpoczęli spotkanie z dużą energią, szybko budując wyraźną przewagę (7:2). Goście jednak przetrzymali początkowy napór i zaczęli systematycznie odrabiać straty. Zaryzykowali w polu serwisowym, co się opłaciło – po udanym ataku Wilfredo Leona doprowadzili do remisu (11:11), a zaraz potem asem popisał się Fynnian McCarthy. Od tego momentu inicjatywę przejęli zawodnicy z Lublina, wypracowując przewagę (13:16, 19:22), przy wsparciu błędów własnych gospodarzy. Ostatecznie to serwis w siatkę przesądził o wygranej Bogdanki (22:25).

Drugi set rozpoczął się od wyrównanej walki. W jego środkowej fazie Jastrzębski Węgiel objął prowadzenie (13:11 po asie Tomasza Fornala, 16:13), ale lubelski zespół szybko doprowadził do wyrównania (16:16). Kluczowa okazała się seria gospodarzy od stanu 18:18 do 22:18, zakończona punktową zagrywką Antona Brehme. Skuteczny Fornal przypieczętował zwycięstwo gospodarzy w tej partii (25:20).

Trzecia odsłona rozpoczęła się od dwóch asów serwisowych Fornala (4:1), lecz goście szybko zniwelowali straty i rywalizacja znów się wyrównała. W środkowej części seta przewagę zyskali lublinianie (14:17), a po ataku Leona powiększyli ją do czterech punktów (16:20). Po punktowym bloku wywalczyli piłkę setową (21:24), jednak Jastrzębski Węgiel poderwał się do walki, doprowadzając do gry na przewagi. Ostatecznie to efektowny atak Kewina Sasaka przesądził o wygranej Bogdanki (24:26).

W czwartej partii Jastrzębianie znów szybko objęli prowadzenie (10:7), lecz goście wyrównali po serii udanych zagrywek Leona (13:13). Później gospodarze ponownie odskoczyli (19:16), a choć lublinianie jeszcze próbowali gonić wynik, końcówka należała do podopiecznych Marcelo Mendeza. Fornal trafił zagrywką w dziewiąty metr (22:19), blok dał gospodarzom piłkę setową (24:20). Rywale obronili trzy setbole, ale skuteczny atak Fornala zamknął seta (25:23).

O awansie do finału miał zadecydować piąty set. W nim walka była wyrównana, lecz po zmianie stron siatkarze z Lublina, dzięki punktowemu blokowi, prowadzili 8:6. Następnie powiększyli przewagę po kolejnym bloku i skutecznym ataku Leona (6:10). Bogdanka utrzymała kontrolę do samego końca. Piłkę meczową wywalczył Sasak po ataku blok-aut, a decydujący punkt na wagę awansu zdobył Mikołaj Sawicki (9:15) i wówczas euforii w drużynie Bogdanki i kibiców z Lublina nie było końca. 

B jak Bogdanka LUK Lublin

Bogdanka LUK Lublin wygrała 3:2 i przypieczętowała tym sposobem swój awans do upragnionego finału. Jak podkreśla klub w swoim komunikacie: „Jesteśmy w finale mistrzostw Polski!” i jest to moim zdaniem bez wątpienia największy sukces w historii lubelskiej siatkówki.

Jastrzębski Węgiel, aktualni mistrzowie Polski, muszą teraz walczyć o brązowy medal – co w ich przypadku jest gorzkim rozczarowaniem, ale też sygnałem, jak bardzo wyrównana stała się PlusLiga. Trzeba też przyznać, że drużyna z Jastrzębia-Zdroju prezentowała się świetnie na boisku, a mimo to to drużyna z Lublina okazała się silniejsza w tej rywalizacji. Rywalem Bogdanki w finale będzie Aluron CMC Warta Zawiercie, która pokonała w trzecim półfinale PGE Projekt Warszawę. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać starcia między tymi drużynami. Pozostaje nam trzymać kciuki za zawodników BOGDANKI LUK Lublin rozegra pierwszy mecz finałowy z Aluronem CMC Wartą Zawiercie już 30 kwietnia. Mecz ten zostanie rozegrany na wyjeździe w Sosnowcu. Wszystkie znaki na niebie i Ziemi mówią mi, że będę się podczas meczu stresował, jak wtedy, gdy mama za dzieciaka po powrocie z wywiadówki powiedziała mi „porozmawiamy w domu” – level nerwów na poziomie HARD.

C jak cenne informacje i statystyki

Co oznacza ten sukces Bogdanki LUK Lublin?

To nie tylko niesamowity rozwój projektu z Lublina, który w kilka lat przeszedł drogę z zaplecza PlusLigi na jej absolutne szczyty. To również nowy impuls i świeżą energia w polskiej siatkówce. I czy cchcecie w to wierzyć czy nie – przed nami wielki finał, a Lublin już teraz zapisał się złotymi zgłoskami w historii PlusLigi.

