Derinkuyu

Co warto zobaczyć w Kapadocji?

ABC O PODZIEMNYM MIEŚCIE W TURCJI – DERINKUYU

A jak atrakcyjność Derinkuyu

Derinkuyu w Turcji to podziemne miasto, położone w centralnej Anatolii, które od setek lat zachwyca oraz intryguje, a przede wszystkim przyciąga turystów z całego świata. Zabieram Was do Kapadocji, gdzie w podziemiach tej krainy, położonej w środkowej Turcji skrywa się wiele tajemnic. Dzisiejszy wpis będzie niczym dzieło na miarę Blanki Lipińskiej. Jednego bądźcie pewni – będzie ciemno i przyjemno, a jak doczytacie do końca sami – ocenicie, czy Wam się podobało, czy też nie i będziecie wyczekiwać kolejnego – lepszego z moich podróżniczych wpisów.

Będziemy dziś wchodzić głęboko, głębiej i co raz szybciej i mocniej oraz dalej niemalże dotrzemy do bram piekieł, a na pewno do piekielnie fajnych miejscówek. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać i robię się z podniecenia twardy niczym żelki z Biedronki sprzedawane bez opakowania. Powiem Wam szczerze,  że wręcz uwielbiam ten rodzaj brawury. Jeśli macie ukończone 18 lat i również jesteście gotowi na penetrację tych orientalnych terenów – to startujemy. Możecie być pewni – dzisiejszy wpis będzie jak randka w darkroomie po internetowym romansie – tu całej prawdy nie da się ukryć. Gotowi? No to ruszamy.

Dla pełni szczerości muszę Wam na starcie naszej wyprawy zdradzić kilka elementarnych informacji. Kapadocja znana jest z licznych podziemnych miast, a to za sprawą tamtejszych miękkich skał, które umożliwiały rzeźbienie tuneli oraz drążenie pomieszczeń pod powierzchnią. Jednak największym, najgłębszym oraz najciekawszym tego typu miastem pozostaje od zawsze Derinkuyu, do którego Was zabieram. Zobaczycie dziś  podziemny kompleks, którego historia sięga czasów starożytnych. Miasto Derinkuyu leżące w prowincji Nevşehir potrafi zrobić ogromne wrażenie niczym porcja pierogów od babci na niedzielnym obiedzie, no chyba że macie klaustrofobię lub jesteście na diecie – wówczas może nawet przyprawić o zawał czy zawroty głowy. Dla mnie prywatnie miejsce to jest imponującym zabytkiem na skalę światową i od dawna chciałem Was tu zabrać, szczególnie że nikt nie jest w stanie precyzyjnie podać kiedy i za sprawą kogo ono powstało. Rzut okiem jak wygląda na fotografii to podziemne miasto i idziemy.

Ruszamy do kompleksu podziemnych tuneli i mieszkań Derinkuyu, które założone zostały prawdopodobnie już we wczesnej starożytności. Pierwsze źródła pisane opisujące podziemne miasto w Turcji pochodzą z IV wieku p.n.e., ale podejrzenia co do jego początków sięgają nawet VIII w.p.n.e. Miasto miało służyć jako schronienie dla prześladowanych Chrześcijan najpierw przed muzułmańskimi Arabami podczas wojen arabsko-bizantyjskich, później także przed mongolskimi najeźdźcami w XIII wieku. Nie będę Was zanudzał historią, ale zdradzę, że ciekawostką jest fakt, iż miasto posiadało w swoich strukturach nie tylko pomieszczenia mieszkalne, ale i sklepy spożywcze, kuchnie, stragany, świątynie, studnie oraz miejsca nauki. Jednym słowem pełny serwis – dokładnie tak samo jak na obiedzie u babci – nie da się tego wszystkiego ogarnąć oczami, a co za tym idzie i skonsumować w pełni na raz.

Szacuje się, że całość tego podziemnego miasta  była rozlokowana nawet na około 8 poziomach, z których najniższe znajdowały się 85 metrów pod powierzchnią Ziemi (niektóre źródła podają, że tych poziomów mogło być więcej – nawet do 12). Miasto wyposażone było w systemy dostarczające wodę oraz szyby wentylacyjne i ja to szanuję – taka klimatyzacja w tamtych czasach była czymś nie mniej nieocenionym, jak dziś. Dzięki temu w upalne lata temperatura utrzymuje się tu na poziomie około 15 °C, a zimą nie spada poniżej 7°C. Przez setki lat funkcjonowało to miejsce jako samodzielna metropolia mieszcząca w swoich zakątkach tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy mieszkańców. Pozostaje jedno pytanie, czy kosmici mogli pomagać ludziom w budowie tak zaawansowanego na owe czasy miasta? Zdradzę Wam, że nieopodal tego miejsca jest sklep z różnymi pamiątkami czy antykami, a w sejfie właściciel trzyma iście kosmiczne starocie, które odnaleziono w tych okolicach. Nie chcę nic sugerować, ale niektóre z nich wyglądają naprawdę nieziemsko – sami oceńcie.

Tu pewnie znów Was zaskoczę, ale to podziemne miasto zostało odkryte stosunkowo niedawno i co najciekawsze, całkowicie przypadkowo. Odkrycia dokonał w 1963 roku miejscowy rolnik, który podczas renowacji swojego domu natknął się na tajemniczy pokój. Dalsze prace archeologiczne odsłoniły dostęp do sieci tuneli. W 1967 roku Derinkuyu udostępniono w części zwiedzającym i do dziś cieszy się to miejsce powodzeniem wśród turystów z całego świata.

Podczas podziemnej wędrówki warto zwrócić uwagę na ogromne koła młyńskie, służące jako drzwi do kolejnych poziomów miasta. W razie ataku wykorzystywano je do odcięcia dostępu napastnikom, a środkowy otwór służył jako ułatwienie do przetaczanie tych “bram”. Ważą one od 200 aż do 500 kg, mają wysokość od 1 do 1,5 metra i szerokość 30-50 cm dzięki czemu są solidniejsze niż obecna Gerda – która nie zapłaciła za reklamę na blogu, a lokowanie jej produktu w postaci drzwi jest zupełnie przypadkowe. 

Główną atrakcją turystyczną jest w Derinkuyu oczywiście podziemne miasto, ale warto podkreślić, że nie jedyną. Zaledwie 100 metrów na południe od wejścia do podziemnego miasta stoi otoczony kamiennym murem kościół świętego Teodora. Został on zbudowany w latach 50-tych XIX wieku, kiedy to miasteczko, znane wówczas jako Malakopi. Z czasem kościół przestał służyć wiernym, a już w 2014 roku obiekt został zamknięty, ale można wejść na jego dziedziniec i dokładnie obejrzeć samą budowlę, niestety wyłącznie z zewnątrz, gdyż budynek jest niedostępny niczym makaron czy papier toaletowy na sklepowych półkach w początkach pandemii, ale warto jest wybrać się na spacer właśnie w tym kierunku.

Za kościołem świętego Teodora rozciąga się park miejski – Hakkı Atamulu Kültür Parkı. Jego główną ozdobą jest ogromny pomnik, gdzie przedstawiony został Atatürk. Ma on wysokość 13,5 metra i był do niedawna najwyższym pomnikiem wodza w Turcji.

Przy parku stoi rzadki w Turcji przykład oryginalnego budynku meczetu czyli Derinkuyu Park Camii. Został on również zaprojektowany przez Hakkı Atamulu, a wyróżnia go wyrastający z dachu minaret.

Kolejnym ciekawym meczetem w miasteczku jest Meczet Republiki (tr. Cumhuriyet Camii), stojący około 200 metrów na północ od wejścia do podziemnego miasta, przy ulicy Şht. Ali Güven. Budynek został wzniesiony w 1860 roku jako Kościół Archaniołów (tr. Taksiyarhis Kilisesi) – przekształcono go w meczet w 1949 roku.

Nie można również pominąć gustownego inaczej napisu dla turystów, który ulokowano tak, że drugi plan tworzy  unikatowy klimat dla każdego, kto chce mieć fotograficzną i nietypową pamiątkę z tego właśnie miasta, do dziś żałuję, że sam nie zapozowałem w tym miejscu. Przyznajcie – czyż nie jest wyjątkowo?

B jak bezpieczeństo

W mieście tym nie zobaczymy antycznych ruin, nie ma tu kolumn, marmurów, amfiteatrów. Jego główną atrakcją jest półmrok, chłód i kilometry korytarzy ukrytych pod powierzchnią. Gdy znikniecie pod Ziemią w tunelach starożytnego miasta-schronienia Derinkuyu możecie czuć się jednak bezpiecznie. Korytarze są dobrze oznaczone i trudno jest się tu zgubić, ale nie mówię, że jest to nie możliwe. Poruszanie się po terenie podziemnego miasta jest proste i nie da się tu zabłądzić, wystarczy podążać za odpowiednimi strzałkami. Natomiast w samym mieście spotkałem wielu przyjaznych lokalsów, którzy bardzo pozytywnie nastawieni są dla turystów, a tamtejsze dzieciaki skradły migawkę mojego aparatu. W okolicy nie brakuje również sklepów z pamiątkami, których właściciele zapraszają serdecznie do siebie, ale o tym nieco więcej będzie za chwilę.

Ważna sugestia – idąc po podziemnym mieście za wskazaniem czerwonych będziemy szli coraz bardziej w głąb Ziemi, jeśli chcemy wydostać się na powierzchnię, wystarczy podążać za strzałkami w kolorze niebieskim. Warto też wiedzieć, że nie cała trasa jest idealnie oświetlona, część pomieszczeń jest pozbawiona elektryczności i bez własnego światła nie wchodźmy do żadnego z ciemnych pomieszczeń. Często spotkać można liczne dziury w podłodze, w które łatwo jest wpaść przy chwili nieuwagi i jest to chyba jedyne zagrożenie, które w tym mieście udało mi się wyłapać.

Aby dostać się do Derikuyu z Goreme można wyruszyć z dworca dolmuszem jadącym w kierunku do Nevsehir. Dolmusze odjeżdżają dość regularnie i nie będziemy mieli kłopotu ze znalezieniem transportu, nie są również drogie. Wsiadając powiedzmy kierowcy, że naszym celem jest Derinkuyu. Kiedy przyjdziemy na miejsce możemy wysiąść na ostatnim przystanku, z którego do przejścia będziemy mieli jakieś 300 metrów w kierunku z którego przejechaliśmy. Kierujmy się w stronę kościoła, przejdźmy obok niego i po prawej stronie znajdziemy kasy i samo wejście do podziemnego kompleksu.

Zapomniałbym wspomnieć, że oprócz pomieszczeń mieszkalnych i korytarzy w mieście podziemnym Derinkuyu znaleziono prasy do produkcji wina i oliwy, stajnie, magazyny i spiżarnie, szkoły jak również kaplice, kościoły czy miejsca modlitwy, szyby wentylacyjne, którego wysokość wynosi 55 metrów. 