Poniżej  zostawiam Wam jeszcze garść danych statystycznych z ostatniego meczu:

Najwięcej punktów zdobyli: Tomasz Fornal (28), Łukasz Kaczmarek (19), Anton Brehme (10) – JSW; Kewin Sasak (23), Wilfredo Leon (19), Aleks Grozdanow (10) – LUK. Gospodarze lepiej punktowali zagrywką (12–8), a goście blokiem (11–16). 

MVP został: Kewin Sasak (17/32 = 53% skuteczności w ataku + 6 bloków).

Bogdanka LUK Lublin – JSW Jastrzębski Węgiel   3:2 (25:22, 20:25, 26:24, 23:25, 15:9)

JSW: Anton Brehme, Benjamin Toniutti, Tomasz Fornal, Norbert Huber, Łukasz Kaczmarek, Timothee Carle – Jakub Jurczyk (libero) oraz Juan Ignacio Finoli, Marcin Waliński (libero), Luciano Vicentin, Arkadiusz Żakieta. Trener: Marcelo Mendez.

LUK: Fynnian McCarthy, Marcin Komenda, Wilfredo Leon, Aleks Grozdanow, Kewin Sasak, Mikołaj Sawicki – Thales Hoss (libero) oraz Mateusz Malinowski, Maciej Czyrek, Bennie Tuinstra, Jan Nowakowski. Trener: Massimo Botti.

Na koniec życzę Wam miłego przeglądania zdjęć – trzymajcie się zdrowo i do następnego razu – cześć!!!

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Halinie Piórkowskiej-Karuś, Drukarni Nova Druk oraz Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Lubelskiego.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

Orlen Oil Motor Lublin VS Włókniarz Częstochowa

ABC po meczu Orlen Oil Motor Lublin z drużyną Włókniarz Częstochowa

Cześć! Dziś zdam Wam relację z drugiego starcia PGE Ekstraligi 2025, w którym Orlen Oil Motor Lublin zmierzył się na własnym torze z drużyną Krono-Plast Włókniarz Częstochowa. Wszystko to miało miejsce 19.04.2025 roku. Jeżeli jesteście ciekawi mojej subiektywnej oceny oraz zdjęć z tego wydarzenia – zapraszam do lektury i scrollowania.

Spotkanie zakończyło się zwycięstwem gospodarzy. Moim zdaniem rywalizacja była zacięta, ale cieszę się, że to właśnie Orlen Oil Motor Lublin okazał się lepszy od przeciwnika i wynikiem 49:41 przypieczętował sukces. Choć wynik w Lublinie finalnie był zgodny z oczekiwaniami większości kibiców zgromadzonych na stadionie, mam wrażenie, że przebieg spotkania potrafił zaskoczyć niejednego kibica. Ja ostatnio tak się stresowałem, gdy musiałem iść do nowego fryzjera i dla żartu powiedziałem „tak jak zwykle”, mimo że to był mój pierwszy raz u niego, a on ze stoickim spokojem odpowiedział: „jasne”, ale wróćmy do początku żużlowej rywalizacji.

A jak atrakcyjność rywalizacji

Mecz pomiędzy Orlen Oil Motorem Lublin a Krono-Plast Włókniarzem Częstochowa dostarczył kibicom wielu emocji. Goście niespodziewanie postawili się faworytowi, lecz w końcówce nie byli już w stanie odwrócić losów meczu. Być może zgubne okazało się ich podejście do spotkania — drużyna z Lublina niedawno wysoko wygrała w Zielonej Górze, natomiast Częstochowianie zostali na własnym torze zdominowani przez grudziądzkie „Gołębie”. Mimo to w sobotnie popołudnie walczyli do końca, jak równy z równym.

Reasumując — Mistrzowie Polski weszli w ten sezon z pełną mocą, a podopieczni Mariusza Staszewskiego przed przyjazdem do Miasta Inspiracji musieli jeszcze leczyć rany po wpadce na inaugurację rozgrywek. Co najistotniejsze, finalnie w drużynie Motoru więcej elementów zagrało na korzyść gospodarzy i Lubelskim Koziołkom udało się odnieść kolejny sukces.

B jak bezpieczeństwo na stadionie

Mecze żużlowe w Polsce są organizowane z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa. Dlatego jeśli pytacie mnie, czy na takich meczach jest bezpiecznie i czy można zabrać tam dzieci — rozwiewam wszelkie wątpliwości. Na stadionie w Lublinie, podobnie jak na innych ekstraligowych obiektach, obecne są wykwalifikowane służby porządkowe i medyczne, gotowe do działania w razie potrzeby.

Organizatorzy dbają także o odpowiednie oznakowanie dróg ewakuacyjnych oraz przestrzeganie zasad bezpieczeństwa przez kibiców. Wszystko to sprawia, że uczestnictwo w meczach żużlowych jest bezpieczne i komfortowe dla wszystkich obecnych. Już przy wejściu każdy jest dokładnie sprawdzany pod kątem ewentualnych zagrożeń — więc w cenie biletu nastawcie się na macanie przez obsługę w gratisie, ale wiadomo – czego nie robi się dla bezpieczeństwa.

C jak ceny biletów i inne cenne informacje

Już teraz uczulam Was — bilety na żużlowe mecze w Lublinie rozchodzą się szybciej niż świeże bułeczki w najlepszej piekarni w świąteczne poranki. Ceny biletów na mecz Orlen Oil Motor Lublin – Krono-Plast Włókniarz Częstochowa przedstawiały się następująco:

  • Bilet normalny: 70 PLN

  • Bilet ulgowy (dla młodzieży uczącej się, studentów z ważną legitymacją, emerytów, osób niepełnosprawnych): 55 PLN

  • Bilet dziecięcy (do końca szkoły podstawowej): 35 PLN

Bilety były dostępne wyłącznie w formie cyfrowej przez platformę Eventim.pl, co zapewniało łatwy dostęp do zakupu oraz kontrolę przy wejściu. Jedna osoba mogła zakupić maksymalnie 4 bilety. Dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich przewidziano specjalne miejsca.

Bramki dla posiadaczy karnetów zostały otwarte na 2 godziny przed rozpoczęciem spotkania. Pozostali kibice mogli wejść 1,5 godziny przed meczem — stadion wypełnił się niemal do ostatniego miejsca.

Mecz Orlen Oil Motor Lublin – Krono-Plast Włókniarz Częstochowa był nie tylko widowiskowym wydarzeniem sportowym, ale także doskonałą okazją do spędzenia czasu z rodziną i przyjaciółmi, ciesząc się emocjami żużlowych zmagań na najwyższym poziomie. Serdeczne gratulacje dla zwycięzców i trzymam kciuki za kolejne sukcesy! Poniżej znajdziecie jeszcze kilka zdjęć — życzę miłego scrollowania. Trzymajcie się zdrowo i do zobaczenia następnym razem!

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Halinka Piórkowska-Karuś, Drukarni Nova Druk oraz Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Lubelskiego.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

BOGDANKA LUK LUBLIN VS ZAKSA KĘDZIERZYN KOŹLE

ABC PO MECZU BOGDANKI LUK LUBLIN Z DRUŻYNĄ ZAKSA KĘDZIERZYN-KOŹLE

Mecz pomiędzy drużynami Bogdanka LUK Lublin a ZAKSA Kędzierzyn-Koźle odbył się dziś (w niedzielę, 6 kwietnia 2025 roku). Wydarzenie rozpoczęło się o godzinie 14:45 w hali Globus w Lublinie. Spotkanie PlusLigi, a dokładnie 1/4 finału dostarczyło wielu emocji i niezapomnianych chwil dla kibiców siatkówki obu drużyn, a szczególnie tej z Lublina. Przyznam się Wam szczerze, ostatnio tak stresowałem się, gdy wchodziłem na wagę po świątecznym obżarstwie. Jeżeli jesteście ciekawi zdjęć z tego meczu oraz mojej skromnej oceny tego wydarzenia, to zostawiam ją Wam poniżej, miłej lektury.

A jak atrakcyjność meczu

Forma obu drużyn na boisku była dobra. Bogdanka LUK Lublin prezentowała dobry poziom w całym bieżącym sezonie. W ostatnich meczach odnieśli liczne zwycięstwa, a gra zespołu opierała się na solidnej obronie oraz skutecznej ofensywie, szczególnie w wykonaniu Wilfredo Leona, który regularnie zdobywa wysoką liczbę punktów. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle również dotychczas prezentowała dobrą dyspozycję. Kędzierzynianie w ostatnich spotkaniach często wygrali, a drużyna opierała swoją grę na doświadczeniu i zgraniu, a kluczowe postacie, takie jak Rafał Szymura czy Bartosz Kurek, często decydowali o losach meczu. Jeszcze zanim zaczął się mecz, wiadomym było, że dużo będzie zależało od dyspozycji Wilfredo i Bartosza i to ich forma lub jej brak może przesądzić o końcowym wyniku. To właściwie łatwo się dało zauważyć we wcześniejszych dwóch meczach rozegranych między tymi drużynami.