C jak ceny

Wstęp do podziemnego miasta jest płatny, a cena biletu wynosi 60 TL (w 2022 roku). W Derinkuyu można również wykorzystać kartę Museum Pass Kapadokya – uprawniającą do wstępu do 10 najważniejszych atrakcji turystycznych w Kapadocji, która ważna jest przez 3 doby. Oba bilety dostępne są w kasach, a koszt takiej karty to 320 TL. Obiekt jest otwarty codzienne od godziny 8:00 do godziny 18:00 w sezonie lub 17:00 poza nim.

Moim zdaniem Derinkuyu to jedna z najbardziej niezwykłych konstrukcji i jednocześnie jedno z najbardziej imponujących podziemnych miast na świecie, które jest warte zobaczenia za wszelką cenę. Mam nadzieję, że i Wam ta podróż do wnętrza Ziemi przypadła do gustu. Choć wszystko co dobre się szybko kończy, tak i nasza wyprawa musi dojść do końca –  gdzie słowo dojść w filmach Blanki Lipińskiej rozumiano nieco inaczej. Tak to trochę jest, jak ze skokami narciarskimi, które trwają za krótko – podobnie jest, mam wrażenie z moim dzisiejszym wpisem, co by nie szukać innych bardziej wysublimowanych porównań. To zabieg celowy byście nie mieli przesytu, a apetyt, by zobaczyć to miejsce osobiście – do czego już dziś Was gorąco zachęcam.

Obiecuję Wam, że to też nie nasza ostatnia podróż po Kapadocji. Ta przepiękna kraina położona w środkowej części Azji Mniejszej oczarowała mnie na tyle, że jeszcze nie raz Was tu zabiorę. Imponuje mi jej wyjątkowa uroda, która związana jest z jej budową geologiczną, choć niektórzy złośliwi mawiają, że tak chujowych skał to dawno nie widzieli. Region ten jest w dużej części zbudowany ze skał pochodzenia wulkanicznego tzw. tufu. Odwiedzający Kapadocję zachwycić się tu mogą skałami o ciekawych kształtach będącymi wynikiem ich erozyjnych właściwości, ale o tym więcej innym razem. Na deser zostawiam poniżej jeszcze kilka fotografii z mojej wyprawy. WIELKIE DZIĘKI DLA MOICH PATRONÓW – to dzięki Wam powstaje ten blog. Dziękuję też wszystkim za wirtualne kawy. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć!

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Turcja  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2022

Stepler

ABC o aplikacji STEPLER

Jak wychodzić sobie nie tylko podróżnicze nagrody?

Często podróżnicy powtarzają, że to wyprawa i droga jest celem samym w sobie. Nie zawsze chodzi o to w podróżowaniu, by dotrzeć do konkretnego celu, a samo w sobie zdobywanie jest najbardziej interesujące. Nie wiem czy i Wy macie podobnie, ale ja  w pełni popieram tą koncepcję. Nie mam jednak nic przeciwko, by spacerując i zwiedzając czy odkrywając nowe miejsca mieć z tego powodu dodatkowe bonusy. Dlatego też zainstalowałem sobie dzięki informacji od koleżanki z pracy aplikację STEPLER. Raz jeszcze dzięki Svietka – jeszcze bardziej uzależniłaś mnie od eksplorowania świata i to dzięki Tobie mogłem się przez chwilę poczuć zaopiekowany jak rencista na zusowskim garnuszku i mieć coś więcej niż piękne zdjęcia, wspomnienia i wrażenia, które zabieram ze sobą z każdej podróży.

Zapewne zastanawiacie się co mam na myśli, pisząc “mieć coś więcej”? Już wyjaśniam. Stepler to darmowa aplikacja zdrowotna, która liczy twoje kroki i przelicza je na punkty. Twoje zdobyte punkty wymieniasz na NAGRODY, VOUCHERY czy różnego rodzaju ZNIŻKI od partnerów i reklamodawców tej aplikacji. Co ważne nie ma znaczenia czy zwiedzacie świat,  spacerujecie bez celu, kosicie trawnik, biegacie lub idziecie z psem na spacer. Stepler nagradza każdy krok, bo ruch się liczy i to jest jedną z cenniejszych nagród, którą zdobywamy, ale nie jedyną. Co jest ważne – że im więcej kroków zrobicie, tym więcej punktów zdobywacie i tym ciekawsze opcje prezentowe możecie otrzymać. Jeszcze jedna ważna kwestia – aplikacja jest w 100% DARMOWA, a zastanawiacie się skąd mają jej Twórcy pieniądze na nagrody? Żyją z reklam i to dzięki partnerom są w stanie je zapewnić. Poniżej kilka z wybranych obecnie dostępnych nagród w aplikacji.

 
Zastanawiacie się pewnie skąd można pobrać aplikację?
 
Aplikacja Stepler jest dostępna w App Store i Google Play, ale jeśli pobierzecie ją na telefony z mojego linku polecającego na start otrzymacie BONUS – 10 PKT EKSTRA. Dlatego zostawiam Wam link i wystarczy korzystając z telefonu  kliknąć TUTAJ, pobrać apkę i gotowe, dalej pozostanie Wam wychodzić nagrody.
 
Jeśli macie więcej pytań na temat aplikacji piszcie śmiało na adres e‑mail: feedback_pl@stepler.io *(tu rozwieją Wasze wszelkie wątpliwości).
 
Podsumowując Stepler to prosta droga do atrakcyjnych zniżek i kart podarunkowych u partnerów tego projektu. Pamiętajcie, że nagrodą są nie tylko zniżki i karty prezentowe – ale przede wszystkim zdrowy nawyk ruchu, który wyrabiacie w sobie każdego dnia, a co za tym idzie – lepsza kondycja fizyczna. Ta szwedzka aplikacja działa na polskim rynku od niedawna, ale cieszy się ogromną popularnością. Z aplikacji Stepler korzysta około 1,6 mln osób nie tylko w Polsce czy Szwecji – bo apka ta działa również Norwegii oraz Niemczech i stale powiększa liczbę użytkowników. Jeśli chcecie dołączyć do tego grona kliknijcie telefonach na prezent, a na start Wasze konto powiększy się o dodatkowe +10 punktów. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu – cześć!!!
 

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Stepler  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2022

ABC O NAJWIĘKSZYM MECZECIE W TURCJI

Co warto zobaczyć w Stambule?

ABC O NAJWIĘKSZYM MECZECIE W TURCJI

Wiecie, jak to jest z blogami podróżniczymi – wszystko zależy, jak trafisz. To podobnie jak z oscypkami na Krupówkach: może pojawić się gastronomiczno-podróżnicza miłość od pierwszego wejrzenia i to nie tylko do samych serów, a związaną z tym całą ekstaza i oscypkowa-eksploracyjna oraz całą tą psychologią albo gastrologia i wizyta na SORze lub ból brzucha w najlepszym wypadku, a w nieco gorszym dupy po zwiedzanym blogu czy wizycie w góralskiej oborze. Wszystko zależnie od tego, ile się zjadło, co się piło lub jak się czytało i co się na koniec z tym wszystkim zrobiło.

Tym krótkim wzruszającym wstępniakiem zabieram co odważniejszych w kolejną wirtualną podróż. Podróż ta nie odbyłaby się, gdyby nie moi Patroni – dlatego z tego miejsca WIELKIE DZIĘKI dla Was. Wiem, że przez co poniektórych od ilości wzruszeń i wylanych łez na widok mojego dzisiejszego wpisu wzrósł poziom mórz i oceanów, ale w tej sytuacji pozostaje mi zacytować klasyka i napisać – startujmy, po prostu „taki mamy klimat”.

I choć z moim wstępem jest dziś jak z politykami – nigdy nie wiadomo, o co im chodzi – to mam nadzieję, że dzisiejsza wyprawa sprawi, że testosteron, progesteron, estrogeny i inne hormony podskoczą Wam nie mniej niż cena diesla w ostatnich czasach. Szczególnie, że zobaczycie największy meczet w Turcji. Choć ja będę uporczywie się trzymał założenia, że rozmiar nie jest najważniejszy 😉

Chcecie czy nie – zabieram Was do Stambułu. Znajdziemy się na chwilę w Turcji, która jest tak samo bliska, jak daleka, czerpie siłę z obu tradycji wschodu i zachodu i jedno jest pewne – możemy się od niej wiele nauczyć, jeśli tylko nauczymy się jej słuchać i patrzeć na nią, nie tylko z zachodniej perspektywy. Nie ma co więc siedzieć jak na tureckim kazaniu, łapki na myszkę i scrollujemy. Nie wiem jak Wy, ale ja już jaram się jak race na żylecie – gotowi? To co płyniemy?

A jak adres dzisiejszej eksploracji oraz atrakcyjność Stambułu

Stambuł, jak mało które miasto na Ziemi żywi się kontrastami. Miasto to jest gdzieś w połowie drogi między wschodem i zachodem, a ta niezwykła historia całego kraju wyczuwalna jest szczególnie w Stambule. To właśnie tu panuje niesamowita równowaga między surowością a życzliwością, chęcią rozwoju a nawiązaniem do tradycji. W mieszkańcach tego miasta jest z jednej strony ogromna duma narodowa, ale i otwartość, gościnność i życzliwość, której wiele razy będąc w Stambule, mogłem doświadczyć. Trzeba mieć jednak świadomość, że Turcja to ogromny kraj, a już w samym Stambule przeskoczyć można z jednego kontynentu na drugi, więc doświadczenia z Waszych wypraw mogą być zgoła odmienne od moich. Warto też podkreślić, że miasto ma swoją niezwykłą historię, unikatowe wibracje i dźwięk, w który warto się wsłuchać, bez względu na to, ile czasu będzie Wam dane tu spędzić.

W Stambule jest też ogrom miejsc, które koniecznie musicie zobaczyć. Dziś zabieram Was do jednego z nich. Zanotujcie sobie adres: Ferah Mahallesi, Ferah Yolu Sk. No:87 Üsküdar (Ferah) 34692 Stambuł – miejsce, które po prostu musicie odwiedzić. Znajduje się tu jeden z unikatowych meczetów świata. Czas pokazać Wam największy meczet w nie tylko w Turcji, ale i w całej Azji Mniejszej. Szacuje się, że może pomieścić się tu około 63 000 osób. W środku znajduje się również muzeum, galeria sztuki, biblioteka, sala konferencyjna i podziemny parking na 3500 pojazdów.

Zapytacie pewnie, jak najłatwiej dotrzeć można do meczetu? Ja dojechałem autobusem 15C bezpośrednio z terminalu promowego Üsküdar, po przypłynięciu z europejskiej części Stambułu i jest to chyba najłatwiejsza i jednocześnie najtańsza opcja dotarcia do tego unikatowego miejsca. Płynąc łodzią udało się przy okazji zobaczyć sporo pięknych budowli, minąć most bosforski oraz wielu tureckich rybaków, ale największe wrażenie zrobiły na mnie płynące obok delfiny.

B jak budowla

Budynek meczetu Camilica został zaprojektowany przez dwie architektki, Bahar Mızrak i Hayriye Gül Totu. Cała inwestycja pochłonęła niebagatelną kwotę – około 150 milionów TL. Długość czterech minaretów meczetu wynosi 107,1 metra, co sprawia, że budowla widoczna jest naprawdę z dużej odległości. Wszystko to sprawia ogromne wrażenie, a to dopiero początek naszej eksploracji. Decyzję o całej budowie podjął rząd turecki, aby pokazać siłę gospodarki i zapewnić dziedzictwo rządzącej partii. Inwestycja ta jest też bez wątpienia pokazem z jednej strony dyplomacji kulturalnej, ale i pokazania wizji, czy nawet roli Turcji w obecnym świecie. Sukces i skala projektu oraz cała akcja promocyjna sprawiły, że 4 maja 2019 r. uroczystość otwarcia odbyła się z udziałem samego tureckiego prezydenta Erdoğana. Nie wchodząc jednak głębiej w politykę, zdradzę Wam, że jedno jest pewne – ta architektura osmańska potrafi przytłoczyć, oczarować i wywrzeć na każdym wrażenie, sprawiając, że nie pozostanie ona w pamięci obojętną każdego, kto choć raz w życiu zobaczy ją na własne oczy. Będąc tu trzeba pamiętać o kilku istotnych kwestiach – do każdego meczetu (również tu) wchodzi się boso, a obuwie zostawia się w specjalnych szafkach. Należy też zwrócić uwagę na swój strój – mężczyzna musi mieć spodenki zakrywające kolana, zaś kobieta zakryte nogi i ramiona oraz narzuconą chustę na włosy. Wstęp jest bezpłatny, ale trzeba pamiętać, że znajdujemy się w miejscu, którego powaga wymaga odpowiedniego zachowania.

C jak cenne wspomnienia

Co najcenniejszego zabieram ze sobą z tej wyprawy – to szereg wspaniałych wspomnień, ogrom pięknych fotografii oraz nowo poznane smaki i zapachy. Zapytacie mnie, jacy są mieszkańcy Stambułu? czy są bardziej wschodni, czy zachodni? Odpowiem Wam, że ani tacy, ani tacy. Moim zdaniem mieszkańcy Turcji nie byli ludźmi wschodu i nie staną się zachodem i szczególnie odczuwalne jest to w Stambule. Dla mnie osobiście są oni mądrym połączeniem wschodu i zachodu i tak w moim odczuciu wygląda prawdziwa stambulska dusza, której nie da się jednoznacznie przypisać do jednej z tych dwóch stron świata. Ze wschodu jest w nich niesamowita wrażliwość, a z zachodu mają nowoczesne myślenie. Lokalsi są szczerzy, naturalni, życzliwi, pełni uśmiechu i brak w nich wyrachowania. Zarówno Stambuł, jak i jego mieszkańcy są pod wieloma względami niezwykli. Wiele tej unikalnej magii tkwi właśnie w kontrastach i całej różnorodności. Jeśli chodzi natomiast o sam główny cel mojej wyprawy – to uważam, że kolejne miejsce warte do zobaczenia przed śmiercią, mogę z uśmiechem odznaczyć na mojej długiej eksploracyjnej liście. Mam też nadzieję, że dzisiejsza wirtualna wyprawa na azjatycką stronę Stambułu, przypadła Wam do gustu, a ten symbol łączący nowoczesność i tradycję miasta Stambułu, biorąc pod uwagę lokalizację i skalę projektu, zostanie na długo i w Waszej pamięci. Przecież w końcu po to podróżujemy również wirtualnie, aby z innej perspektywy spojrzeć na wszystko to, co nas otacza. Przyznam się Wam na koniec, że choć nigdy nie lubiłem matematyki, z resztą z wzajemnością – to liczę na to, że niebawem znów się zobaczymy na moim blogu. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć. 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Turcja  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2022

 

Konkurs z Olsztyna

Mam dla Was dobre wieści – na FACEBOOKU VISIT OLSZTYN ogłoszono KONKURS, dla tych, którzy chcą spędzić weekend w Olsztynie. W ostatnim czasie to fantastyczne miasto odwiedziło wielu podróżniczych blogerów, którzy zamieścili swoje relacje z pobytu w Olsztynie. Jednym z nich byłem i ja. Jeśli jeszcze nie widzieliście mojego wpisu, to zapraszam do nadrobienia zaległości – wystarczy kliknąć TUTAJ lub w poniższe zdjęcie.

Dziś zachęcam Was nie tylko do lektury, ale i do udziału w konkursie, szczególnie, że wygrani w konkursie zgarną również zaproszenia do Olsztyńskiego Planetarium i Obserwatorium Astronomicznego, a zwycięzców gościć będą Hotel Wileński – Restauracja SPA oraz Warminski Hotel & Conference. Nie ma co się zastanawiać. Poniżej napisałem Wam co trzeba zrobić, żeby zagrać o te atrakcyjne nagrody.


Co trzeba zrobić, żeby wygrać pobyt w Olsztynie?

Zadanie wydaje się dość proste – trzeba wybrać, ten blogowy wpis, który najbardziej do Was przemawia, żeby odwiedzić Olsztyn, a wysyłając e-mail ze zgłoszeniem – musicie uzasadnić swój wybór. Postawcie na kreatywność i oryginalność. Bądźcie jak Domestos – nie do zatrzymania, pokonajcie konkurencyjne zgłoszenia i wypocznijcie w tym inspirującym mieście.

Odpowiedzi ślijcie na adres: promocja@olsztyn.eu
Macie czas do 8 maja 2022 r. do godziny 20.00
Zwycięzców poznamy 10 maja 2022 r. do godziny 15.00
Regulamin konkursu znajdziecie tutaj: https://tiny.pl/98kz7

Przypomnę tylko, że do wygrania są DWA PODWÓJNE weekendy w Olsztynie. Trzymam za Was kciuki i powodzenia.

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

 

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Olsztyn  🗺

#visitolsztyn #warmia #olsztyn

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2022

Muzeum Historyczne w Bernie

Śladami Alberta Einsteina

ABC o Muzeum Historycznym w Bernie

Trochę mnie tu nie było, ale wiecie jak jest – ostatnio czas wojny zweryfikował priorytety działań i to, że możemy liczyć na siebie nie wtedy, kiedy jest wszystko dobrze, ale gdy pojawiają się wyzwania, którym trzeba sprostać. Pewnie podobnie i Wy skupiliście się w dużym stopniu w ostatnich tygodniach na działaniach pomocowych na rzecz uchodźców z Ukrainy. Musicie wiedzieć, że bardzo to szanuję.

Dziś wiemy kiedy i gdzie są prawdziwi przyjaciele, dlatego chciałem Wam podziękować za to, że jeszcze zaglądacie w głąb mojego podróżniczego bloga i macie chwilę czasu na te moje odkrywcze głupoty. Dziękuję również tym, którzy motywują mnie do pisania i pytają kiedy będzie kolejny wpis. Zdaję też sobie sprawę, że wiele osób potrzebuje choć na chwilę oderwać się od tematu numer jeden, który dominuje w socjal mediach, telewizji czy na licznych blogach.

Dziś w nagrodę zabieram Was w podróż śladami Alberta Einsteina – jak mawia się ostatnimi czasy na salonach „A friend in need, is a friend in dick”. A i nie dziękujcie oraz nie komentujcie, po prostu startujmy. Bądźcie niczym Domestos – nie do zatrzymania. Miłej wirtualnej wyprawy Wam życzę.

A jak atrakcje

Zacznę bardziej przewrotnie niż wskazuje nam na to tytuł dzisiejszego wpisu. Namieszam niczym Gesslerowa w garach, by na koniec w ramach podróżniczej rewolucji, powrócić z sukcesem do meritum. Czas więc wyruszyć w podróż do Muzeum Historycznego w Bernie. Jest to druga co do wielkości galeria w Szwajcarii, skupiająca się na historii zarówno tego kraju, jak i świata. Zaprojektowany przez architekta André Lamberta w 1894 roku. Sam budynek pierwotnie miał stać się Szwajcarskim Muzeum Naukowym, ale z upływem czasu plany te uległy zmianom.

Eksponaty, które można tu znaleźć pochodzą od czasów antycznych, aż do współczesności. Muzeum Historyczne w Bernie uważanym jest  za jeden z najważniejszych ośrodków kulturowych w całej Szwajcarii. Cała kolekcja galerii liczy niemal 500 000 obiektów historycznych. Jedno jest więc pewne – jest co tu oglądać.

Nad samym wejściem do muzeum znajduje się szklana mozaika „The Age of History” z postaciami poezji i historii, wykonana w 1900 roku przez szwajcarskiego malarza Léo-Paula Roberta.

Prezentowane tu skarby nawiązują do wielu kultur. Muzeum nie ogranicza się do historii swojej ojczyzny i posiada eksponaty z różnych części świata. Pochodzą one z Europy, ale także z  Azji, Oceanii, Ameryki i Afryki. Zintegrowane z galerią jest wspomniane wcześniej Muzeum Einsteina, przybliżające życie i osiągnięcia postaci, które jako atrakcja turystyczna, jest ono moim zdaniem wisienką na tym muzealno-historycznym torcie, który Wam dziś zaserwuję w ramach mojej podróżniczej rewolucji. 

Równie fantastyczna jest wystawa czasowa „MYTHOS SAMURAI”. To na niej zobaczycie jak legendarni wojownicy kształtowali historię i kulturę Japonii przez ponad 700 lat.  Zobaczycie tu m.in. zbroje oraz broń, która na pewno zrobi na Was nie małe wrażenie. Ostatnio podobny efekt wywołał  u mnie zwrot podatku, a było to dość dawno.

Jedną z głównych tutejszych atrakcji jest wystawa poświęcona Albertowi Einsteinowi. Ta stała ekspozycja przedstawia życie i dokonania słynnego fizyka. Warto wspomnieć, że przez pewien czas mieszkał on w Bernie i to wówczas opracował swoją znaną na całym świecie formułę E=mc². Samo Muzeum Einsteina zajmuje powierzchnię około 1000 metrów kwadratowych i ma ponad pół tysiąca eksponatów. Znajdziemy tu wiele oryginalnych tekstów i dzieł Alberta. Prezentowane eksponaty odnoszą się nie tylko do jego pracy naukowej, ale także do codziennego życia. Dowiemy się tu coś niecoś o jego sprawach intymnych, kwestiach dotyczących miłości czy przyjaźni.

Pisząc Wam o atrakcjach tego miejsca muszę przyznać, że na mnie spore wrażenie zrobiła ilość przedmiotów etnograficznych i pieniędzy pochodzących z różnych epok. Jak już jesteśmy przy finansach –  to z tego miejsca chcę podziękować moim PATRONOM, którzy wspierają powstawanie tego bloga. Dzięki, że nie tracicie we mnie wiary i nadal wspieracie ten projekt. Dziękuję również Narodowej Organizacji Turystycznej Szwajcarii, bo ta wyprawa odbyła się również przy Jej wsparciu.

B jak Berno

Berno ma dużo więcej do zaoferowania i pewnie jeszcze kiedyś zdradzę Wam więcej informacji o tym niesamowitym mieście. Możecie być pewni, że pięknie zachowane stare miasto, które zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO skusiło już nie jednego turystę do odwiedzenia tych stron. Berno od dawna plasuje się w czołówce miast pod względem jakości życia czy bezpieczeństwa. To dlatego potrafi też przyciągnąć do siebie na dłużej, albo i na zawsze. Miłośnicy przyrody mogą tu latem popływać w turkusowej rzece Aare River, która otacza miasto lub odwiedzać  Gurten, małą lokalną górę Berna, skąd rozpościera się przyjemna panorama. Warto też zobaczyć Zytglogge – czyli średniowieczną wieżę na tutejszym Starym Mieście. Dodam jeszcze, że językiem urzędowym jest tu niemiecki, ale osoby mówiące po angielsku również poradzą sobie bez większych trudności w kontakcie z lokalsami.

C jak ceny

Bardzo często w trzeciej części moich wpisów skupiamy się na pieniądzach. Selfie z Albertem Einsteinem wykonacie sobie zupełnie za darmo, wystarczy siąść obok niego na ławce znajdującej się przed wejściem do przedstawianego Wam muzeum. Jeżeli zdecydujecie się wejść do środka za bilet zapłacicie 24 CHF (każda osoba powyżej 16 roku życia), ale jeśli np. macie legitymację studencką lub jesteście osobą z niepełnosprawnością możecie dostać rabat. Wówczas bilet ten wyniesie Was 18 CHF. Dzieci do 5 lat wchodzą za darmo, a te do 16 lat za bilet zapłacą 12 CHF. Jest też bilet dla rodzin: maksymalnie dwójki dorosłych i trójki dzieci w cenie 50 CHF. Tanio nie jest, ale warto!!! Możecie też odwiedzić to miejsce bez dodatkowych opłat korzystając z karty Swiss Travel Pass, o której więcej informacji znajdziecie tutaj. Ja korzystałem z tej opcji i zdecydowanie ją polecam.

Muzeum czynne jest od wtorku do niedzieli w godzinach 10:00–17:00. Polecam Wam jednak zajrzeć tu od rana, bo jest co zwiedzać. Nie przyjeżdżajcie tu w poniedziałek. Co ciekawe w  święta Muzeum jest otwarte praktycznie zawsze, z wyjątkiem Zibelemärit (Targu Cebulowego) i Bożego Narodzenia (25 grudnia). Ceny oraz godziny otwarcia warto śledzić na bieżąco na stronie muzeum, gdyż wszystko to może ulegać zmianom.

Wiecie jak jest, wszystko co dobre się szybko kończy. Tak samo jest z podróżami czy moimi wpisami. I choć do tej wyprawy przygotowałem się szczególnie, niczym aktor filmów porno do dialogów, pomimo to ze wszystkich momentów wzruszeń pozostaje mi tylko na koniec wzruszyć ramionami. Znacie to uczucie, które jest jeszcze gorsze niż wywiadówka rodziców z czasów dzieciństwa lub opakowanie po pustej bombonierce, która jeszcze przed chwilą była pełna czekoladek. Może porównam to bardziej do czegoś jeszcze gorszego niż polecony z ZUSu lub ulewy podczas urlopu. Tak, to ten czas – końca naszej dzisiejszej wirtualnej wyprawy. Głowy do góry, niebawem wrócę do Was z kolejnym równie ambitnym wpisem. Już na dniach wybieram się w długą i inspirującą podróż. Trzymajcie za mnie kciuki i do następnego. Cześć!!!

Wyprawa odbyła się dzięki wsparciu Patronów
oraz Narodowej Organizacji Turystycznej Szwajcarii
.

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

#swisstravelsystem #ineedswitzerland #inlovewithswitzerland

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Szwajcaria  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2022

 

Ciekawostki ze Szwajcarii

ABC CIEKAWOSTEK ZE SZWAJCARII

Szwajcaria to niewielki kraj, który skrywa w sobie wiele niespodzianek. To dlatego dziś postanowiłem kilka z nich przed Wami odkryć. Czas na małe ABC jeśli chodzi o ciekawostki prosto ze Szwajcarii. Już teraz Wam zdradzę, że jednego możecie być pewni – jest to ekscytujący kraj, który z wielu powodów warto odwiedzić, szczególnie gdy pozna się różne smaczki tego fantastycznego i niepowtarzalnego państwa. Zresztą przekonajcie się sami. Czekolada w dłoń, zegarek na rękę i scyzoryk w kieszeń – gotowi? No to startujemy.

Każda wyprawa ma jakieś swoje momenty, które nie wiedzieć czemu nie wchodzą do albumu, albo nie znajdą się w kadrze, notesie i pozostają tylko w pamięci. To dlatego dzisiejszy wpis będzie świetnym uzupełnieniem mojego ostatniego opisu z wyprawy do tego jednego z najmniejszych krajów Europy, a dla tych, którzy go nie czytali – link zostawiam tutaj.

Dziś jednak skupię się na smaczkach, które sprawiają, że kiedy podróżuję mam wrażenie, że w moim życiu po prostu iskrzy i skwierczy niczym przy pieczeniu kiełbasy na ogniu. Dodając do tego żaru odrobinę uśmiechu, pewności siebie i żądzy wiedzy powstał dzisiejszy wpis. Sami zobaczcie i oceńcie co udało się stworzyć – najwyższy czas ponownie wyskoczyć jak biletowy na parkingu do tego niesamowitego miejsca na Ziemi. Mam też świadomość, że moje wpisy są często brawurowe niczym wyprzedzanie tira na trzeciego i to pod górkę, ale dziś postaram się by było nieco poważniej. Przeczytajcie do końca i sami zdecydujcie czy udało się to osiągnąć.

A JAK ALKOHOL

Dzisiejsze ciekawostki zacznę z grubej rury. Otóż po godzinie 21:00 w Szwajcarii nie można nigdzie kupić alkoholu. Wyobrażacie sobie u nas taki zakaz np. w ramach Nowego Ładu? Już widzę, jak przedstawiciele rządu wywożeni są przez obywateli na taczkach. Wiecie, szalejąca inflacja czy chaos podatkowy, to jeszcze Polacy rozumieją, akceptują, a nawet mam wrażenie lubią – być może przez skłonności sadomasochistyczne. Ale taki alkoholowy zakaz, to chyba u nas by nie przeszedł.

Jeśli chodzi natomiast o zakupy, to pewne tematy w Polsce mamy ze Szwajcarami wspólne. Tak dla przykładu – niedzielne zakupy w centrum handlowym są tam niemożliwe – wszystkie sklepy są tego dnia pozamykane, podobnie jak niebawem będzie i u nas. Z gastronomicznych nowinek, warto też wiedzieć, że to właśnie w tym kraju znajdzie się jedne z najlepszych serów.

Będąc przy nowinkach konsumpcyjnych, warto podkreślić, że połowa luksusowych zegarków produkowanych na świecie pochodzi ze Szwajcarii. Takie marki jak Tissot, TAG Heuer, Rolex, Patek Philippe i Longines są szwajcarskie.

Szwajcaria jest również bardzo kontrastowa. Z jednej strony śmierdzi serami, wyjętymi niczym prosto spod krowiego kopyta, ale również kraj ten ma przesłodkie oblicze. Uznaje się,  że jest on jednym z największym producentem czekolady na świecie, a sami Szwajcarzy jedzą więcej czekolady niż jakikolwiek inny naród na świecie – ponad 11 kg rocznie na osobę. Warto jeszcze wspomnieć, że to szwajcarska firma Nescafe w 1938 roku wynalazła kawę rozpuszczalną, którą raczy się cały świat po dziś dzień.

Być może to dzięki temu są też tak wysoko według Indeksu Jakości Życia Economist Intelligence Unit.  W końcu każdy z nas wie, że czekolada rozumie i nie zadaje pytań, a gdy dodamy do niej kawę – to czego chcieć więcej? No może by była tam nieco tańsza, bo według wskaźnika cen kawy na świecie, to właśnie Zurych wysuwa się na prowadzenie pod względem wysokości ceny za „małą czarną”.

Mimo to Szwajcaria jest jednym z najlepszych miejsc na narodziny. Wspomnę tylko, że poza ilością słodyczy czy kawy, uwzględnia się przy tym rankingu również zatrudnienie, poziom przestępczości, ogólną jakość życia, opiekę zdrowotną i samo szczęście, którego na pewno od czekolady nie brakuje również tamtejszym dentystom.

B JAK BEZPIECZEŃSTWO

W przypadku wojny nuklearnej Szwajcarzy mają tak dużą liczbę bunkrów, że bez problemu pomieszczą całą ludność swojego kraju. Szacuje się, że jest tu około 300 000 schronów, które pomieszczą do około 9 milionów osób. Ciekawostką jest również to, że w wielu z nich na bieżąco wymienia się żywność, choć aktualnie coraz mniej bunkrów jest utrzymywanych w stanie pełnej gotowości. Największy schron przeciwatomowy to tunel drogowy Sonnenberg pod Lucerną i może on pomieścić 20 tysięcy osób. Uznaje się go za jeden z  największych schronów w Europie. Można więc stwierdzić, że w przypadku wojny nuklearnej – Szwajcaria jest najlepiej przygotowanym krajem na tę ewentualność. Także w razie wojny już wiecie, gdzie należy się  zawczasu wybrać – nie dziękujcie, a i nie zapomnijcie mnie wtedy zabrać ze sobą.

Wiecie co mnie też zastanawia? Fakt, że w szwajcarskich instytucjach federalnych za oficjalne uznaje się aż cztery języki. Są to odpowiednio: język niemiecki, francuski, włoski oraz retoromański, obejmujący pięć grup dialektów retoromańskich. Mimo to Szwajcarzy potrafią się ze sobą dogadać, a my Polacy mamy jeden i nie zawsze dajemy sobie z tym radę. Szwajcarzy świetnie radzą sobie również z językiem angielskim i być może w tym tkwi cały sekret.

Są jednak głosy, że sekret w dogadywaniu się Szwajcarów tkwi w czymś innym. Referenda, bo o nich mowa są chyba jednym z przepisów na sukces w pogodzeniu się obywateli co do kwestii spornych czy problematycznych, które polaryzują społeczeństwo. Tak dla przykładu w wyniku referendum w 2009 roku wprowadzono konstytucyjny zakaz budowania minaretów przy meczetach. Nie mnie oceniać mądrość tak ustanowionego prawa w tym przypadku, ale jednego można być pewnym, że świetnie pokazuje ten przykład, jak dobrze działa demokracja bezpośrednia i referenda w Szwajcarii, gdyż to ona w praktyce stanowi o przepisach tam obowiązujących. To również w drodze referendum Szwajcarzy opowiedzieli się przeciwko jakiemukolwiek działaniu zmierzającemu w kierunku podpisania umowy akcesyjnej z Unią Europejską. Referenda są od dawna jednym z głównych sposobów wyrażania swoich opinii w tym kraju. Warto podkreślić, że sama Szwajcaria przeprowadza więcej tego typu głosowań niż wszystkie kraje świata razem wzięte. Demokracja bezpośrednia jest w Szwajcarii silniejsza niż gdziekolwiek indziej. Trzeba przyznać Szwajcarom, że system ten działa u nich od lat i wygląda na to, że działa dobrze. Szwajcarzy zwykle kilka lub kilkanaście razy w roku głosują w referendum w sprawach, w których w innych krajach byłoby to nie do pomyślenia, jak np. ustawowej płacy minimalnej, czy budowy tunelu w przełęczy św. Gottarda, czy jak ostatnio w kwestii, gdy zadecydowano o rozszerzeniu definicji małżeństwa na pary jednopłciowe.

Zapytacie jak jedna pani  w pewnym filmiku: „komu to potrzebne, a dlaczego” to ja odpowiem Wam niczym minister Sasin przy wyborach, które się nie odbyły „demokracja musi kosztować” i tak samo jest w Szwajcarii. Zorganizowanie jednego referendum kosztuje ten kraj około 7,5 mln franków (ponad 30 mln zł), a głosowanie odbywa się drogą korespondencyjną, ale jak to się mówi – kto bogatemu zabroni? Zobaczcie jednak, że dzięki tym decyzjom, na które realny wpływ mają obywatele, kraj zmienia się i to na duży plus. Tak dla przykładu podam ten wspomniany najdłuższy tunel kolejowy świata, który liczy 57 kilometrów. Został on oddany do użytku w 2016 roku i znajduje się pod masywem Gottharda w Alpach. Jego wybudowanie pozwoliło na zmniejszenie ruchu drogowego zalewającego Alpy, a także skrócenie czasu przejazdu pociągów, między Zurychem, a Mediolanem i to prawie o połowę.

C JAK CIEKAWE MIEJSCA

Podróżując po Szwajcarii również tunelami w Alpach dotrzemy w różne niesamowite miejsca. W państwie tym znajduje się około 1500 jezior, z których największym jest jezioro Genewskie. Imponuje mi jednak nie wielkość czy ilość tych zbiorników wodnych, ale ich krystalicznie czysta woda. Dodatkowo ciekawostką jest to, że aby dostać się od jednego jeziora do drugiego wystarczy przejechać średnio około 10 km. Woda w Szwajcarii jest tak czysta, że bardzo często można ją pić nawet prosto z rzek czy fontann. Trzeba podkreślić, że w Szwajcarii nie brakuje pięknych fontann, tak dla przykładu w samym Zurychu rozmieszczonych jest ich aż około 1200, a często z nich, leci źródlana woda. Oczywiście jest ona zdatna do picia i nie ma znaczenia czy jesteście w centrum Lozanny, Luzerny lub Genewy, czy na górskim szlaku. Możecie być pewni, że jeśli w jakimś z miejsc woda nie będzie się nadawała do spożycia, będzie to oznaczone graficznie lub napisami: Nicht trinkendes Wasser, Eau non potable, Acqua non potabile.

Spacerując po miastach czy wsiach Szwajcarii obok pięknej natury czy fontann możecie zauważyć, że na drzwiach domów zamiast numeru jest bardzo często nazwisko. Szwajcarzy są również dumni ze swojego obywatelstwa, a w wielu miejscach wiszą ich narodowe flagi. Ciekawostką jest to, że wraz z Watykanem to jedyne kraje na świecie z kwadratową flagą. Historia białego kwadratu na czerwonym tle sięga 1339 roku, kiedy to żołnierze zostali oznaczeni takim właśnie znakiem w bitwie pod Laupen. Na bazie tej flagi powstał symbol Czerwonego Krzyża – czerwony krzyż na białym tle. Tym biało czerwonym akcentem zakończę dzisiejszy wpis. Czas wracać do Polski, trzymajcie się więc zdrowo – do następnego razu, cześć.


Wyprawa odbyła się dzięki wsparciu Patronów
oraz Narodowej Organizacji Turystycznej Szwajcarii
.

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

#swisstravelsystem #ineedswitzerland #inlovewithswitzerland #vogueitalia

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Szwajcaria  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

 

Szwajcaria

ABC O PODRÓŻOWANIU W SZWAJCARII

Chcesz dowiedzieć się choć trochę, jak wygląda świąteczna Szwajcaria i co warto zobaczyć w tym kraju? Ten wpis jest właśnie dla Ciebie. Dzień dzisiejszy jest też świetną okazją, by opowiedzieć Wam w krótkim ABC o Szwajcarii również w kontekście świątecznym, dodając kilka cennych informacji o tym fantastycznym miejscu. Jednego bądźcie pewni – czeka Was wpis totalnie na bogato, który powstał choć bez wsparcia 500+, lecz z pomocą moich PATRONÓW – za co bardzo Wam dziękuję – oraz MYSWITZERLAND, której również jestem przeogromnie wdzięczny. To właśnie dzięki Nim dzisiejszy wpis będzie piękny i lśniący. Odkryjcie tę moc w swojej wyobraźni, delektujcie się tym szwajcarskim prestiżem i luksusem – wszystkie te złote klamki, marmury, drogie samochody – normalnie poczujcie się jakbyście byli w ZUS-ie. Zapnijcie pasy, bo startujemy w kolejną unikatową podróż. Gotowi? Obiecuję Wam, że dziś nie rozczarujecie się jak wtedy, gdy miało być słodko, bo wyciągaliście pudełko lodów z zamrażarki, a w środku był koperek. Panie i Panowie, poprawcie się w fotelach, odłóżcie popcorn, zaparzcie melisę, zadzwońcie do ubezpieczyciela – ruszamy do Szwajcarii.

A JAK ATRAKCJE

Może zastanawialiście się kiedyś dlaczego turyści tak chętnie wybierają się tu zimą? Szerokie trasy, doskonałe snowparki, nieograniczone ilości śniegu – tego wszystkiego Wam w Szwajcarii nie zabraknie. Dodatkowo zastaniecie tu kapitalny świąteczny klimat, którego nigdzie indziej się nie spotka. To jedynie kilka argumentów, dlaczego właśnie tak się dzieje, że nawet w czasach pandemii, kraj ten nie narzeka na brak turystów.

W okresie świątecznym Szwajcarzy chętnie dekorują swoje domy i balkony. Na zewnątrz przy oknach często wywieszane są choinki, które tworzą miłe dla oka świąteczne dekoracje. Szwajcarskie sklepy konkurują ze sobą na kreatywne pomysły reklamowe, choć jednego jestem pewien, że na 100% nie przeskoczą naszej, narodowej, świątecznej reklamy Apartu.

Gdy zapytacie mnie jaka jest grudniowa Szwajcaria – odpowiem, że pełna migoczących światełek, unoszącego się w powietrzu zapachu grzanego Gluhwein i fantastycznych, świątecznych jarmarków, na których kupicie również sprośne rzeczy. Spacer po świątecznych targach, fondue w tramwaju, jazda na łyżwach, czy rejs statkiem po tutejszych jeziorach, to tylko kilka ważnych atrakcji, z których koniecznie musicie skorzystać.



B JAK BAJECZNE WIDOKI

Szwajcaria jest jednym z najbardziej górzystych krajów świata. To tu znajdziemy 24 szczyty o wysokości powyżej 4 tysięcy metrów. Kojarzona jest głównie z bankami, czerwonymi scyzorykami, zegarkami, punktualnością, czekoladą, serami czy świetnymi ośrodkami narciarskimi. Jest to jednak przede wszystkim kraj pięknych miejsc dla wykonania cudownych landschaftów oraz przestrzeni, które na zawsze zostają w pamięci. Ze szczytów górskich rozpościerają się niezapomniane krajobrazy, które pokochałem od pierwszego wejrzenia, a miłość ta nie ustaje.  Alpy są gwarancją imponujących widoków i to o każdej porze roku. Mam nieodparte wrażenie, że zimą stają się one jeszcze piękniejsze. Szwajcaria jest też krainą tysięcy naturalnych jezior – głównie polodowcowych. Nie ilość jest tu jednak najbardziej imponująca, ale ich  krystaliczna czystość. Tak myślę, że to chyba właśnie to robi na mnie tak ogromne wrażenie.



C JAK CENY I CENNE INFORMACJE

Nie będę Wam ściemniał. Szwajcaria jest jednym z najdroższych krajów, w których byłem, pod względem cen usług, towarów czy też wysokości opłat za roaming (pamiętajcie, że roaming UE tu nie obowiązuje). Tak przykładowo, za małą czarną kawę zapłacić trzeba około 15-20 zł (4-5 CHF), za kanapkę na dworcu 44 zł (10 CHF). Za pocztówki natomiast zapłacicie od kilku do kilkunastu CHF.

Wszyscy narzekają, że Internet w Szwajcarii jest bardzo drogi. Na pewno do tanich nie należy, ale jeśli wybieracie się na dłuższy pobyt – tydzień czy dwa, warto zainwestować i kupić kartę sim prepaid sieci Salt lub Sunrise. Oferują one nielimitowany Internet, za rozsądne pieniądze i umożliwiają również bezpłatne korzystanie z Internetu w szwajcarskich pociągach. Możecie też zawsze korzystać z WiFi, które jest dostępne w wielu miejscach (wybranych marketach, hotelach czy restauracjach, a nawet na deptakach).

Jeśli chodzi o jedzenie w restauracjach, również przyznam, że na polskie kieszenie nie jest tanio. Za przeciętny obiad trzeba zapłacić około 80 – 100 zł (20-22 CHF). Można jednak te koszty minimalizować robiąc zakupy w sklepach takich jak Lidl, Aldi, Migros czy Coop. Nie ma też co się spinać niczym rosyjska rozdzielnia prądu, bo w wielu miejscach w Szwajcarii znajdziecie też tańszą kuchnię chińską z otwartymi bufetami w cenie około 66 zł (15 CHF), a nawet turecką – kebaby w cenie do około 44 zł (8-10 CHF). Tego typu rozwiązania usatysfakcjonują każdego oszczędnego smakosza. Jeśli chcecie ograniczyć wydatki na jedzenie, to możecie być pewni, że się da. Jeżeli jednak ktoś ma nadmiar gotówki i lubi wydawać pieniądze w eleganckich restauracjach, to jednego można być pewnym – szwajcarska branża restauracyjna umożliwi Wam to również bardzo skutecznie. Miejcie na uwadze, że Szwajcaria to jeden z tych krajów, gdzie za Big Maca zapłacimy obok Wenezueli najwięcej na świecie (wg Big Mac index). Warto też będąc tutaj spróbować jedzenia mniej popularnego niż u nas, tak dla przykładu bardzo polecam Wam zjeść pieczone kasztany, które dostępne są w wielu miejscach w Szwajcarii.

JAK NAJLEPIEJ PODRÓŻOWAĆ PO SZWAJCARII?

Wybierając się w podróż do Szwajcarii rozważałem wyprawę autem, ale rachunek całościowych kosztów przekonał mnie do kupna biletów lotniczych. Podróżując po samej Szwajcarii zdecydowałem się na kolej. Z perspektywy czasu doceniam wygodę i doskonałą organizację pociągów, które są punktualne jak szwajcarski zegarek i pewne jak tutejsze banki. Wyprawy koleją to czysta przyjemność, zawsze byłem na czas, a podróż mijała mi szybko. Właściwie w każde zaplanowane przeze mnie miejsce dojechałem tutejszym SBB. Oczywiście w środku jest czysto, działa sprawnie WiFi, a w gniazdkach jest prąd, co w Polsce niestety nie jest tak oczywiste.

Najlepszym rozwiązaniem z uwagi na koszty jest Swiss Pass Travel umożliwiający nieograniczone przemieszczanie się wszystkimi środkami transportu (z małymi wyjątkami), co daje niezależność i pozwala zaoszczędzić pieniądze. Więcej o tym jak taniej i bez ograniczeń podróżować, zwiedzać szwajcarskie muzea bez konieczności kupowania biletów, znajdziecie tutaj. Sam skorzystałem z tej opcji i bardzo serdecznie Wam ją polecam, szczególnie, że to także skipass na najlepsze szwajcarskie stoki.


JAK WYGLĄDA POGODA W GRUDNIU?

W Szwajcarii pogoda mnie nie rozpieszczała, padał deszcz i było dość zimno, ale przyznam Wam szczerze – klimatu z Zanzibaru się tu nie spodziewałem. Faktycznie w grudniu może wystąpić często mgła, śnieg lub deszcz, a nawet od czasu do czasu burze z piorunami. Średnie temperatury w ciągu dnia raczej mieszczą się między 1℃ a 9℃. Szwajcaria w grudniu ma zimne dni, dlatego nie zapomnijcie o ciepłych ubraniach i wypiciu grzańców na tutejszych świątecznych jarmarkach. Tradycyjnie w tym okresie są one organizowane w wielu miastach (wstęp na nie mają wyłącznie osoby zaszczepione przeciw COVID 19, podobnie zresztą jak do muzeów).

JAK DOGADAĆ SIĘ ZE SZWAJCARAMI?

W szwajcarskich instytucjach federalnych za oficjalne uznaje się aż cztery języki: niemiecki, francuski, włoski oraz retoromański. Żeby nie było tak prosto, ten ostatni obejmuje pięć grup dialektów. Szwajcarzy świetnie radzą sobie również z językiem angielskim, który nie jest jednak językiem urzędowym. Najwięcej osób posługuje się wspomnianym na początku językiem niemieckim i to w tym języku mogłem się niemalże wszędzie świetnie porozumieć. Poza tym, jak mawiała moja dobra koleżanka z Niemiec – do pewnych spraw nie trzeba wcale znajomości języka.

PODSUMOWANIE

Szwajcaria to zlepek wielu kultur, głównie niemieckiej, ale i francuskiej czy włoskiej. Moim zdaniem największym atutem Szwajcarii jest przyroda. To właśnie tu zobaczymy najpiękniejsze alpejskie szczyty, które o każdej porze roku przyciągają tysiące miłośników górskich wypraw. Choć bez wątpienia wabią one jak magnes miłośników zimowych sportów, to nie są jedynym powodem, dla którego warto tu przyjechać. Innymi magicznymi miejscami, które cieszę się, że zobaczyłem, były jeziora takie jak Zurichskie czy Czterech Kantonów. Podkreślić trzeba, że luksusowe hotele czy samochody, drogie zegarki i przepyszne czekolady to nie wszystko z czego słynie Szwajcaria. Dla mnie to również niesamowita sieć kolei, które szybko i bardzo wygodnie pozwalają odkrywać szwajcarskie miasta. Nie wspomnę już o podróżowaniu statkami, z których przepiękne widoki na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Mam nadzieję, że dzięki dzisiejszemu wpisowi, czujecie się zaopiekowani niczym renciści na zusowskim garnuszku i przyda się Wam kilka moich rad. Trzymajcie się więc zdrowo i do następnego razu. Cześć!





Wyprawa odbyła się dzięki wsparciu Patronów
oraz Narodowej Organizacji Turystycznej Szwajcarii
.

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

#swisstravelsystem #ineedswitzerland #inlovewithswitzerland

 

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Szwajcaria  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

 

Blagaj

Blagaj – Bośnia i Hercegowina

ABC o miasteczku z klasztorem
przyciągającym turystów z całego świata.

Mam nadzieję, że wypoczęliście po naszej ostatniej wspólnej wyprawie. Tym razem zabieram Was do miejscowości Blagaj, która jest pięknie położona nad rzeką Buną. Znajdujemy się blisko granicy Federacji Bośni i Hercegowiny z Republiką Serbską. W kantonie hercegowińsko-neretwiańskim znajduje się niesamowity klasztor derwiszów i jest to jedna z najważniejszych atrakcji w tej okolicy, ale jak się okazuje nie jedyna. Nie wiem jak Wy, ale ja, jak patrzę na to co dzieje się na świecie, mam nieodparte wrażenie, że podróżowanie może stać się niestabilne, niczym kredyty we frankach. Korzystajmy więc póki się da, szczególnie, że na mój koszt i oczywiście moich Patronów, bez których ta wyprawa by się nie odbyła – za co Im serdecznie z tego miejsca dziękuję. W zamian – czeka Was dziś równie brawurowy wpis niczym wyprzedzanie tira na trzeciego. Zatem nie ma co przedłużać rączki na myszkę i skrolujemy.

A jak atrakcje

Główną atrakcją turystyczną jest na tych terenach  klasztor Derwiszów, nazywany przez miejscowych Tekke, lub Blagaj Tekija. Został wybudowany w 1520 roku w czasach panowania Sulejmana Wielkiego. Nie chcę Was jednak zanudzać historią, ale zdradzę Wam tylko, że przez kilkaset lat był centrum religijnym całej okolicy. Obecnie stał się turystyczną mekką, która przyciąga turystów z całego świata. Idąc do klasztoru mijam sklepiki z lokalnymi wyrobami rękodzielniczymi oraz chińskim badziewiem. Znaleźć tu też można fantastyczne przyprawy, pyszne miody czy tradycyjne stroje, nie brakuje też produktów prosto z Chin. Ceny za wybrane towary są tu jednak wyższe niż w innych bośniackich miejscowościach. Takie są prawa rynku, ale o samych cenach będzie więcej trochę później.

Gdy docieram do celu moim oczom ukazuje się budynek w stylu otomańskim, w którym przed wiekami Derwisze odprawiali swoje obrzędy. To tak naprawdę kompleks niewielkich budynków w stylu otomańskim. Można je zwiedzać, ale np. kobiety muszą mieć zakryte głowy i plecy. Nie mogą mieć także odsłoniętych kolan, dlatego panie w miniówkach czy panowie w krótkich szortach do środka nie wejdą. Sam Klasztor uchodzi za jeden z najpiękniejszych i najciekawszych obiektów w całej Bośni i Hercegowinie. Jedno też trzeba przyznać, że jest bardzo malowniczo położony u stóp pieczary, z której wypływa a właściwie wybucha na powierzchnię rzeka, ale o niej też będzie jeszcze nieco później. Liczę, że tak dozując Wam emocje oraz informacje – doczytacie mój wpis do końca.

Warto też wspomnieć, że kilkaset metrów za miasteczkiem nad rzeką Buna znajduje się również kamienny most Karadoz-bega z 1570 r., z którym sąsiadują ruiny tureckiej łaźni (Karadoz-beg Hamam) z końca XVI w. Kolejną atrakcją Blagaj są ruiny tureckiej twierdzy, które również warto zobaczyć będąc w tych stronach. Od tych wszystkich miejsc to cieszyłem się tak bardzo jak wtedy, gdy dowiedziałem się z TV, że można dostać dobrej klasy samochód od bezdomnego.

B jak Buna

W Blagaju znajduje się największe w Europie wywierzysko krasowe. Woda wypływa tutaj wprost spod Ziemi. Najpierw płynie tam na długości 19 kilometrów, by następnie, już na powierzchnię, wydostać się właśnie w Blagaju. Co ciekawe, woda ma stałą temperaturę około 10 stopni. Trzeba przyznać, że nad tą rzeką czuje się przyjemne orzeźwienie. Na mnie niesamowite wrażenie zrobiła sama rzeka Buna (Vrelo Bune), która wypływa spod 200-metrowego wapiennego klifu i jest dopływem Neretwy. Podobno na szczycie tych wysokich skał znajdują się gniazda orłów.

Szacuje się, że wydajność tego wywierzyska to aż 43 metry sześcienne na sekundę – można powiedzieć, że tutejsze źródło wybija niczym dzwony w Licheniu. Gdy dodamy do tego atut pięknej, turkusowej barwy wody i jej krystaliczną czystość – całość sprawia, że chce się tu jeszcze kiedyś powrócić. Brzegi rzeki z obu stron zabudowane są restauracjami z tarasami widokowymi, z których turyści podziwiają uroki tej malowniczej miejscowości i mogą też skosztować lokalnej kuchni. Miejsce jest rzeczywiście bardzo przyjemne i mój aparat szybko się z nim zaprzyjaźnił. Nic tylko chodzić i zwiedzać. Przyznam się Wam, że ostatnio takie emocje to miałem chyba w dzieciństwie, jak siadłem niechcący na mrowisku i też latałem z miejsca na miejsce, jak opętany i to zupełnie nie z powodu tutejszych cen.

C jak ceny

Wstęp do klasztoru derwiszów jest płatny i każdego dorosłego kosztuje 4 KM. Pamiętajcie jednak o odpowiednim ubraniu, bo bez niego możecie do środka nie dostać się za żadne pieniądze. Jeśli zapomnicie odpowiednich ubrań, bez obaw – przy wejściu do blagajskiej tekke stoi sympatyczny pan, który przyodzieje Was w chusty, należy się nimi owinąć. Wszystko to po to, żeby Wasze odkryte, nagie części ciała nie siały zgorszenia. Jeżeli np. wasze odkryte ponętne łydki okażą się nazbyt wulgarne i perwersyjnie z punktu widzenia seksualnego podejrzane, również będziecie musieli je zakryć. Musicie wiedzieć – tu nie ma zmiłuj – bo inaczej tutejszy „bramkarz” Was nie wpuści do środka. Niech nie zaskoczy Was też fakt, że poproszeni też zostaniecie o zdjęcie butów. Jeśli teraz zastanawiacie, się czy poza pamiątkami z tej wyprawy wyniosłem coś jeszcze – np. grzybicę stóp lub jakieś kurzajki, to uspokoję Was – wymoczone później nogi w tej krystalicznie czystej wodzie i krótka modlitwa w intencji stóp wystarczyły, a te są po dziś dzień zdrowe.

Jeśli chodzi o dodatkowe atrakcje, o których zapomniałem napisać – to istnieje też możliwość (za kolejną drobną opłatą około 2KM) wpłynięcia na pontonie do jaskini, skąd bierze swój początek rzeka Buna. Niestety kiedy ja dotarłem na miejsce, akurat Pan, który zabiera ludzi na swój „pokład” miał przerwę. Zapomniałbym – płatny jest również parking. Ja płaciłem jednorazową opłatę 2KM za auto i to bez limitu czasowego. Jedno jest pewne, podróże to jedyna rzecz na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi – dlatego będąc w takich miejscach nie dziadujcie, podróżujcie, doświadczajcie i odkrywajcie – bo eksploracja świata to chyba jedna z najprzyjemniejszych spraw jaką możemy uprawiać. Zaznaczam, że nie przypadkowo użyłem słowo „jedna”.

PODSUMOWANIE

Powoli dobiega końca nasza wyprawa. Nadszedł też czas na podsumowanie. Jeśli miałbym się czegoś czepić, to faktycznie jest to utarty szlak turystyczny i liczba odwiedzających to miejsce ludzi jest duża. Warto jest więc przyjechać tu rano, kiedy wszystkie turystki Grażyny jeszcze ucinają komara zamiast wchodzić ci usilnie w kadr, gdy chcecie uchwycić piękno tego miejsca. Miejcie też na względzie, że do tego Blagaj przyjeżdża się raczej na chwilę, dłuższą lub krótszą, ale na kilkudniowy wypad bym Wam tego miejsca nie polecił. No chyba, że lubicie tłumy turystów lub długie wpatrywanie się w rzekę, a ograniczona ilość atrakcji i spora ilość lokalnych knajpek staną się argumentem a contrario.

Blagaj to bez wątpienia instagramowa miejscowość jak z pocztówki, która mam jednak wrażenie, że piękna jest trochę na pozór, ale zawsze mogę się mylić w końcu to tylko mój subiektywny blog i również moje mało obiektywne odczucia.  Mam jednak nieodparte wrażenie, że dzisiejsza podróż Wam się podobała, a na zdjęcia patrzyło się równie miło, jak ZUSowi na nasze składki zdrowotne. No nic pozostaje się pożegnać. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć!

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś, 
Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lanzarote | Cueva de los Verdes 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Cueva de los Verdes

ABC o Zielonej Jaskini – podróż wgłąb Ziemi do Cueva de los Verdes

Dziś zabieram Was do najczarniejszych otchłani rodem z piekieł. Wyskoczymy wspólnie niczym biletowy na parkingu do miejsca unikatowego w skali Europy. Jaram się tą wyprawą jak sprzęgło pod górkę, bo zabieram Was do Cueva de los Verdes. Ruszamy w podróż do jaskini w północnej części hiszpańskiej wyspy Lanzarote wchodzącej w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich. Adrenalina sięga zenitu bo zejdziemy do części tunelu uformowanego przez lawę z pobliskiego wulkanu La Corona, a nie od dziś wiadomo, że gdzie ciemno to i przyjemno. Schodzimy więc w głąb Ziemi. Nie ma co przedłużać, pampersy na tyłek i startujemy.

A jak atrakcyjność miejsca

Spodziewacie się, że zmierzamy w bramy piekieł i za chwilę zapukamy do samego diabła? Nic bardziej mylnego, po dłuższym spacerze okazuje się, że czeka tu na nas inna atrakcja. Mianowicie znajduje się tu sala koncertowa i to dość spora, bo na około kilkaset osób. Miejsce to ma świetną akustykę i to chyba w połączeniu z potrzebą adrenaliny i fantazji zaadaptowano je dokładnie tutaj. Dlaczego adrenaliny zapytacie? Bo nigdy nie wiadomo, kiedy wulkan postanowi znowu eksplodować, a będąc w takim miejscu, szanse ucieczki jak pewnie się domyślacie, są niewielkie.

Nie ma co panikować, w końcu wyprawę tu, odbyłem pierwszy raz, docenić więc należy moje bogate doświadczenie w tym temacie oraz fakt, że właśnie siedzicie w wygodnych fotelach i pampersach, czytając mój blog (a przynajmniej część z Was). Pozdrowienia dla mojej jednorocznej czytelniczki Zuzy, której mama regularnie czyta te moje głupoty do snu.

Wiecie jak jest – to trochę jak w tej reklamie, gdzie mówią, zaufajcie mi, robię to pierwszy raz i dodają – będzie Pan zadowolony. Mimo wszystko ja jestem zawsze dobrej myśli, bo inaczej bez wyjścia ze strefy komfortu siedziałbym wyłącznie w czterech ścianach, pod kocem z lampką Piccolo – jak właśnie czynię, pisząc Wam ten dzisiejszy wpis.

Warto wspomnieć, że możliwość zwiedzania tej części jaskini udostępniono już w 1964 roku. Moim zdaniem jest to jedna z najbardziej interesujących jaskiń świata, którą zdecydowanie warto zobaczyć na własne oczy, ale na szczegółową ocenę przyjdzie jeszcze czas.

Trzeba zaznaczyć, że jaskinia ta prawie w całości została wykreowana przez naturę. Zgromadzone w ciekłej lawie gazy wulkaniczne, eksplodując dały początek tunelom i żłobieniom. W kontakcie z powietrzem, gorąca lawa zastygała, tworząc najdłuższy na świecie tunel polawowy. Samo wejście do jaskini oraz kilka innych jej elementów są natomiast autorstwa Césara Manrique.

Pod koniec trasy, którą warto przemierzyć znajduje się kolejna atrakcja, a mianowicie pewna iluzja optyczna, ale o tym będzie więcej na koniec dzisiejszej wyprawy. Powiem Wam, że uczucie, iż schodzimy na głębokość 50 metrów poniżej powierzchni Ziemi działa na mnie zdecydowanie pobudzająco.

Można odkryć tutaj imponujące formacje i galerie wzdłuż groty oraz wspaniałe kolory i tonacje skał. Z sufitu zwieszają się stalaktyty utworzone przez twardniejące krople. Przy wejściu, przechodzi się przez cześć tunelu, gdzie na podstawie kolorów można rozpoznać rożne minerały: węglik wapnia, tlenek żelaza, fosfor, magnez. Ściany tunelu zabarwione są na wszelkie odcienie bieli, czerwieni, żółci oraz czerni tworząc momentami niesamowitą paletę barw.

Moim zdaniem dużym atutem jest fakt, że trasa prowadzi przez różne poziomy, co pozwala odwiedzającemu na obserwowanie z różnych perspektyw lawowych formacji oraz gry kolorów na ścianach i sklepieniach groty. Spaceruje się tu bardzo przyjemnie, gdyż panuje korzystny mikroklimat z całoroczną temperaturą w okolicach 19 stopni.

B jak bilety

Pewnie jesteście ciekawi ile za to wszystko należy zapłacić? W czasie, kiedy byłem w tym miejscu bilety miały następujące ceny:

9,50 Euro – to koszt biletu normalnego, dla osób powyżej 12 roku życia.

4,75 Euro – to koszt biletu ulgowego, dla dziecka w wieku od 7 do 12 lat.

Darmowe bilety są dla dzieci poniżej 7 roku życia (możliwość zwiedzania wyłącznie z opiekunem).

Mieszkańcy Lanzarote mają korzystniejsze ceny, ale muszą okazać dowód osobisty, aby otrzymać zniżkę. 

Jeśli chcecie zwiedzić więcej atrakcji wyspy, polecam nabyć karnet za 30 Euro dla dorosłych i 15 Euro za karnet dla dzieci. Umożliwia on wstęp do 6 lanzaroteńskich Centrów Kultury, Sztuki i Turystyki takich jak Timanfaya – Montañas del Fuego, Jameos del Agua, Cueva de los Verdes, Jardín de Cactus, Mirador del Río, Museo Internacional Arte Contemporraneo.

Pamiętajcie też, że ceny ulegają zmianom, dlatego nie należy kierować się w pełni tym co Wam tu podaję i to nie tylko w kwestii biletów. Blog ten należy traktować z przymrużeniem oka i zanim się zdecydujecie na jego lekturę, warto jest to wcześniej skonsultować z lekarzem lub farmaceutą.

C jak cenne informacje

Skąd pochodzi nazwa jaskini?

Słowo “Verde” oznacza w języku hiszpańskim “zielony”, lecz uważa się, że nazwa jaskini wiąże się z nazwiskiem rodziny “Los Verdes”. To oni, posiadali na tych terenach pola uprawne, a samą jaskinię wykorzystywali jako miejsce gromadzenia stad kóz podczas złej pogody.

Kiedy powstała ta jaskinia?

Szacuje się, że Cueva de los Verdes jest częścią tunelu uformowanego w wyniku erupcji wulkanu de la Corona, który miał miejsce około 3000-5000 lat temu.

Ile czasu zajmuje zwiedzenie tej jaskini?

Jaskinię zwiedza się z przewodnikiem przez około od 45 minut do godziny, w grupach około 20 osób. Przewodnik opowiada zwiedzającym ciekawe anegdoty zarówno w języku angielskim, jak i hiszpańskim.

Jakie są godziny otwarcia tego miejsca?

Jaskinię można zwiedzać z przewodnikiem od godz. 10:00 do 18:00. Warto zaznaczyć, że ostatnie wejście jest o godzinie 17:00.

Czy trasa dostosowana jest dla osób z niepełnosprawnościami?

Trasa nie jest przystosowana dla potrzeb osób niepełnosprawnych. Chodzi się po dość stromych i ciasnych schodach, a dodatkowo w niektórych miejscach trzeba się porządnie schylać, by przejść pod niskim sklepieniem. Miejscami tunel sięga aż 50 metrów wysokości i 15 metrów szerokości, ale w dalszej części korytarze są tak ciasne, iż przejdzie nim zaledwie jedna osoba

Na czym polega iluzja optyczna, z którą spotykamy się w tej jaskini?

Na koniec zwiedzania tego miejsca przewodnik pokazuje wszystkim dość dużą przepaść znajdującą się w tej jaskini. Okazuje się w praktyce, że jest to tylko zbiornik wodny, a wszystko to co widzieliśmy, było złudzeniem optycznym. Wystarczyło tylko w to miejsce, które wydawało się otchłanią wrzucić kamień. Znajdująca się tam lustrzana tafla wody podziemnego jeziora od razu zmienia punkt widzenia odwiedzających to miejsce. To trochę tak jak jest ze słowem „chwila” – perspektywa zmienia się zależnie z której strony toalety się ją słyszy, a punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia i dokładnie tak też jest w tym miejscu.

Podsumowanie – czy warto jest się tu wybrać?

Ta jaskinia w północnej części hiszpańskiej wyspy Lanzarote wchodzącej w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich jest miejscem unikatowym. Jeżeli tylko znajdziesz się w okolicy miejscowości Haria, nie możesz pominąć tego miejsca.

Choć na zwiedzanie tej „Zielonej Jaskini” – bo tak też określa się to miejsce, można się wybrać jedynie z przewodnikiem, a oprowadzenie po jaskini trwa tylko około godziny, to i tak warto jest tu dotrzeć.

Nie wiem jak Wy, ale ja średnio lubię zwiedzanie w grupach, zawsze bardziej intrygują mnie samotne eksploracje, ale w tym przypadku, niestety nie ma alternatywnych możliwości. Dlatego fanom powulkanicznej eksploracji, którzy liczą na samotne wyprawy, nie polecę tego miejsca.

Cueva de los Verdes w Lanzarote jest jednak moim zdaniem jednym z kilku klejnotów w koronie Lanzarote, które warto jest mimo wszystko zobaczyć. Dla mnie osobiście – to kolejny cud natury, który cieszę się, że zobaczyłem na własne oczy. Mam nadzieję, że Cueva de los Verdes zapamiętacie nie tylko jako część najdłuższego na świecie polawowego tunelu de Atlantica, którego część została udostępniona dla zwiedzających, bo to w końcu nie jego długość była najważniejszym atutem naszej dzisiejszej wyprawy. Uważam też, że kiedy podróżuję do takich miejsc, mam wrażenie, że w moim życiu coś po prostu iskrzy. Od różnych emocji pojawia się żar, a momentami podniecenie sięgać może erupcji porównywalnej do tej z wulkanów. Dodaję do tej lawy, żaru i ognia odrobinę uśmiechu, pewności siebie i sami zobaczycie, gdzie niebawem zabiorę Was w kolejną pełną ekscytacji podróż. Tymczasem trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć!

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lanzarote | Cueva de los Verdes 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Czachary

ABC o ścieżce Czachary w Poleskim Parku Narodowym

Nie wiem jak Wy za mną, ale ja stęskniłem się za Wami. Siadłem więc do komputerem niczym komornik na koncie dłużnika, by napisać dla Was nowy wpis. Tym razem ruszamy na ścieżkę Czahary znajdującą się w Poleskim Parku Narodowym. Przed nami spacer po trasie liczącej około 6,5 km. – Szacowany czas przejścia: 2h, planowany czas lektury dzisiejszego wpisu  – około 5 minut, ale szczęśliwi czasu nie liczą. Mocno jednak wierzę w to, że nasza podróż się Wam spodoba, prawie tak mocno, jak suweren, który wierzy w nowy ład. Nie ma co jednak przedłużać. Rozsiądźcie się wygodnie przed monitorami, tabletami czy telefonami i startujemy.


A jak atrakcyjność miejsca

Ścieżka przyrodnicza „Czahary” rozpoczyna się w miejscowości Zastawie, zaraz przy wieży widokowej Poleskiego Parku Narodowego. To m.in. z tego miejsca zobaczyć można gromadzące się w okolicy żurawie, tuż przed odlotem na wczasy do ciepłych krajów. Zawsze w takich momentach trochę im zazdroszczę. Wracają z takim hukiem do raju, jak Donald do kraju. Skubane wiedzą co robią, przed zbliżającą się w Polsce zimą. Ale zanim rozmarzymy się o zagranicznych wyprawach w egzotyczne miejsca, wróćmy do naszego punktu startu. To tu znajduje się spory parking, sanitariaty oraz palenisko i wiata, pod którą można się schronić w razie deszczu. Całość wygląda bardzo przyzwoicie. Podobno nawet TVP zrobiła kiedyś na ten temat pasek: Niemcy zazdroszczą nam już nie tylko zarobków, ale i solidności wykonania tej właśnie ścieżki.

Z pierwszej wieży widokowej zobaczyć można duże rozlewisko i poczuć pełną piersią świeże powietrze, którego tutaj nie brakuje. Dotleniony jakbym był podłączony pod koncentrator tlenu ruszam w dalszą drogę, aby dojść (tylko bez skojarzeń proszę) do punktu, gdzie tak naprawdę zaczyna się ścieżka dydaktyczna. Spacer do miejsca docelowego to niecałe 2 km, ale osoby niepełnosprawne oraz rodziny z dziećmi mogą tą trasę pokonać autem i zaparkować na przeznaczonym do tego celu parkingu, bezpośrednio przy wejściu na ścieżkę. Dużym atutem podnoszącym atrakcyjność tego miejsca jest fakt, że ścieżka dydaktyczna prowadzi drewnianymi pomostami do wież widokowych w pełni przystosowanych dla osób poruszających się na wózku inwalidzkim, czy rodziców z wózkami dziecięcymi. Jak widać fundusze unijne są czasem wydawane na projektowanie uniwersalne, co mnie mocno cieszy. Radość ta jest porównywalna do tej u jednego księdza, co dostał auto od bezdomnego. Około 750 tysięcy złotych dofinansowania z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko nie poszła na szczęście w tym przypadku na marne.


Jeśli zachwalam już atrakcyjność ścieżki Czachary, to powiem Wam, że mnie osobiście najbardziej na drewnianych pomostach zaskoczyła ilość jaszczurek wygrzewających się w słońcu. Moim zdaniem jest to również idealne miejsce dla osób zainteresowanych ornitologią. Świetne również dla tych, którzy nie chcą zamoczyć butów, a lubią spacerować po torfowiskach i obserwować łąki trzęślicowe, kwitnące storczyki, łosie, jelenie szlachetne czy żaby moczarowe.

Na trasie znajdują się też tablice edukacyjne dotyczące tutejszej flory, fauny i samego ekosystemu. Jedną z najciekawszych atrakcji jest tu niewątpliwie Bagno Bubnów, czyli największe torfowisko PPN.



B jak Bagno Bubnów

Jeśli zachwycasz się bagnem, to mamy dwa wyjścia – albo jesteś Shrekiem, albo znalazłeś się nad Bagnem Bubnów. Warto podkreślić, że na tym terenie występuje jeden bardzo rzadki gatunek ptaka. Nazywa się wodniczka. Jest on dość niepozorny, pochodzi z rodziny trzciniaków i jest najrzadszym migrującym ptakiem śpiewającym w Europie. Trzeba zaznaczyć, że nie tylko miłośnicy ptaków znajdą tutaj coś dla siebie.

Ścieżka prowadzi przez ekosystemy leśne, łąkowe i torfowiskowe, a każdy z nich reprezentują inne, specyficzne gatunki roślin i zwierząt. Możliwe będzie spotkanie z łosiem, sarną, a w czasie rykowiska również jeleniem. Mieszka tu 8 gatunków ptaków zagrożonych, wpisanych do Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt. Powiem Wam wprost, jest tu momentami tak pięknie, że można się poczuć niczym na randce z samą Krystyną Czubówną. Na odwiedzających czeka specjalnie przygotowana infrastruktura: wieże widokowe, zadaszenia, platformy widokowe, przystosowane miejsca postojowe. To wszystko musi robić wrażenie.

C jak ceny i cenne wiadomości

 

Zastanawiacie się, co wybierając się tu warto zabrać ze sobą?

Polecam Wam aparat, lornetkę, nakrycie głowy, środek na komary i coś słodkiego na drogę, bo przecież słodycze są dobre na wszystko. A, no i nie zapomnijcie też ubrań, bo nie ma tu oficjalnej naturystycznej strefy, choć faktycznie ptaki latają co chwila.

Zastanawiacie się pewnie ile za taką atrakcję trzeba zapłacić?

Tu czeka Was miłe zaskoczenie, bowiem ścieżka ta przez kilka lat będzie udostępniana bezpłatnie.

Jak dotrzeć do ścieżki?

Od strony Urszulina po niecałych 2 km w kierunku Wereszczyna skręcamy w lewo (kierunek Zastawie) i po 3,5 km jesteśmy przy wieży widokowej w Zastawiu na początku ścieżki. Od strony Hańska w kierunku Urszulina, w Kulczynie na południe w kierunku Pikulawki, dalej na zachód drogą przez Pikulawkę do miejsca postojowego. Od strony Urszulina w kierunku Hańska, w Wincencinie na południe drogą gruntową do miejsca postojowego.


Od kiedy można zwiedzać to miejsce?

Ścieżka dydaktyczna Czahary w Poleskim Parku Narodowym została otwarta na początku 2018 roku.

Co oznaczają Czahary?

To określenie regionalne oznaczające porośnięte krzewami mokradła.

Gdzie najlepiej zaparkować auto?

Parkingi przy ścieżce Czahary są trzy. Jeden, położony na polance w Zastawiu, znajduje się przy wieży widokowej. Jego minusem jest odległość od samej ścieżki. Drugi parking jest pod samą kładką w Wincencinie. Jest to jednak opcja dla rodzin z dziećmi lub osób z niepełnosprawnościami i tu zmieści się znacznie mniej samochodów. Trzeci parking jest na końcu ścieżki przyrodniczej w Pikulawce, ale to wybór dla tych, którzy podjeżdżają od drugiej strony Poleskiego Parku Narodowego.


Kiedy są największe szanse, by zobaczyć żurawie?

Jeśli liczycie, że poruszając się po kładce w słoneczny dzień zobaczycie stada tych niesamowitych ptaków, to Was rozczaruję. Szansa na ich spotkanie jest wtedy bardzo mała. Dlatego polecam wybrać się tu pod wieczór lub bardzo wczesnym rankiem.


Czy warto tu przyjechać?

Jeśli nadal zastanawiasz się dlaczego jeszcze na tą ścieżkę osobiście nie przyjechałeś_łaś, to wiedz, że to właściwa reakcja po przeczytaniu wpisu. Nie musisz tego konsultować z lekarzem lub farmaceutą. Natomiast jeśli nadal się zastanawiasz czy warto, polecam przeczytać ponownie mój wpis, ale z nieco większą uwagą.


Kończąc dzisiejszy wpis powiem tylko tyle – przyjeżdżajcie tutaj. Mi się tu bardzo spodobało i cieszyłem się na widok tego miejsca bardziej niż żuk z byle gówna. Więcej chyba nie trzeba dodawać – trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć!

 

#rafalbil #fotografia #podróże #poleskiparknarodowy #czachary

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Czachary | Poleski Park Narodowy 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021