B jak być albo nie być obu drużyn

Dla niewtajemniczonych sięgnijmy na moment do historii. W poprzednich dwóch spotkaniach między tymi drużynami, zarówno Bogdanka LUK Lublin, jak i ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, odniosły po jednej wygranej. Pierwszy mecz 3:1 rozegrany w hali Globus wygrała ZAKSA, Lublinianie natomiast zwyciężyli 3:0 w Kędzierzynie-Koźlu. W trzecim meczu natomiast stawka była wysoka, bo to jego wynik zadecydować miał o tym, kto zagra o medale. Mimo, że ZAKSA Kędzierzyn-Koźle wygrała pewnie pierwszy mecz w Lublinie 3:1. To mecz u siebie był dla nich drogą przez mękę. Gospodarze wyglądali na rozbitych mentalnie, tym bardziej, że w grze musieli sobie poradzić bez Bartosza Kurka i Jakuba Szymańskiego. Szczególnie brak tego pierwszego był dotkliwy, co skrupulatnie wykorzystała drużyna z Lublina grając jak natchnieni od pierwszej piłki i bezlitośnie wykorzystując taktyczny chaos w szeregach Kędzierzynian. W kluczowych momentach siatkarze LUK Lublin dobrze reagowali blokiem. Dzięki temu nie pozwalali gospodarzom wierzyć, że są w stanie wrócić do tego spotkania.

C jak cena zwycięstwa

Trzeci mecz był od samego początku grą nerwów po obu stronach. Pojedynek, decydujący o awansie do najlepszej czwórki PlusLigi sezonu 2024/2025 transmitowano w Polsacie Sport, a Hala Globus w Lublinie była wypełniona kibicami po brzegi. Podopieczni trenera Massimo Bottiego pokazali dziś klasę w Lublinie, wygrali mecz wynikiem 3:0 awansując do półfinału PlusLigi.

Utytułowany team z Opolszczyzny, nie był w stanie w dniu dzisiejszym postawić się czwartemu zespołowi fazy zasadniczej. Świetnie w ekipie żółto-czarnych spisali się Wilfredo Leon, Mikołaj Sawicki​, Jan Nowakowski​,​ Kewin Sasak​ oraz Marcin Komenda – kapitana drużyny, który rozgrywał dziś mecz śpiewająco i był liderem Bogdanki, otrzymując statuetkę MVP. Mi osobiście najbardziej podobała się dziś gra Kewina Sasaka, którego całokształt na boisku zasługiwał na wyróżnienie. Losy awansu do 1/2 finału fazy play-off rozstrzygnęły się tym samym w Lublinie ku radości gospodarzy i większości kibiców, którzy wraz cheerleaderkami wspierali ze wszystkich sił LUK Lublin w drodze do zwycięstwa. Poniżej kilka danych statystycznych:


Bogdanka LUK Lublin – ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 3:0 (25:21, 25:21, 26:24)

LUK: Sasak 16, Leon 16, Sawicki 13, Nowakowski 8, McCarthy 3, Komenda, Hoss (libero) oraz Malinowski i Czyrek. Trener: Massimo Botti

ZAKSA: Kurek 18, Szymura 10, Grobelny 7, Poręba, Smith 4, Janusz 2, Shoji (libero) oraz Rećko, Kubicki, Urbanowicz i Szymański. Trener: Andrea Giani

Podopieczni trenera Massimo Bottiego byli dziś skuteczniejsi w ataku, lepiej prezentowali się również w przyjęciu; mieli też o jednego więcej asa serwisowego (3–2), natomiast team z województwa opolskiego lepiej prezentował się w bloku – dwa razy więcej udało się powstrzymać blokiem ataki Bogdaniki (11–13).

Siatkarze Bogdanki LUK-u Lublin tym sukcesem piszą nową historię klubu. Podopieczni trenera Massimo Bottiego zaostrzają apetyty kibiców na kolejne sukcesy. Na koniec zdradzę Wam, że  cieszę się z takiego obrotu sytuacji, jak wtedy, gdy odkryłem, że w plecaku ukryła się pyszna zapomniana czekolada, która wciąż jest w idealnym stanie – jakby czekała na ten moment! Jestem pewny, że ta czekolada jak i drużyna z Lublina nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Gratuluję całej drużynie Bogdanka LUK Lublin zameldowania się w półfinale! W rywalizacji do dwóch zwycięstw drużyna z Lublina zwyciężyła 2–1 i w półfinale zmierzy się z JSW Jastrzębskim Węglem. Już dziś trzymam kciuki za kolejne mecze. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle natomiast będzie rywalizowała z Asseco Resovią o piąte miejsce. Pozostawiam Wam jeszcze sporą porcję kadrów z dzisiejszego meczu, miłego oglądania – trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć!!!

 

 

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA Team, Drukarni Nova Druk oraz Urzędowi Marszałkowskiemu Województwa Lubelskiego.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM