Tłusty Czwartek

ABC O TŁUSTYM CZWARTKU

Witajcie, dziś czeka nas krótka, lecz słodka podróż do świata rozkoszy, rozpusty i słodyczy. Proszę tylko się nie rozmarzyć, bo nie zawitamy w dniu dzisiejszym do miejscowości Rozkosz znajdującej się w woj. lubelskim, co nie oznacza, że kiedyś z tej części kraju nie pojawi się pruderyjny wpis. Proszę więc wszystkie dominy i perwersów, abyście nie tracili nadziei. Dziś zastanowimy  się natomiast, co musi zrobić przeciętny podróżnik, bloger czy fotograf,  aby spalić kalorie z jednego pączka? Czas na krótkie ABC odkrywania tajemnic o pączkach, ale i nie tylko. Na starcie zachęcam Was byście dotrwali do samego końca, bo myślę, że warto. To zaczynajmy…

A jak aktywne spacery i fotografowanie

Szacuje się, że aby spalić jednego pączka, trzeba ruszyć np. na godzinną wyprawę w góry, czy na fotograficzny spacer po lesie i wykonać tam sesję fotograficzną. Nie ma znaczenia natomiast czy będzie to sesja plenerowa z udziałem modelek/modeli, czy zdjęcia landschaftowe pięknych panoram, czy też fotografie makro, niesamowitych detali czy zwierząt. Liczy się tu sam ruch i fakt, że dzięki niemu spalamy kalorie. Doliczyć do tego jeszcze trzeba godzinę pakowania i przygotowywania sprzętu i pączek spalony. Jeśli nie macie aż tyle czasu, wówczas można włączyć tryb treningu kardio i wybrać się z aparatem na 15 minut ślubu czy wesela lub wybrać się na event dla blogerów. Wówczas spalimy tą samą liczbę kalorii, tylko zdecydowanie szybciej.

B jak bawienie się w opracowanie wpisu

Druga metoda spalania kalorii, powinna być właściwie pierwszą, a dlaczego? Ponieważ od tego się zaczyna, każda sesja fotograficzna czy blogowy wpis. Warto jest wcześniej wszystko przygotować i przemyśleć. Choć opracowanie i sprawdzanie materiałów czyli tzw. research pozwoli na spalenie kalorii z jednego pączka dopiero po 24h to i tak warto. Dzięki temu są same korzyści, czyli zdecydowanie lepszy wpis no i zjedzony pączek oczywiście. Teraz to jest ten moment, kiedy zaczynacie rozumieć, dlaczego powstał ten dzisiejszy wpis? 

C jak cierpliwe spalanie za komputerem

Trzecia, najwygodniejsza, ale i najdłuższa forma spalania pączków to praca za komputerem. Podobno, aby spalić jednego pączka, trzeba klikać myszką i pisać na klawiaturze przez 48 h. Czyli tyle ile średnio zajmuje przygotowanie dobrego wpisu na bloga, czy postprodukcja krótkiej sesji fotograficznej. Choć jest to najbardziej mozolna forma spalania pączków, z jednej strony najwygodniejsza, gdyż nie wymaga wychodzenia z domu, ale z drugiej, ani jeden amerykański naukowiec nie potwierdził skuteczności tej, ani powyższej metody (jedyna sprawdzona i potwierdzona przeze mnie to ta pierwsza). Nie mniej warto próbować i badać (dla celów naukowych oczywiście). Dlatego bym usprawiedliwił swoje sumienie po zjedzeniu tej słodkości, musiałem coś dla Was napisać. Czego nie robi się w końcu dla świata nauki, seksu, art & biznesu. Teraz mogę oddawać się pysznej rozkoszy. Słodkiego dnia dla Was. 

Podsumowanie

Dzisiejszy wpis nie miał na celu wprowadzać nikogo w wyrzuty sumienia. Nie miał też na celu wyliczania kalorii. Tak naprawdę, chciałem dziś uspokoić wyłącznie swoje sumienie, zanim zjem 69 pączków. Wszystko to oczywiście w słusznej sprawie, by mieć kalorie na przyszłe wpisy dla Was. Chcę też Wam dziś zakomunikować w podsumowaniu coś zupełnie innego, ale myślę bardzo ważnego. Wielu czy wiele z nas często słyszy: jesteś za gruby, za chudy, za bardzo czy za mało umięśniony, za niski za wysoki. Ktoś zawsze będzie Cię określał jako „zbyt coś”, nie słuchaj się. Po prostu stań się bardziej sobą! Trzymaj się zdrowo, smacznego i cześć.

 

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Halina Piórkowska-Karuś, Ryjek
Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#tłusty czwartek #lubelskie #rafalbil
#fotografia #blog podróżniczy #patronite

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Pączki| Blog Podróżniczy | Fotograf Lublin | Fotograf Lubelskie |  Fotograf Gąbin |  Zwiedzaj online | Polska|  Blogi podróżnicze| Podróżowanie| Polska | Lubelszczyzna | Województwo lubelskie | Zwiedzanie Polski | Wycieczki po Polsce | Polska w weekend | Tłusty Czwartek | 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

 

Bobrówka

ABC O BOBRÓWCE

Dziś zabieram Was na spacer wzdłuż ścieżki przyrodniczej Bobrówka znajdującej się w lasach koło Ostrowa Lubelskiego. Wiem, że niektórzy już z niecierpliwością czekali na ten wpis, napaleni niczym korniki na starą szafę (dla niewtajemniczonych – z entomologicznego punktu widzenia, korniki nie jedzą szaf). Pamiętajcie, że na dobre rzeczy trzeba poczekać, dlatego moje wpisy pojawiają się bez zbędnej zwłoki. Wróćmy do tematu – dojazd autem z Lublina zajmuje tu około 50 minut, a z Warszawy 2,5 godziny (chyba, że doliczyć korki w stolicy to wtedy z 5 godzin). Na sam spacer już na miejscu zarezerwujcie sobie od około godziny do dwóch lub więcej zależnie od tego, jak dużo czasu zechcecie spędzić na łonie tutejszej natury. Już na starcie powiem Wam, że jest tu co robić. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych ścieżek przyrodniczych w okolicach Lublina, a o jej atrakcjach, cenach i braku bliskich spotkań z bobrami dowiecie się właśnie dzisiaj. Nie ma co przedłużać zaczynajmy moje subiektywne ABC o tym miejscu. Nie wiem jak Wy, ale ja mimo zimna na zewnątrz jaram się jak oko Saurona w Mordorze. To była moja pierwsza wyprawa po dłuższej przerwie, zrozumcie więc moją ekscytację. Gotowi? To ruszamy.

A jak atrakcje

Jeśli zdecydujecie się tu przyjechać musicie spodziewać się, że w dużej części Wasz spacer odbędzie się drewnianą kładką, którą możemy przemierzać pieszo czy na rowerze i jest ona na tyle szeroka, że zmieści się tam też wózek inwalidzki, czy wózek z małym dzieckiem. Dużym atutem jest fakt, że zarówno na początku jak i w połowie trasy możemy odpocząć pod drewnianą wiatą, obok której nie brakuje również miejsca na rozpalenie ogniska. Więc gdyby zastała Was ulewa, będzie się gdzie schować, by ją przeczekać. Na trasie ścieżki znajdują się tablice edukacyjne zawierające wiele przyrodniczych ciekawostek. Sporo z nich przybliża tematykę gospodarki leśnej prowadzonej przez leśników. W różnych punktach ścieżki przygotowane zostały pomosty widokowe, z których wykonać można ciekawe zdjęcia. Zapomniałem też dodać, że na początku ścieżki znajduje się sporej wielkości parking, co jest praktycznym udogodnieniem i dobrze świadczy o przemyśleniu infrastruktury, jedyne czego można się przyczepić to brak toalety, także pamiętajcie o pampersach lub załatwieniu najważniejszych potrzeb przed wyjazdem. Niestety mój blog to nie szampon Johnson’s Baby, tu czasem w praktyce szczypie po oczach, ale w końcu nie jestem pomidorową i nie każdy musi mnie lubić i się ze mną zgadzać. Są pewnie wśród nas fani sadzenia papierzaków po krzakach. Pamiętajcie – piękno ludzkości jest w jej różnorodności. Nie ze wszystkimi trzeba się zgadzać, żeby się na wzajem szanować.

Wróćmy jednak na szlak. Czy teren był zaminowany nie wiem, jeśli tak to śnieg bardzo ładnie wszystko przykrył na mój przyjazd. A jak już marudzę niczym łysy na brak grzebienia, to chciałbym jeszcze wspomnieć, że niewielka część spaceru odbywa się po piaskowej drodze, co może być niewielkim utrudnieniem dla przejazdu wózków. Jeśli do tej pory Was nie zniechęciłem, to przejdźmy może do pozytywów. Największymi atrakcjami ścieżki są moim zdaniem jej walory przyrodnicze. Świat flory reprezentują tu objęte ochroną gatunki roślin m. in.: brzoza niska, wierzba lapońska, widłak jałowcowaty, widłak goździsty, kukułka krwista i szerokolistna, kruszczyk błotny, podkolan biały, bagnica torfowa, turzyca bagienna i strunowa i można by tak jeszcze wymieniać i wymieniać. Jedno jest pewne – dendrofile będą zadowoleni. Niestety zimą wiele z tych roślin przykrywa śnieg, dlatego polecam się wybrać tu również o innych porach roku.

B jak bobry

Jak informują tablice, można tu spotkać gnieżdżącego się w pobliżu orlika krzykliwego, bociana czarnego, żurawia i wiele gatunków reprezentujących ptactwo wodne. Lasy otaczające jezioro często odwiedzają sarny, łosie i dziki. Udało też się odnaleźć ich ślady na śniegu. Natomiast bobrów, jak mogłaby mylnie wskazywać nazwa ścieżki, nie było. Ale biorąc przykład z TVP, jeśli czegoś nie ma, zawsze można sobie stworzyć na potrzeby programu wycieczki, czego w końcu nie robi się dla fanów czochrania bobrów.

Bardziej zmartwił mnie jednak fakt, że krowy co zmieni zdanie i ruszy ze mną w podróż też niestety nie spotkałem. Miałem też nadzieję, że chociaż jakieś psy na trasie zobaczę, gdyż dozwolone jest zwiedzanie ścieżki z psami, ważne jest by były prowadzone na smyczy. Czasy pandemii sprawiły, jednak że spotkałem tylko dzięcioła oraz kaczki krzyżówki, których małe stado pływało po rzece Bobrówce zgodnie z zachowaniem dystansu społecznego do ludzi. Brawo dla kaczek. Tylko bez zbędnych skojarzeń, nie każda kaczka zasługuje na brawa. A i jeszcze jedno, nie wiem czy to był jakiś sprośny żart, czy sprawa poważna, ale zauważyłem tam tablicę ostrzegającą o afrykańskim pomorze świń. Jeśli chciałbym się dziś dowartościować, mógłbym napisać, że dla Was ryzykuję życiem, czego w końcu się nie robi dla czytelników bloga, zawsze odrobina grozy i budowania napięcia w narracji jest mile widziana. Od dziś będę dla Was nie tylko wiarygodny jak TVP, ale i budzący grozę niczym Donald Trump po przegranych wyborach.

Gdyby ktoś był zainteresowany o co chodzi natomiast z tymi krowami, to więcej informacji znajdziecie tutaj. Chcę Was zapewnić, że poszukiwania trwają i choć łatwo nie jest to i tak się nie poddam. Za wsparcie mojego bloga dziękuję z tego miejsca moim Patronom, dzięki Wam szerzy się ta podróżnicza patologia. Dziękuję również wszystkim za każde Wasze dobre słowa czy udostępnienia postów, to też jest dla mnie ogromny motor napędowy do kolejnych, również sprośnych podróży. To dzięki temu odpalam sprawnie kolejne wpisy, niemalże niczym diesel na mrozie.  Pamiętajcie też, że życie jest za krótkie, by się cały czas spinać niczym stringi na słoniu. Właśnie moja chora wyobraźnia zaczęła działać. Jak ja bym chciał zobaczyć kiedyś na żywo słonia w stringach. Chyba muszę przestać pisać bloga po nocach i po ruskim Picolo – bo potem nie jest ze mną dobrze (dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez twórców ruskiego Picolo – dzięki za dziengi i za picie). Zawsze uważam, że ludzki umysł jest jak spadochron, działa lepiej gdy jest otwarty, również na słabe żarty blogerów podróżniczych.

C jak ceny i ciekawostki

Ścieżka edukacyjna Bobrówka znajduje się w leśnictwie Jedlanka na terenie Nadleśnictwa Parczew. Wstęp na ścieżkę Bobrówka podobnie jak i parking jest całkowicie darmowy. Co to oznacza – że każda poczciwa cebula wyjedzie zadowolona, no chyba, że się zachce dwójeczkę, wtedy może mieć mieszane wspomnienia. Zostawmy może ten temat w spokoju. W zamian zdradzę Wam ciekawostkę – dawniej szlak ten był bardzo cenny pod wieloma względami. W latach 1386-1611 z Krakowa, przez Lublin, aż do Wilna przebiegał właśnie tędy Szlak Jagielloński. Był to bardzo popularny szlak kupiecki, trasa podróży urzędników, handlarzy, dyplomatów, rycerzy, duchownych, uczonych czy twórców szeroko rozumianej sztuki. Nie zamierzam Was jednak zanudzać historią, mam też dziwne wrażenie, że ta ciekawostka była tu potrzebna jak dziecku sanki w sierpniu. Może lepiej więc płynnie przejdę do  krótkiego podsumowania.

PODSUMOWANIE

Mam nieodparte wrażenie, że puenta potrzebna jest zawsze w moich wpisach jak rybie ręcznik. Ale będę konsekwentny i podsumuję tą eksplorację. Miejsce to spodoba się każdemu, kto ceni przyrodę i nie mam na myśli drwali. Kiedy spacerowałem tym szlakiem w zimowy dzień, minąłem wyłącznie kilku mężczyzn, którzy łowili ryby w przeręblach. Zestawiając ciszę i spokój oraz brak tłoku turystów z jakim można spotkać się czasem np. na innych ścieżkach w parkach narodowych, sprawia, że bardzo mnie się tu spodobało. Szlak prowadzi prawie na całej długości przez las, czasem przez podmokłe tereny, a wszystko to przy dźwiękach stukających w drzewa dzięciołów. Też zaskoczyła mnie spora ilość budek dla ptaków zawieszonych wzdłuż trasy na drzewach. Reasumując jest to rewelacyjne miejsce do spacerów, relaksu, obcowania z przyrodą oraz oddawaniu się pasji fotograficznej bez potrzeby czekania, aż tłumy turystów wyjdą z kadru. Trasa prowadząca dookoła jeziora, wzdłuż lasu i meandrów rzeki Bobrówki zachęcają do fotografowania, a całość to doskonałe miejsce na zimowy spacer. Warto się tu wybrać, by odetchnąć od otaczających nas problemów. Warto też się choć na chwilę zatrzymać, by wsłuchać się w szum płynącej wody i dojść do pewnych wniosków, albo dojść generalnie (szczególnie, gdy ktoś wybrał się tam z dziewczyną lub chłopakiem).

Są pewnie wśród Was Ci, którzy już mnie śledzą na instagramie, tych którzy jeszcze tego nie robią zachęcam do prowadzenia śledztwa, dzięki temu o pewnych kwestiach będziecie wiedzieć wcześniej. Tak jak o moich poniższych przemyśleniach. Zdradzę Wam już na sam koniec, że jak tak wsłuchiwałem się w ten szum wody przypomniałem sobie o kilku ważnych sprawach, którymi podzielę się z wami kończąc wpis. Czas jest zawsze i to prawda, ale stety czy niestety, płynie jak woda. Jednym z największych błędów, które popełniamy jest myślenie, że na wszystko mamy jeszcze czas. Żyjemy tylko raz, tu i teraz. Rozejrzyjmy się więc w swojej okolicy, jest tyle pięknych miejsc wartych zobaczenia, nie pozwólmy sobie, by pozostały przez nas niezauważone. Nie wolno tkwić w przekonaniu, że na podróże przyjdzie jeszcze czas, a w okolicy i tak nie ma nic ciekawego do zobaczenia. Pamiętajcie, to w jakich barwach postrzegamy otoczenie ma wpływ na nas i naszych bliskich. Nie zapominajcie, że celem podróży nie jest często samo miejsce do którego zmierzamy, a nowa perspektywa z jaką na nią patrzymy. Aby zachować zdrowe podejście do życia starajmy się więc myśleć pozytywnie, nawet gdy nie jest to proste – pomoże to sprawniej zauważać piękno otaczającego nas świata. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Halina Piórkowska-Karuś, Ryjek
Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#Co warto zobaczyć w Bobrówce #lubelskie #rafalbil
#Bobrówka #blog podróżniczy #patronite

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Bobrówka| Blog Podróżniczy | Fotograf Lublin | Fotograf Lubelskie |  Fotograf Gąbin | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Bobrówka | Blogi podróżnicze| Podróżowanie| Co warto zobaczyć w Bobrówce| Lubelszczyzna zwiedzanie Bobrówki | Zwiedzanie Lubelszczyzny | Lubelszczyzna Zwiedzanie | Lubelszczyzna atrakcje | Lubelszczyzna co zobaczyć | Bobrówka zwiedzanie | Bobrówka atrakcje | Atrakcje Bobrówka | Co warto zobaczyć w województwie lubelskim | Atrakcje województwa lubelskiego | Polska | Lubelszczyzna | Województwo lubelskie | Zwiedzanie Polski | Fotograf Parczew| Parczew| Wycieczki po Polsce | Polska w weekend | Turobin atrakcje turystyczne | 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

 

Turobin

CO WARTO ZOBACZYĆ W TUROBINIE?

Dziś zabieram Was na lubelską wieś. Wracamy na szlak renesansu lubelskiego, tym razem znajdziemy się w powiecie biłgorajskim, a dokładniej we wsi Turobin. Miejscowość niezwykle urokliwa, a po raz pierwszy wspomniano o niej już w 1389 roku, ale nie planuję Was zanudzać historią. Dziś specjalnie dla Was postaram się tylko ustalić, czy przez ten czas, działo się tu coś ciekawego i czy warto jest tu choć na chwilę przyjechać, a może pokochacie to miejsce i zostaniecie tu na dłużej. Ten wybór jak zwykle pozostawię Wam. Na razie nie ma co się nad tym zastanawiać, rozsiądźcie się wygodnie, gdyż dziś znów zwiedzamy Lubelskie więc jest to blog dla czytelników o mocnych nerwach. Czas na wyprawę do jednej z gmin o najniższym przyroście naturalnym w województwie. Sprawdźmy wspólnie jak szybko płynie czas w gminie na skraju Roztocza. 

 

ABC O TUROBINIE

A jak atrakcje

Zanim poznacie wszystkie tutejsze atrakcje powinienem Wam jeszcze doprecyzować, gdzie dokładnie się znajdujemy. Jak powiedział mi napotkany mieszkaniec: “Panie stąd jest wszędzie daleko”, ale czy na pewno? Z Turobina do Lublina jest około 60 km, do Zamościa – jedynie 48 km, do Biłgoraja tylko 38 km, a Warszawy około 230 km. Więc nie można powiedzieć, że Turobin to odludzie, choć faktycznie, gdy zwiedzałem w ten pochmurny zimowy dzień w czasach pandemii, miasteczko wyglądało na opuszczone.

Turobin to brama Roztocza. W okolicy nie brakuje pięknych pagórków czy wąwozów lessowych. Można skorzystać z odbywających tu się spływów kajakowych po rzece Por, która wpływa do Wieprza. Można więc się tu śmiało wybrać, by aktywnie wypocząć. Piękna natura  to bez wątpienia mocna strona tej części kraju, ale nie jedyna. Cała gmina, zajmuje obszar 162,19 km², na którym zamieszkuje około 7 tys. osób. To gdy już macie krótki rys, możemy startować.

Swoją wyprawę rozpoczniemy od zobaczenia dosłownie wszystkich największych tutejszych atrakcji, bo są aż trzy. Gdy zapytałem napotkanego mieszkańca, co warto tu zobaczyć, wzruszył ramionami i wymienił kościół, rynek i “nie wiem”. Nie byłbym jednak sobą, gdybym mu w pełni nie zaufał i nie sprawdził dokładnie, co kryje się pod enigmatycznym “nie wiem”, a poniżej znajdziecie efekty tej eksploracji.

Zacznijmy najpierw od pierwszych dwóch rekomendacji. Kościół pw. św. Dominika wzniesiony został w miejscu wcześniejszego, drewnianego kościoła pw. Wszystkich Świętych i NMP z 1447 r., który w 1509 r. spalili Tatarzy. W latach 1574-1595 kościół działał jako zbór kalwiński. W latach 1620 – 1623 świątynię rozbudowano na polecenie Tomasza Zamoyskiego. Co mi się tutaj szczególnie spodobało? To fakt, że odkryłem kolejne miejsce ze szlaku lubelskiego renesansu, a sam kościół urzekł mnie bogactwem renesansowo-manierystycznych dekoracji. Szczególnie cenne są linearno-geometryczne sztukaterie autorstwa Wolffa, znajdujące się na sklepieniu nawy i dwóch bocznych kaplic – północnej i południowej i to dla nich zdecydowanie warto tu przyjechać. Nie będę też ukrywał, to ten kościół był dla mnie głównym punktem, który chciałem zobaczyć w Turobinie.

Będąc tutaj nie mogłem jednak odpuścić rekomendowanego rynku. Podstawą założenia urbanistycznego jest tu rynek o wymiarach 100×110 m. Obecny rynek i cały układ przestrzenny Turobina, nawiązuje do założeń średniowiecznych, lecz posiada cechy renesansowe. Znajdziemy tu budynek urzędu gminy, park, a w nim miejsce do gry w szachy czy warcaby oraz oryginalna fontanna. Zawsze jak nie wiem jak określić coś, co nie do końca mi się podoba, uważam, że określenie “oryginalna”, nie urazi autora dzieła, a każdy będzie wiedział o co mi chodzi. Na rynku znajduje się również pomnik, który upamiętania bohaterów Drugiej Wojny Światowej oraz Park im. Żołnierzy Armi Krajowej.

Nadszedł czas na odkrywanie tajemniczego “nie wiem”.

Na początek kapliczki. Zawsze w takich regionach inspirują mnie przydrożne kapliczki, a tutaj ich nie brakuje, tak dla przykładu:

– Kapliczka Matki Bożej, drewniana, z 1910 roku – na Przedmieściu Szczebrzeszyńskim.
– Kapliczka św. Jana Nepomucena, z XIX wieku, przy drodze z Turobina do Tarnawy.
– Kapliczki w Olszance (z 1905); w Żabnie (drewniana z około 1910); w Tokarach (drewniana z 1908).
– Kapliczka św. Jana Nepomucena, drewniana, z 1935 roku – na pograniczu Turobina i Przedmieścia.
– Kapliczka św. Marka, drewniana z 1822 roku – w Turobinie.

Można by jeszcze tak wymieniać, gdyby dłużej rozejrzeć się po okolicy, ale jedno jest pewne – każda z nich inna i mająca swój urok, który oddaje po części charakter tego miejsca i bez wątpienia daje powody do poczucia dumy społeczności lokalnej. Wystarczyło zobaczyć minę wyjeżdżającego autem właściciela posesji przy której stała jedna taka kapliczka, gdy ją fotografowałem. Dumny niczym człowiek paw z reklamy gum Orbit zapytał tylko czy mi się podoba i odjechał z uśmiechem na twarzy, gdy tylko potwierdziłem to, czego  on sam spodziewał się, że powiem, zanim jeszcze udzieliłem odpowiedzi. Choć dziś zastanawiam się, jakby zareagował, gdybym przekornie odpowiedział, że nie. Zaznaczę również, że nie ma tu lokowania produktu, a firma produkująca Orbitki nie wspiera jeszcze mojego bloga, ale kto wie, może w przyszłości to się zmieni. Także jak ktoś z czytelników zna szefa od miętowych gum, czy innych to linknijcie mu ten wpis, ale jak nie znacie też linkujcie go wśród znajomych, niech czytają i korzystają. Podobno ludzie, którzy korzystają z życia, nie żyją dłużej, ale żyją lepiej.

Jedźmy dalej, bo na chwilę odbiłem od tematu. Ostatnim z punktów godnych zatrzymania było spojrzenie oko w oko z okiem opatrzności na fasadzie starej plebanii w Turobinie. Niektórzy dopatrują się tam lekkiego zeza, ale czy to ma znaczenie? Jedyne pytanie jakie ja sobie zadałem, to to, czy te oczy mogą kłamać? Jedno jest tu pewne, że sam budynek jest na swój sposób ciekawym obiektem z początku XX wieku, a jego mury mogą skrywać intrygujące tajemnice, których nie mam odwagi poznać.

B jak brak informacji na temat nazwy Turobin

Dziś nie ma jednoznacznych danych historyczno-językowych, które pozwolą precyzyjnie określić od czego wywodzi się nazwa Turobin. Z językoznawczego punktu widzenia nazwa ta należy do szczególnie trudnych do objaśnienia, ale nie dla strony memy.pl, która ewidentnie wyjaśnia i podaje gdzie Batman, a gdzie Turobin.

Jeśli by się uprzeć i poza zasobami stron z memami, można poszukać bardziej fachowych informacji. Czego się dla Was oczywiście podjąłem i dziś sam przypnę sobie do piersi na agrafkę order ze “słoneczkiem uśmiechu”. Jak ustaliłem nazwa Turobin lub Thurobin, znajdująca się m.in. na najstarszej znanej pieczęci miasteczka z XVI wieku, „Sigilum Civita Thurobin”, od samego początku posiadała ustaloną pisownię, która w niemal niezmienionej formie przetrwała do dnia dzisiejszego. 

 

C jak cmentarz w Turobinie

Ci, którzy czytają już dłużej mój blog wiedzą o moim dziwnym upodobaniu do cmentarzy, ale bez obaw, zapewniam, że nie ma to związku z nekrofilią. Nie mniej jednak, lubię zwiedzać miejsca pochówku w różnych częściach świata, a temat ten jest bardzo intrygujący i może kiedyś zrobię o nim oddzielny wpis. Dziś skupmy się na Turobinie, gdzie początkowo zmarłych grzebano na cmentarzach istniejących przy kościele pw. Wszystkich Świętych (dawny filialny) i św. Ducha – na Przedmieściu. Oba cmentarze zamknięto w 1907 roku. Aktualnie użytkowany cmentarz grzebalny został założony już w XVII wieku, początkowo z przeznaczeniem dla ofiar epidemii. Ponadto istnieje też cmentarz w Czernięcinie z mogiłą i kopcem 9 zabitych 28 lutego 1913 roku przez Austriaków, oraz kwaterą żołnierską z 1939 roku.

Był tu również stary kirkut, działający do 1941 roku, powstał prawdopodobnie na początku XVII wieku. Został zniszczony przez Niemców, którzy wykorzystali macewy do utwardzania dróg i tego typu zjawisko niestety było powielane w wielu polskich miastach czy miejscowościach.

W XVIII wieku, przy ul. Zamkowej założono nowy kirkut, który działał do 1942 roku. Obecnie znajduje się tu pole orne. W 1994 roku odnaleziono kilka zachowanych macew z kirkutu turobińskiego, pochodzących z przełomu XIX i XX wieku. Niektóre źródła podają, że w Turobinie istniał tylko jeden kirkut, założony w XVIII wieku.

POSDUMOWANIE

Turobin jest jedną z najstarszych miejscowości województwa lubelskiego. Przypuszcza się, że osiedle lub osada targowa istniała tu już co najmniej w XII wieku, jednakże brakuje źródeł historycznych umożliwiających weryfikację tej tezy, no chyba, żeby powołać się na badania amerykańskich naukowców, bo oni chyba wszystko mogą udowodnić. Bez ich badań wiadomo jest jedynie, że w 1389 roku była to wieś królewska, nadana przez króla Władysława Jagiełłę, a w 1399 roku miała miejsce jej lokacja na prawie magdeburskim. W 1420 roku, na mocy przywileju króla Władysława Jagiełły, lokowano w tym samym miejscu miasteczko o nazwie Turobin. Ale jak już powiedziałem nie ma co Was zanudzać historią. W podsumowaniu trzeba się raczej zastanowić czy warto jest tu przyjechać i czy jest po co jeździć na te lubelskie wsie czy miasteczka? Odpowiedź jest dla mnie prosta, jak mawiał Charles Baudelaire: “Prawdziwi podróżnicy to ci tylko, którzy wyruszają, aby wyruszyć”, a dodatkowo powiem Wam, że jest takie tureckie przysłowie: “Aby poznać człowieka, trzeba zostać jego towarzyszem podróży” i z tego miejsca dziękuję za wspólną podróż Kindze, cichej bohaterce tej wyprawy. Odpowiadając na koniec jeszcze na pytanie – tak było warto i do następnego  razu Kochani.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Halina Piórkowska-Karuś, 
Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#Co warto zobaczyć w Turobinie #lubelskie #rafalbil
#Turobin #blog podróżniczy #patronite

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Turobin| Blog Podróżniczy | Fotograf Lublin | Fotograf Lubelskie |  Fotograf Gąbin | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Turobin | Blogi podróżnicze| Podróżowanie| Co warto zobaczyć w Turobinie| Lubelszczyzna zwiedzanie Turobina | Zwiedzanie Lubelszczyzny | Lubelszczyzna Zwiedzanie | Lubelszczyzna atrakcje | Lubelszczyzna co zobaczyć | Turobin zwiedzanie | Turobin atrakcje | Atrakcje Turobin | Co warto zobaczyć w województwie lubelskim | Atrakcje województwa lubelskiego | Polska | Lubelszczyzna | Województwo lubelskie | Zwiedzanie Polski | Wycieczki po Polsce | Wycieczki po Turobinie | Wycieczki po Polsce | Polska w weekend | Turobin atrakcje turystyczne | 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

 

33 marzenia podróżnicze na Nowy Rok

Nowy Rok to czas nowych postanowień. Lata lecą, człowiek się starzeje, za mną już 33 wiosny, ale dziś nie zamierzam spoglądać w przeszłość. W ostatnim dniu 2020 roku czas na 33 zupełnie nowe marzenia, którymi chcę się z Wami podzielić na Nowy Rok i kolejne 33 lata. Miejcie więc oczy, uszy, umysły i serca otwarte na podróże, bo najgorszy rok już niemal za nami. Czas otworzyć się na pochłanianie cudów, które skrywa przed nami świat i pamiętajcie, że warto marzyć, a jeszcze lepiej spełniać swoje marzenia. Częstujcie się moimi marzeniami, bo one podobnie jak mój podróżniczy blog są zupełnie za darmo. Gorzej z ich samych spełnianiem, za to zapłacić można kartą…. wiecie z resztą jaką. Tymczasem rozsiądźcie się wygodnie i nie myślcie na razie o pieniądzach. Zatem ruszamy!

1. POSZUKIWAWCZE MARZENIE:

Znaleźć w końcu krowę, która zmieni zdanie i wyruszy ze mną w podróż, najlepiej dookoła świata. Cały czas tylko się zastanawiam, co na to powie Greenpeace i czy taka krowa się już urodziła?

2. DZIECINNE MARZENIE:

Odbyć podróż do świata dzieciństwa. Może to być chociażby Dolina Muminków w Finlandii. Kto nie chciałby pobawić się muszelką Migotki? Czasem mam takie nietypowe fantazje. Może to być też wioska hiszpańska Smerfów, Hobbiton w Nowej Zelandii albo inne bajkowe miejsce.

3. ŚWIĄTECZNE MARZENIE:

Świętować tradycyjne święta w nietradycyjny sposób. Mogę chociażby jeść kinder niespodzianki zamiast tradycyjnych pisanek na Rapa Nui. Wyspa Wielkanocna w Wielkanoc to plan na najbliższe 33 lata. Zaznaczę, że nie ma tu lokowania produktu, po prostu lubię te czekoladowe jaja (i prosiłbym bez zbędnych skojarzeń, perwersy).

4. SZALONE MARZENIA:

Przespacerować się po szklanym moście w Chinach czy szlakiem śmierci w Hiszpanii. Złapać byka za rogi, albo iść o krok dalej, pogłaskać tu i ówdzie bydło szkockie lub wziąć udział w gonitwie byków w Pampelunie. Jedno jest pewne, wraz z nowym rokiem, zrobię coś szalonego.

5. PODWODNE MARZENIE:

Nurkować na rafie koralowej. Penetrowanie podwodnego świata to coś co marzy się każdemu podwodnemu zwyrolowi. Już mi się micha cieszy na myśl o krystalicznie czystej wodzie.

6. KRÓLEWSKIE MARZENIE:

Poczuć się jak książę, podczas eksploracji bawarskiego zamku w bajkowej scenerii Neuschwanstein. Wiecie co mam namyśli – tanie wina z niemieckiego Aldiego, niedrogie noclegi, najlepiej w namiocie za zamkiem i to bezcenne selfie o poranku na tle zamku. Poczuć się jak król tanich podróży, ale tak na bogato. Prestiż i luskus w niepogłębionym wydaniu, czyli to co tygryski lubią najbardziej.

7. BUDOWLANE MARZENIE:

Zbudować igloo na Antarktydzie lub Grenlandii, albo przynajmniej mur obronny. Porzucać się śnieżkami z kompanami z wyprawy, czy ulepić bałwana, by nie czuć się samotnie, gdybym wybrał się tam jednak w pojedynkę.

7. MARZENIA Z ROŚLINAMI: 

Spokojnie dendrofile, nie chcę Was nadto rozbudzać. Bardziej chodzi mi o zobaczenie kwitnących wiśni w Japonii, spacerowanie gołą stopą po polanach w górach czy też inne takie mało sprośne rzeczy. A jak już jesteśmy przy świnkach, to przejdźmy do kolejnego marzenia.

8. MARZENIA ZE ZWIERZĘTAMI:

Coś interesującego dla zoofili? Na pierwszy rzut oka tak by się mogło wydawać, ale nic bardziej mylnego. Faktycznie chodzi mi o marzenia z udziałem zwierząt zboki, ale nie takie… Marzy mi się zobaczyć flamingi w ich naturalnym środowisku, posmyrać po brzuszku żółwia na Galapagos, złapać za trąbę słonia, fotografować kolibry w Ekwadorze,  nie dać się okraść małpkom na Giblartarze, a może nawet karmić owce na Wyspach Owczych. Jest tyle wspaniałych zwierząt, że nie potrafię się zdecydować.

9. ŚWIETLISTE MARZENIE: 

Zobaczyć świecący plankton na Malediwach, w Omanie, czy w jakimkolwiek innym miejscu na Ziemi, to iście świetliste marzenie. Niech i mi oczy się zabłyszczą z radości w nowym, oby lepszym 2021 roku.

10. POWRACAJĄCE MARZENIE:  

Popłakać pod ścianą płaczu z radości po powrocie do Izraela, to kolejne z listy moich marzeń. Niewiele jest krajów na Ziemi, do których tak chętnie wracam jak właśnie tu. Izrael ma w sobie pewien magnes, który mnie bardzo silnie przyciąga i sprawia, że wracam tu chętniej jak nigdzie indziej. Tego, że tam wrócę jeszcze nie raz, jestem pewny. 

11. ŻOŁNIERSKIE MARZENIE: 

Nie chodzi mi o wstąpienie do amerykańskiej armi, ale stanąć kiedyś u boku żołnierzy armi terakotowej to chciałbym i to bardzo.

12. MARZENIE SENNE:

Odpłynąć gdzieś z dala od ludzi, by podziwiać w ciszy gwiazdy i zasnąć w nieznanym miejscu gdzieś nad wodą. 

13. MARZENIE BEZSENNE:

Nie spać całą noc i podziwiać zorzę polarną w Tromsø.

14. MARZENIE BYCIA OPARCIEM:

Trzymać wieżę w Pizzie, tak mocno, by nie runęła. Warto być czasem dla kogoś lub czegoś oparciem. Człowiek czuje się wtedy taki potrzebniejszy dla świata.

15. MARZENIE PORZUCENIA:

Rzucić pewnego pięknego dnia wszystko i pojechać w Bieszczady.

16. TĘCZOWE MARZENIE:

Zobaczyć tęczę nad tęczowymi górami w Peru.

17. MARZENIE Z GÓRY:

Zobaczyć widok z najwyższego budynku świata Burj Khalifa w Dubaju lub przelecieć się balonem nad turecką Kapadocją, czy zachwycić się nad Wielkim Kanionem w USA. Świat z lotu ptaka nabiera zupełnie innego wymiaru.

18. MARZENIE Z DOŁU:

Wykonać fotografie pięknych miejsc właśnie z pozycji na żabę, zbliżone do tych z Wielkiego Meczetu Szejka Zajida w Abu Dhabi lub Taj Mahal w Indiach.

19. MARZENIE FILMOWE:

Zaistnieć jak Lara Croft w Świątyni Angkor Wat i poczuć magię tego miejsca.

20. DOBRE MARZENIE:

Nie mam tu na myśli zobaczenie Jezusa w Rio czy w Świebodzinie. Bardziej chodzi mi tu o to, by nakarmić i napoić wielbłąda na pustyni czy pomóc potrzebującemu w podróży.

21. SMACZNE MARZENIE:

Zjeść łososia norweskiego w Norwegii. Spróbować szwajcarskiego sera w Szwajcarii. Zjeść kebap w Turcji. Przypomnieć sobie smak belgijskich frytek w Brukseli. Wypić symbolicznie whisky w Szkocji czy zapalić cygaro na Kubie. Zasmakować porto w Porto. Zjeść kremówkę w Wadowicach lub loda będąc na lodowcu. Zjeść znów spaghetti bolognese w Bolonii czy pizzę w Rzymie. Wypić sake w Japonii lub spróbować syropu klonowego w Kanadzie. Jeśli chodzi o jedzenie i picie to mogę tak wymieniać bez końca…

22. NIESMACZNE MARZENIE:

Spróbować różne dziwne rzeczy jak durian, grillowane owady lub skorpiony. Chciałbym też zjeść zupkę chińską w Chinach, zasmakować prażonych mrówek, koników polnych i temu podobnych “przysmaków” kuchni azjatyckiej. Dla odmiany skosztować kiszonego śledzia i mieć się po tym wszystkim całkiem dobrze. Czasem warto wyjść z pewnej strefy komfortu. Warto być ciekawym świata, a więc smaków i zapachów.

23. MARZENIE Z POCIĄGIEM :

Wsiąść do pociągu byle jakiego, zadbać jedynie o bilet na najbliższy kurs i nie zwracać uwagi dokąd się nim dostanę, choćby to miała być kolej transsyberyjska lub kolejka Gelmer w Szwajcarii.

24. RELAKSUJĄCE MARZENIA:

Zadbać o totalny relaks w hamaku na rajskiej wyspie i nie muszą to być wyłącznie Malediwy.

25. TRADYCYJNE MARZENIE:

Mam tu na myśli marzenie odnoszące się do poznawania kultury i tradycji innych państw. Tak dla przykładu, chciałbym kiedyś zatańczy Zorbę w Grecji.

26. MARZENIA POLSKIE:

Zobaczyć wszystkie Parki Narodowe w kraju i odnaleźć spokój w podróży, też ten wewnętrzny.

27. MARZENIA ZAGRANICZNE:

Zwiedzać wielkie i te małe zagraniczne miasta bez limitów, bez ograniczeń, bez znaczenia w których się pojawię. O wschodzie słońca chciałbym dotrzeć do jordańskiej Petry lub po zachodzie podziwiać wielkie metropolie.

28. TAJEMNICZE MARZENIA:

To marzenia do odkrywania nowych opuszczonych miejsc: Oradour-sur-Glane we Francji, Poggioreale na Sycylii, Belchite czy Castillo de Butron w Hiszpanii, Craco, Poggioreale i Pentedattilo we Włoszech, Tyneham i Hallsands w Wielkiej Brytanii, Vilarinho da Furna w Portugalii, Pyramiden w Norwegii, Spinalonga w Grecji, Grablje i Kupari w Chorwacji, opuszczony nazistowski hotel Prora, Kolmanskop w Namibii, ale i powrotu do tych które już widziałem jak np. Czarnobyl. Wybrać się do państw, które formalnie nie istnieją jak np. Naddniestrze lub zasiąść w kręgu tajemnic z Roswell. Pewnym jest, że w nowym roku chciałbym odkryć jakieś tajemnicze miejsca.

29. NIEMĄDRE MARZENIA :

Wybrać się w miejsca niebezpieczne, w których adrenalina sięga zenitu i czasem bywa naprawdę gorąco. Wrota Piekieł w Derweze i przejście się po zboczu czynnego wulkanu.

30. MĄDRE MARZENIA:

Zwiedzić jak najwięcej krajów przez kolejne 33 lata. Na pewno odwiedzić wszystkie kontynenty i zobaczyć jak najwięcej obiektów z listy światowego dziedzictwa UNESCO, w tym Pamukkale w Turcji.

31. PIĘKNE NA SWÓJ SPOSÓB MARZENIA:

Wykonać zdjęcia w pięknych miejscach, w których nigdy nie byłem, jak i w tych do które z uwagi na ich piękno warto ponownie fotografować. Mam tu na myśli m.in. Preikestolen w Norwegii i  stanąć ponownie na języku trolla. Fajnie byłoby też wrócić do tych, do których się wybrałem, ale zapomniałem zabrać ze sobą aparatu jak np. Paryż, w którym wieża Eiffla jest piękna na swój sposób.

32. STAROŻYTNE MARZENIA:

Podziwiać starożytne kultury np. w Machu Picchu i zachwycać się tam wschodem lub zachodem słońca lub wysypać tony piasku z butów pod egipskimi piramidami.

33. MARZENIA Z MAGAZYNÓW:

Wykonać zdjęcia, które znajdą się na okładkach magazynów i gazet np. National Geographic, Świerszczyka lub chociaż Naszego Dziennika oraz dalej publikować i to jeszcze więcej zdjęć piękna otaczającego nas świata w Vogue Italia.

Jeśli spodoba podoba się Wam choć jedno moje marzenie, miło mi będzie jak polubicie ten wpis lub udostępnicie go na swoich  kontach na Facebooku. Jednego jestem  natomiast pewny,

ŻYCZĘ WAM BY 2021 ROK BYŁ DLA WAS ROKIEM SPEŁNIANIA WASZYCH MARZEŃ.

Trzymam dziś mocno za nie kciuki.

Za pomoc w realizacji moich marzeń dziękuję Patronom,

bo ten blog powstaje dzięki właśnie Waszemu wsparciu :

 

AMBA team, Halina Piórkowska-Karuś, Aga i Adam,
Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

Fotografie marzeń pochodzą z portalu:

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM


✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Blog | Marzenia | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Warszawa | Bloger |Traveler| Fotograf Płock | Blogowanie|  Zwiedzaj online | Polska| Podróżniczy blog| Podróżowanie| Co warto zobaczyć w podróży | Zwiedzanie online | Happy New Year | Turystyka | Szczęśliwego Nowego Roku|Patronite 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Zdrowych Świąt i Normalnego Nowego 2021 Roku

Święta i Nowy Rok,

nadszedł czas podsumowań,

ale to również czas życzeń i podziękowań.

To był bez wątpienia dla wielu z nas najdziwniejszy rok.

Kochani życzę Wam dziś byście weszli w Nowy Rok radośnie,

pełni nadziei i optymizmu, że 2021 rok będzie lepszy od poprzedniego.

Dziękuję również moim wszystkim Patronom, Przyjaciołom i Rodzinie za Wasze wsparcie.

Bez Was nie byłoby mnie, bloga, poszukiwań krowy i wielu innych głupot, które są wraz ze mną w pakiecie.

Jeszcze raz życzę Wam wszystkim zdrowych, wesołych, normalnych Świąt Bożego Narodzenia i dużo nawzajem.

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Halina Piórkowska-Karuś, Aga i Adam, Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM



#Blog
#Travel
#Patronite
 #Photography
 #Merry Christmas  

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Blog | Merry Christmas | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Warszawa | Bloger |Traveler| Fotograf Płock | Blogowanie|  Zwiedzaj online | Polska| Podróżniczy blog| Podróżowanie| Co warto zobaczyć w podróży | Zwiedzanie online | Życzenia Świąteczne | Turystyka |Patronite 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Kamieńskie

ABC o wsi Kamieńskie

Czas się do czegoś Wam przyznać. Każdy ma jakiś fetysz. Mnie podniecało od zawsze podróżowanie. Dawało do myślenia, pomagało lepiej żyć, pozwalało marzyć. Przyjazd do nowego miejsca, zawsze wiązał się dla mnie z odkrywaniem nowych emocji, zarówno tych pozytywnych jak i tych mniej. Wszystko to zawsze uważałem i nadal uważam za cenne doświadczenie, którego dziś nie zamieniłbym za nic.

Piękne jest to, że podróże z jednej strony są zawsze tym samym, ale z drugiej przecież zawsze czymś zupełnie innym. Tak sobie myślę, że to chyba w tym wszystkim kręci mnie najbardziej. To wszystko pozwalało i nadal pozwala odkrywać zarówno świat, ale i wewnętrzny spokój. No chyba, że na wyjazd wybierasz się z rodziną…

A jak absolutna cisza

Podróż jest stosunkowo zdrowym rodzajem uzależnienia, którym dziś się chcę z Wami dzielić. Teraz pytanie jest tylko do Was, czy jesteście gotowi, by się uzależniać? Zdradzę Wam, że tym razem wyjazd miał zapowiadać się wyjątkowo. Wyprawa z siostrą, mamą, dziesięcioma tonami zbędnych bagaży, kłótnie, wyjazd na mazurską wieś, pies i ja – czyż nie zapowiadało się ciekawie? Wyprawa po wewnętrzny spokój, to coś w tym wypadku jak „Mission Impossible”, tylko od razu zaznaczę, że ja nie jestem, nie byłem i nie będę Tomem Cruisem.

Cały czas w głowie miałem jedno pytanie: czy podczas tej wyprawę odnajdę choć odrobinę ciszy, którą introwertycy tak sobie cenią? No nic, jedźmy dalej, byle do celu wówczas myślałem. Oddalając się wraz z kolejnym kilometrem od domu, byłem przekonany, że tym razem oddalam się i od celu, a wysoce prawdopodobnym jest, że ten może nie zostać zrealizowany, choć w głębi serca nie traciłem nadziei.

Kamieńskie, bo tu po dobrych kilku godzinach jazdy autem  trafiliśmy, to faktycznie niewielka wieś znajdująca się w południowo–wschodniej części województwa warmińsko–mazurskiego. Zlokalizowana jest w powiecie piskim, w gminie Orzysz. To tak tytułem wstępu, byście mogli sobie wyobrazić, gdzie uprowadziła mnie własna siostra i mama. Okoliczne drogi w wielu miejscach nie są najlepszej jakości, ale ma to swój urok. Nie ma co się czepiać, lepiej zacznijmy wszystko od początku.

Trafiliśmy tu tak naprawdę dzięki życzliwości przyjaciół mojej siostry – Małgorzaty i Tomasza. Dziękuję Wam w imieniu swoim, ale i myślę dziewczyn. Dziękuję szczególnie za życzliwość, gościnność i zaufanie, którym nas obdarzyliście. To Wy okazaliście się bohaterami tego wpisu i Wam należy się te proste, ale najszczersze 10 liter DZIĘKUJEMY. To dzięki Wam mogłem spotkać się po dłuższej przerwie i w tak pięknych okolicznościach natury spędzić czas z nią samą, ale i przede wszystkim z rodziną. Gdyby nie Wy, nie byłoby dziś ani tego wpisu, ani tych zdjęć, ani tych wspomnień.

 

B jak bliskość z naturą

Mnogość pól i lasów, ogromne jezioro pod nazwą Orzysz, tutejsza fauna i flora dały sporo nadziei, że jakoś odnajdę się w tym wszystkim. Sama powierzchnia jeziora to ponad 1000ha i znajduje się na obrzeżu pięknego Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Wieś, choć jest niewielka, to położona na pograniczu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich i Pojezierza Ełckiego. W pobliżu przepływa również strumyk Czartówka, który jest dopływem jeziora Orzysz.

Całość jest bez wątpienia bardzo malowniczo położona, a sama miejscowość choć ma charakter wypoczynkowy, to i tak nie przytłacza ilością turystów jak inne, bardziej popularne miejscowości krainy tysiąca jezior. Uważam to za bardzo duży atut tych stron. Tutaj naprawdę można wypocząć w ciszy i nie jest to pusty reklamowy slogan. Zdradzam Wam, że spotkałem podczas wyjazdu krowy, ale żadna z nich nie zdecydowała się wyruszyć ze mną w podróż, dlatego poszukiwania trwają dalej. Dla nie zorientowanych w temacie zostawiam link z wyjaśnieniem WTF z tymi krowami.

Co jeszcze poza kontemplacją ciszy można robić w takim miejscu zapytacie? Wiele rzeczy można np. w ciągu dnia kłócić się z siostrą, słuchać dobrych rad mamy. Można też wypożyczyć kajaki, łodzie wiosłowe czy motorowe, żaglówki, skutery wodne. Ewentualnie dla tych co wolą zostać na lądzie świetnie zamiast rowerków wodnych sprawdzą się klasyczne rowery górskie, które można wypożyczyć w okolicy. Ewentualnie dla fanów spacerów jest wiele miejsc na wycieczki piesze po okolicznych lasach. Wieczorami można siedzieć przy ognisku czy grillować i zajadać się różnymi smakowitościami. Jest to również świetny punkt do bazy wypadowej na dalsze wycieczki krajoznawcze. Można wsiąść w auto i ruszyć do Mikołajek, Giżycka, Fromborka, Olsztyna, Gierłoży, Mrągowa, Świętej Lipki czy wielu innych ciekawych okolicznych miejscowości. Jeśli postanowicie tu jednak zostać nie pożałujecie, ta bliskość z naturą, pozwoli odnaleźć spokój ducha. Dziś już wiem, że Mazury to prawdziwie zaskakujący region i to nie tylko pod względem zapierających dech w piersiach krajobrazów. Jeżeli nie kłóciliśmy się za dużo z siostrą widać, że ten niesamowity żywioł jakim jest woda, potrafi wyciszyć nie tylko mnie.

C jak ciekawostki z Mazur

Warmia i Mazury to nie tylko piękne krajobrazy oraz wielkie jeziora. Region skrywa wiele tajemnic. Zebrałem Wam kilka ciekawostek z tego regionu. Mam nadzieję, że przynajmniej o kilku z nich do tej pory jeszcze nie słyszeliście.

Czy Mazury są naprawdę Krainą Tysiąca Jezior?

To tylko potoczne określenie tego regionu. Na Mazurach można doliczyć się bowiem około 2 600 jezior, czyli grubo ponad dwa razy więcej niż zwykło się mawiać.

Czy na Mazurach zawsze jest cisza i spokój?

Tak pięknie nie ma. Jest wiele bardzo turystycznych  miejsc, w których nie brakuje głośnych turystów. W końcu to też właśnie na Mazurach krzyczy się najgłośniej w Polsce, ponieważ od około 20 lat, w tej części kraju odbywa się Międzynarodowy Konkurs Krzyku. Wydarzenie jest jednym z nielicznych tego typu konkursów na świecie. By wziąć w nim udział, na Mazury przyjeżdżają nie tylko mieszkańcy Polski, ale również obcokrajowcy. Na czym polega sam konkurs? Wystarczy przez 5 sekund krzyczeć do specjalnej aparatury. Najlepsze wyniki przekraczały wartość 138 dB. Jak dobrze, że od Kamieńskich do Gołdapi (bo tu odbywa się konkurs) jest ponad 100 km.

Czy na Mazurach znaleźć można piramidy?

Na Mazurach w miejscowości Rapa znajduje się grobowiec rodziny barona Friedricha von Fahrenheita. Wzorowany na egipskich piramidach ma wysokość prawie 16 metrów. O polskiej piramidzie powstało wiele legend. Pamiętajcie, że jest to oczywiście pomniejszona wersja piramidy Cheopsa, lecz wielu ludzi uważa, że tak jak jej egipski odpowiednik i ta piramida skrywa w sobie nieodkryte sekrety. Jednym z nich jest wzmożona aktywność pola magnetycznego wokoło piramidy. Inni twierdzą zaś, że przez specyficzny rodzaj promieniowania, piramida potrafi uzdrawiać. Jak jest naprawdę? Wybierzcie się tam i najlepiej przekonajcie osobiście.

Skąd się wzięło określenie Mazury?

Zastanawialiście się kiedyś skąd wzięła się ta nazwa? Pochodzi ona od przedrostka ,,maz’’, który oznaczał ,,smolić’’. Połączenie przedrostka ,,maz’’ z przyrostkiem ,,ur’’ stworzyło określenie, którym nazywało się smolarzy. Zamieszkiwali oni leśne tereny w regionie jezior i to właśnie od nich mamy dzisiejsze określenie Mazury.

Gdzie spalono ostatnią „czarownicę” w Europie?

Do nieszczęśliwego zdarzenia doszło w 1811 roku na wzgórzu szubienicznym przy drodze z Reszla do Korsz na Mazurach. Kobieta nazywała się Barbara Zdunk i miała młodszego od siebie kochanka. Nie pogodziła się z jego odejściem. Często go nachodziła. Kiedy pod jego dom podłożono ogień, który strawił prawie całe miasteczko, mieszkańcy od razu uznali Zdunk za winną. Miejski sąd w Reszlu skazał ją za czary na śmierć przez spalenie na stosie. Był to ostatni w Europie wyrok skazujący „czarownicę”. Oj dziwne to były czasy, bardzo dziwne…

Legendy z nad jeziora Orzysz

Wśród tutejszych lasów i jeziora, na wzgórzu stała nieduża drewniana chatka, a w niej mieszkał stary rybak ze swoim synem, któremu na imię było Arys. Młodzieńca znano w okolicy z odwagi i unikalnej urody. W każdą niedzielę przejeżdżała tędy do pobliskiego kościoła piękna księżniczka Maria, której towarzyszył książę Artur, jej przyszły małżonek. Ludzie wychodzili wówczas przed chaty i nisko się kłaniali. Marii spodobał się Arys i uśmiechnęła się do niego mile. On zaś zauroczony jej uśmiechem z niepokojem czekał następnej niedzieli. Od tamtej pory Arys zaczął ciężko pracować, dniami na roli a nocami łowił ryby, które o świcie sprzedawał na targu. Gdy nazbierał już dużo talarów, rozdzielił je na dwie połowy. Jedną część dał drwalowi, drugą kowalowi, ponieważ byli to najodważniejsi chłopi we wsi. Miał bowiem pewne plany, do spełnienia których potrzebni mu byli kowal i drwal. Choć początkowo byli niechętni, finalnie pomogli Arysowi porwać księżniczkę, która nawet nie stawiała oporu, ach te księżniczki, aż chce się napisać. Sam książę Artur widząc ją uszczęśliwioną, nigdy już nie pokazał się na dworze. Wówczas księżniczka Maria poślubiła Arysa, a ojciec jej podarował im wieś. Tak wiem nuda, żyli długo i szczęśliwie i na potęgę korzystali z 500+. Dlatego mam jeszcze dla Was drugą, myślę krótszą lecz ciekawszą opowieść.

Nad jeziorem Orzysz znajduje się po dziś dzień tajemnicza wyspa na którą dawniej łodziami zwożono zwłoki zmarłych z różnych okolic. Stworzono tam wyspę umarłych, na którą mało kto odważył się zapuścić. Do dziś mawia się, że na wyspie straszy. Pytanie jest teraz do Was, czy odważycie się popłynąć tam i sprawdzić to osobiście?

Podsumowanie

Reasumując cały wyjazd, powiem Wam – było warto. Miło jest budzić się z dala od zgiełku miasta, wybrać się na pomost, by poczuć rześki powiew powietrza i podziwiać tutejszą mgłę o poranku czy po zachodzie słońca. To tu miałem okazję wyjść przyrodzie na spotkanie. Warto jest czasem spotkać się z nią twarzą w twarz, a momentami spojrzeć jej dosłownie oko w oko. Mogłem znów przypomnieć sobie, jak przyglądanie się jeziorom, lasom czy łąkom otwiera umysł. Pozwala też poczuć jedność człowieka  z naturą, o której dziś tak wielu z nas zapomina. Do dziś pamiętam, że najważniejszym wtedy było to, że mój umysł wędrował pomału,  najczęściej w kierunku niezbyt zgodnym z zamierzonym, ale co ważne w zgodzie z otoczeniem.

Dziś cieszę się, że dałem namówić się siostrze na ten wyjazd, tym bardziej, że trafiliśmy tam poza sezonem. Momentami miałem wrażenie, że nad tak wielkim jeziorem jestem tylko ja. Ta pustka była dla mnie czymś wyjątkowym i kończyła się w momencie, gdy przyszła Monia z pytaniem: „chcesz herbaty”? Dziś uważam, że miało to swój urok.

Gdy zapytacie mnie czy warto pojechać na Mazury? Odpowiedź jest tak banalna jak samo pytanie. Mazury są piękne, a wieś Kamieńskie unikatowa. Jeziora, lasy, dużo rzadkich ptaków i innych zwierząt. W samej wsi jest sporo jeszcze starej zabudowy oraz życzliwych ludzi. To wszystko zostanie na długo w mojej pamięci, a i czas spędzony z mamą i siostrą wydaje się również bezcenny. Marek Twain powiedział kiedyś: „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.” Zabierz ze sobą bliskich, albo daj im się porwać, zaufaj czasem podróżom, a raczej nie będziesz żałowała czy żałował. Ja romantycznie dodam – nie stój więc jak widły w gnoju i rusz się. Na koniec zapraszam Was do obejrzenia jeszcze kilku kadrów z tego wyjazdu, być może one zainspirują do własnych mazurskich eksploracji.

 

   

 

 

 

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Halina Piórkowska-Karuś, Aga i Adam, Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM



#Kamieńskie #Mazury #Polska
#Blog Podróżniczy #Patronite #Travel

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Mazury | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Lublin| Fotograf Warszawa | Fotograf Mazury | Wieś Kamieńskie| Fotograf Kamieńskie | Fotograf Polska | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Traveling| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Kraina tysiąca jezior | Co warto zobaczyć na Mazurach| Zwiedzanie Mazur | Kamieńskie zwiedzanie | Mazury atrakcje | Mazury co zobaczyć | Wioska Kamieńskie | zwiedzanie | Mazury atrakcje | Atrakcje Mazury| Mazury co warto zobaczyć | Co warto zobaczyć na Mazurach | Zwiedzanie Mazur | Traveler | Podróżniczy blog | Wycieczki po świecie | Turysta |Mazury travel 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Mikołajki 2020

Dziś Mikołajki i już niebawem Święta. Z tej okazji życzę Wam dużo zdrowia, ogromu pysznych słodyczy, fantastycznych kadrów oraz niezapomnianych wrażeń podczas podróży w Nowym Roku. Życzę Wam również, abyście znaleźli odpowiedzi na nurtujące Was pytania oraz by udało się spełniać wszystkie, nawet te nieprzyzwoite czy niestandardowe marzenia. Niech wzorem nie będzie jednak dla Was pewien europoseł z Węgier, on źle skończył i chyba daleko poza Brukselę już nie zajedzie, a tego Wam nie życzę. Wy zajedźcie najdalej jak się da i nie koniecznie po rynnie. Niech Wasze przygody i podróże nie mają granic, a sprzęt fotograficzny i wyobraźnia nigdy Was nie zawodzą. 

Wesołych Świąt życzy Wam Ananaski,
wasz Sugar Daddy Rafał
i pamiętajcie bądźcie grzeczni

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Aga i Adam, Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka – Dziękuję Wam.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM



#Mikołajki #Wesołych Świąt #Blog Podróżniczy
 #Patronite #Sugar Daddy #Fotografia #Podróże #Travel

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Blog | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Lublin| Fotograf Warszawa | Bloger |Traveler|  Fotograf Polska | Fotograf Płock | Blogowanie|  Zwiedzaj online | Polska| Podróżniczy blog| Podróżowanie| Co warto zobaczyć w podróży | Zwiedzanie atrakcje | Mikołajki |Zwiedzanie | Trip | Atrakcje| Travel | Wycieczki po świecie | Życzenia | Turysta |Patronite🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Me’a Sze’arim

 
ABC o Me’a Sze’arim

Nazwa Mea Shearim (Me’a Sze’arim) tłumaczy się z języka hebrajskiego jako 100 bram, a każda z tych bram to wejście do zupełnie innej inspirującej historii. Dziś zabieram Was do Izraela, do jednej z najstarszych i najbardziej intrygujących mnie dzielnic Jerozolimy. Rozsiądźcie się wygodnie – nadszedł czas na wpis z  Me’a Sze’arim. Gdy dotarłem tu po raz pierwszy, przyznam Wam, że poczułem się jak na planie filmowym lub jakbym przeniósł się w czasie o ponad 100 lat do żydowskiej części Lublina. Choć odczucia te psują nieco przejeżdżające ulicami nowoczesne samochody czy wiszące na zabudowaniach klimatyzatory. Nie zmienia to faktu, że moje wrażenia są równie niesamowite, za każdym razem gdy się tu pojawiam.  Miejsce to jest pełne kontrastów, ale dzięki temu bardzo różnorodne, ciekawe, inspirujące i skrywające sporo wartych odkrycia atrakcji.

A jak adaptacja do miejsca

Na początku ulic, które prowadzą w głąb Mea Shearim, widnieją pisemne informacje o zakazie wchodzenia dla grup turystycznych. Znajduje się tam też informacja o konieczności posiadania skromnego ubioru. Ludzie nie lubią być tu fotografowani, dlatego dbajmy o zachowanie dyskrecji. Napisy informacyjne znajdują się już przy wejściu “Żyjemy tu spokojnie wg swoich zasad. Proszę podporządkuj się temu i nie przeszkadzaj nam”. Wszystko to już na początku daje do myślenia i rozbudza mą niepewność i ciekawość. Przygotowując się do realizacji każdego reportażu nigdy nie chciałem, by lokalna społeczność czuła się jak fotografowane zwierzęta w ZOO. Nie to jest celem moich wpisów na tym podróżniczym blogu. Liczę, że docenicie to nie mniej niż starania rządu w przygotowania dla nas wyborów w czasie pandemii.

Bardzo chcę Wam przybliżyć nieco więcej informacji na temat samej kultury i tradycji tej ortodoksyjnej społeczności. Przyznam Wam, że dla osoby spoza społeczności zdecydowanie nie jest to proste zadanie. Dodatkowo pobyt tam wymagał ode mnie sporej delikatności w wykonywaniu zdjęć, czy zbieraniu ciekawych wiadomości. Jednocześnie każde doświadczenie obcowania w tym miejscu jest dla mnie za każdym razem coraz bardziej ekscytujące. Nie wiem czy jest tak dlatego, że znów jestem w miejscu gdzie mam nieodparte wrażenie, że zatrzymał się czas. Może wynika to z faktu, że nigdzie indziej w podróży jak tu, nie doświadczałem tak wyraźnego podziału na świat kobiet i mężczyzn. Być może pobudzenie to wynikało z faktu, że odkrywałem nieznane mi dotąd zwyczaje i obyczaje. Dziś nie umiem tego jednoznacznie zdefiniować.

Jeśli już jesteśmy przy podziałach ze względu na płeć widoczne są one, np. podczas modlitw. Kobiety i mężczyźni w synagogach modlą się osobno, podobnie jak i podczas ślubów, gdzie również bawią się oddzielnie. Co ciekawe na tutejszych plakatach reklamowych nie spotkasz  wizerunków kobiet. Wszystko to uwarunkowano kulturowo i religijnie zarówno wśród tutejszych charedim, jak i chasydów.  Społeczność ma tu często skrajnie konserwatywne poglądy. Wielu z nich nie uznaje współczesnego państwa Izrael (ponieważ powstało ich zdaniem wbrew wskazaniom religijnym). Odmawiają też służby w wojsku, płacenia podatków czy nie uznają świeckiego wymiaru sprawiedliwości. Mają własne sądy religijne, zachowują tradycyjny, bardzo skromny strój oraz starannie przestrzegają zasad szabatu.

Aby się dobrze przystosować do tego miejsca, musiałem je  lepiej poznać i odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania – co wyróżnia tą społeczność i samo miejsce? Naturalnie będąc tu od razu zwrócicie uwagę na skromne i charakterystyczne stroje zarówno u kobiet jak i mężczyzn. Trzeba też przyznać, że dzielnica ta wygląda na dość biedną. Mówi się o tym, że większość rodzin utrzymuje się tu z zasiłków. Poprawie sytuacji materialnej nie sprzyja również tradycyjny model rodziny i styl życia. Zgodnie z nim mężczyźni zajmują się głównie modlitwami i studiowaniem dzieł religijnych. Potrafią się modlić nawet do 12 godzin dziennie, a kobiety są obciążone wychowywaniem licznego potomstwa oraz utrzymaniem domu i rodziny. Co również zaskoczyło mnie bardzo, to fakt, że niemalże na każdej ulicy natrafiałem na niewielkie synagogi. Jeden z rozmówców zdradził mi, że szacuje się nawet iż jedna przypada na około dziesięciu dorosłych mężczyzn. To wtedy uświadomiłem sobie, że mój plan wjazdu do tej dzielnicy na tęczowym jednorożcu bez trzymanki w samych kąpielówkach może się nie udać.

B jak bać się czy nie?

Po szybkiej analizie sytuacji i zestawieniu wyobrażeń z rzeczywistością musiałem nieco zmodyfikować moje plany. Postanowiłem być bardziej stonowany i wjechać tam bez kąpielówek oraz na brunatnym hipopototamie. Czerpanie wzorców z mądrych tytanów umysłu i ich rozwiązań jest siłą naszego kraju, co za tym iść powinno i obywateli. Przypomnę w tym miejscu o podjętym wyroku sędziów TK w czasie szalejącej pandemii w kwestii tzw. kompromisu aborcyjnego. Czyż mogło być coś jeszcze bardziej rozsądnego w tym czasie jak to? No może jeszcze decyzja o jak najszybszych wyborach prezydenckich lub zlecenie druku kart za kwotę 70 mln na wybory, które się nie odbyły. Chyba nie trzeba nic dodać, ani nic ująć. Ja również miałem nadzieję, że moje odwiedziny w równie rozsądnym stylu obejdą się bez echa. My Polacy jesteśmy dumnym i silnym narodem i nie powinniśmy bać się niczego, ani nikogo.

Dla tych, którzy trafili tu po raz pierwszy i jeszcze nie czują mojego sarkazmu, ironii czy głupkowatego poczucia humoru zdradzę, że nie stać mnie jeszcze na hipopotama tym bardziej jednorożca. Nie stać mnie nawet na zwykłą krowę, która wyruszy ze mną w tak odważną podróż. W związku z powyższym zobowiązany byłem pójść do tej dzielnicy pieszo i w skromnym ubraniu, bo ja generalnie skromny chłopak jestem. Poważnie pisząc uważam, że jeśli przestrzegamy zasad i praw miejsca, w którym jesteśmy, nie ma powodów do obaw. Naturalnie wszędzie możemy spotkać złych ludzi i spotkania te mogą prowadzić do konfliktowych sytuacji. Myślę też, że nie należy wyolbrzymiać i bać się nieznanego, bo tak rodzą się uprzedzenia, których tak dużo dziś w Polsce. Bez wątpienia jednak uważam, że jeśli odwiedzamy nowe miejsca, musimy uszanować lokalne prawo.

Muszę się też z Wami podzielić swoimi doświadczeniami i nie mogę przemilczeć jednej opowieści. Jednego razu, gdy przyleciałem w piątek pod wieczór do Tel Avivu i chciałem dotrzeć autem do wynajętego za pośrednictwem AIRBNB mieszkania mieszczącego się w ortodoksyjnej dzielnicy w Jerozolimie, napotkałem zablokowane ulice. Nie jeździły tutaj samochody podczas szabatu. Gdy okazało się, że nie było innej drogi dojazdowej i wjechałem na jedną z takich ulic – powiem Wam, że spojrzenia społeczności lokalnej były dość wymowne. Słyszałem nawet o przypadkach obrzucania aut kamieniami w analogicznych sytuacjach. Mnie na szczęście udało się tego uniknąć. Zapytacie, czy jestem członkiem klubu BDSM i lubię być bity i opluwany? Zdecydowanie nie, po prostu wynajmowany apartament mieścił się na obrzeżach tej dzielnicy, a w podziemiach budynku znajdował się parking, w którym chciałem zostawić auto.

Dziś z perspektywy czasu patrzę na to w ten sposób, że podróże kształcą i będę bogatszy o cenne doświadczenia. Trzeba mieć jednak świadomość, że w Me’a Sze’arim zdarzają się niebezpieczne zachowania i nieprzyjemne incydenty. Mieszkańcy potrafią reagować agresją na wszystko, co postrzegają jako zagrożenie dla swoich wartości. Dlatego po incydencie z autem uświadomiłem sobie, jak ważnym jest odpowiednie zachowywanie i uszanowanie zasad miejsca, w którym się znalazłem. To dopiero tego dnia dotarło do mnie jak ważna jest swoista adaptacja do tej części świata.

C jak ciekawa historia dzielnicy

Dzielnica Me’a Sze’arim została założona w 1874 jako jedno z pierwszych osiedli żydowskich poza murami Starego Miasta. Założyli ją Żydzi ze spółdzielni budowlanej, którzy chcieli przenieść się tu z przeludnionego Starego Miasta.

Początkowo dzielnica była otoczona murem z zamykanymi co wieczór bramami. Obecnie pozbawiona jest otaczającego muru, ale nadal stanowi swoistą enklawę w Jerozolimie. Należy o tym pamiętać wybierając się tutaj. Z uwagi na to, że zewnętrzna technologia powinna zdaniem sporej części tutejszej społeczności zostać za ich drzwiami, trudno jest organizować tu sesje zdjęciowe, kręcić filmy. Jeśli się na to zdecydujecie bądźcie dyskretni i niezauważalni.

Zrozumieć trzeba, że w miejscach nieskażonych wręcz postępem technicznym, zawsze obwieszeni elektroniką będziecie postrzegani jak pasujące gówno do kadzi z ponczem. Przybywając tu pamiętajcie, że dzielnica ta to nie atrakcja turystyczna, ale prosperującą część miasta z często ultraortodoksyjną społecznością.

Podsumowanie

Moim zdaniem, gdy znajdziecie się w tym miejscu, traficie do najbardziej ideologicznie wyjątkowej dzielnicy dzisiejszej zachodniej Jerozolimy. Gdy zdecydujecie się odwiedzić to miejsce pamiętajcie, że należy podróżować w grupach nie większych niż trzy lub cztery osoby. Zgodnie z opublikowanymi znakami oczywiste grupy turystyczne “poważnie obrażają mieszkańców”. Zadbajcie też o skromny strój, kobiety warto by miały założone ubranie o ciemnych, konserwatywnych kolorach (futra z norek, różowe kozaczki i seksowne sukienki mini nie są najlepszym pomysłem). W dobrym tonie są tu długie rękawy i długie spódnice. Podobnie mężczyźni powinni zakrywać głowy kippami (jarmułkami). Pamiętajcie również, że jeśli nie należycie do tej zwartej społeczności, odczuwać możecie dyskomfort, że tu nie pasujecie. To m.in. dlatego te drobne elementy strojów znacznie ułatwią zacieranie tych różnic i poprawią ogólne samopoczucie. Wiedzcie też, że dla bardziej ortodoksyjnej części mieszkańców nawet rozmowy telefoniczne nie są tu mile widziane. Podobnie z resztą i patrzenie w smartfon budzić może nieufne spojrzenia. Nie oznacza to jednak, że sami mieszkańcy nie mają telefonów. Często posiadają, tylko są one koszerne – nie wyślesz z nich smsa lub nie poserfujesz dowolnie po internecie.

Gdy spytacie mnie dlaczego warto tu przyjść? Odpowiedź jest prosta. Można znaleźć tu oryginalne przedmioty i pyszne tradycyjne wypieki, ale przede wszystkim by poczuć ten unikatowy klimat. To świat zaniedbanych warsztatów, ciekawych rzemieślników w fartuchach, sklepików z tradycyjnym asortymentem rytualnych mykw i intrygujących synagog. To tutaj smartfon, komputer, telewizor, mikrofalówka, należą do tylko części z listy sprzętów, których istnienia się nie toleruje. Choć w najbliższym sąsiedztwie rozpościera się jeden z najbardziej rozwiniętych technologicznie krajów świata, tutaj tego nie widać. Bez wątpienia pachnie tu koszernym jedzeniem i nie jest tak szaro i brzydko, jak twierdzą niektórzy.

Dzielnica ortodoksyjnych Żydów w Jerozolimie to bezsprzecznie jedno z miejsc, które warto odwiedzić przed śmiercią. To tu czas zatrzymał się i nie bardzo chce ruszać dalej. Ja niestety tu nie zostanę, czekają na mnie kolejne podróże, na które czekacie i Wy. Jednak smak i zapach tutejszego chleba zostanie ze mną na zawsze. Pakuję więc swój plecak i ruszam w kolejną, mam nadzieję, że równie ekscytującą podróż.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Aga i Adam, Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka – Dziękuję Wam.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM



#Izrael #Me’a Sze’arim
#Blog Podróżniczy #Patronite #Travel

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Izrael | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Lublin| Fotograf Warszawa | Fotograf Izrael | Jerozolima| Fotograf Me’a Sze’arim | Fotograf Polska | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Co warto zobaczyć w Izraelu | Zwiedzanie Me’a Sze’arim | Izreal zwiedzanie | Izrael atrakcje | Izrael co zobaczyć | Izrael zwiedzanie | Trip | Atrakcje Izrael| Me’a Sze’arim co warto zobaczyć | Co warto zobaczyć w Me’a Sze’arim | Zwiedzanie Me’a Sze’arim | Traveler | Wycieczki po świecie | Trip | Turysta |Me’a Sze’arim 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Popeye Village

ABC o wiosce Popeye’a
Dziś zabieram Was w podróż do świata bajek. Czas na wyprawę do jednej z głównych atrakcji turystycznych na Malcie. Spodoba się tu wszystkim młodym wiekiem lub młodym duchem, a na pewno zadowolona będzie każda fanka czy fan tego umięśnionego jednookiego żeglarza, który kocha szpinak niczym książe śpiącą królewnę przed pocałunkiem. Chociaż to ostatnie porównanie może nie jest najlepsze. Przecież gdyby ją ten książe kochał to tak naprawdę, dałby jej pospać. Dzięki temu sam czar by tak szybko nie prysł. Zostawmy te dywagacje i tę bajkę w spokoju i wróćmy do Popeye’a – bo to on jest głównym bohaterem dzisiejszej wyprawy. Tzn. zaraz za mną, najważniejszym. Jeśli jesteście gotowi choć na chwilę wirtualnie wylecieć się z Polski, w której żyje się przecież wszystkim jak w bajce, to ruszajmy na Maltę. 

A jak atrakcje

Przyznam Wam na starcie,  że dziś będzie nas czekać iście oniryczna wyprawa. Sugeruję na początek rozluźnić kucyki i się nie spinać. W tym miejscu czeka Was moc atrakcji, niczym z kolejnej konferencji premiera. Nie wiecie ani czym, ani  w którym momencie Was mogą tu zaskoczyć. Zwiedzanie rozpoczynamy od wejścia do bajkowej wioski. Na pierwszy rzut oka widzę małe, intensywnie kolorowe domki. Krzywe dachy i krzywe ściany. Budowlańcy chyba pracowali tu na nieustającej bombie, ale jedno jest pewne, finalnie wyszło to wszystko krzywe lecz urokliwe. Zdradzę Wam, że po drodze tutaj spotkałem prawdziwych szaleńców. Pędzili tu na złamanie karku i wbrew rozsądkowi i co gorsza czasem naprawdę trudno było ich wyprzedzić mimo, że mieli średnio 5 lat. W końcu mogłem porywalizować z kimś jak równy z równym w pogoni do tutejszych atrakcji. 

Choć obiecałem sobie, że to co wydarzy się w wiosce, zostaje w wiosce, to zdradzę Wam kilka informacji. Po ulicach przechadza się tu Popeye z fajką w ustach, za którym podąża wierna, choć jak się okazało w wiosce, zdania na ten temat są podzielone, jego ukochana Olive Oyl. Jedno jest tu pewne: kłody pni drzew z Holandii, drewno na dachy z Kanady, osiem ton gwoździ i dwa tysiące galonów farby, 165 budowlańców, około 7 miesięcy oraz niezliczone ilości alkoholu potrzebowano, by powstała ta pełna atrakcji wioska Popeye’a. Najlepiej oceńcie sami jak wyszło.

Zatem jak już tu jesteśmy zerknijmy z bliska na te wszystkie atrakcje. To tu możemy oglądać ostre jak cień mgły filmy z mini sali kinowej. Bez limitu można też wydawać pieniądze w sklepikach z pamiątkami czy zwiedzać małe muzeum komiksów. Znajdziecie w nim ponad 200 komiksów z lat 60-tych, 70-tych i 80-tych. To istny raj dla koneserów historii rysunkowych. Co jakiś czas odbywają się również różne pokazy i teatrzyki kukiełkowe. 

Warto podkreślić, że wioska leży w niezwykle urokliwej zatoce. Szmaragdowa woda, otoczona wysokimi klifami to idealne miejsce do pływania czy nurkowania. W wodzie samej zatoki Anchor Bay znajduje się nadmuchiwany tor przeszkód z różnymi bajerami dla dzieci, które będą nimi zachwycone. By zadowolić dorosłych warto wybrać się do winiarni, w której raczyć się można smacznymi koktajlami, dobrymi przekąskami i oczywiście ładnym widokiem na morze z tarasu.

Dodatkowo organizowane są tu różnego rodzaju imprezy dla dzieci, np. Halloween (choć wyjątkowo w tym roku z powodu COVID-19 odwołano). Dla tych, którzy wysyłają pocztówki, obowiązkowym punktem jest odwiedzenie lokalnej poczty. Można z niej nadać pamiątkową kartkę w każdy zakątek świata, co więcej chętni mogą nawet wziąć tutaj ślub w tej bajkowej scenerii lub popływać tutejszą łodzią i to jeszcze nie wszystkie atrakcje, które ukryte zostały na poniższej mapie wioski.

B jak bilety

Wstęp do wioski jest płatny i wcale nie jest tani. Ceny też uzależnione są od pory roku i wahają się w granicach 9 – 15 Euro dla osób dorosłych i 9 – 12 Euro dla dzieci. Myślę, że jeśli wybieracie się na Maltę z dziećmi, to właśnie dla nich warto to miejsce odwiedzić. Dzieci poniżej 3 roku życia mogą korzystać z atrakcji Popeye Village za darmo. Można tu spędzić miło czas przez prawie cały dzień. Na brak nudy dzieci narzekać nie będą i zapewne za szybko tego miejsca nie będą chciały dobrowolnie opuścić. Dla mnie osobiście była to podróż do nierealnego świata rodem z bajek Disneya. Tutaj właśnie można tego doświadczyć i to bez żadnych dopalaczy.

Warto zaznaczyć, że np. w cenie biletu można także przepłynąć się łodzią po krystalicznych wodach zatoki. Rejs kilkunastoosobową łodzią trwa krótko, bo około 15 minut, ale nie pobierana jest za niego dodatkowa opłata. Podczas rejsów można fotografować i podziwiać kolorową Popeye Village z nieco innej perspektywy. Jeśli chodzi o pozostałe ceny więcej będzie za chwilę pod literą C naszej wyprawy, także cierpliwości. Musicie wiedzieć, że bilet obejmuje m.in. wejście na plan filmowy Popeye’a oraz programy animacyjne. Macie też możliwość wejścia do Muzeum Komiksu Popeye’a oraz do kina (na 15-minutowy dokument planu filmowego). Daje on również możliwość skorzystania z pola do minigolfa. W cenie jest również przekąska lub napój i możliwość wysłania jednej pocztówki.

 C jak ciekawostki i pozostałe ceny

Jakie są godziny otwarcia?

Ceny czy właśnie godziny otwarcia warto sprawdzać na stronie internetowej www.popeyemalta.com gdyż ulegają zmianom. W okresie zimowym, czyli wtedy kiedy ja tu dotarłem obiekt był czynny w godzinach 9:30 – 16:30, natomiast w sezonie można bawić się tam o godzinę dłużej.

Jak dotrzeć do Popeye Village?

Dla tych co chcą dojechać do Popeye Village transportem publicznym – można dojechać z niektórych miast np. z Valletty autobusami nr 41, 42. Ze Sliemy natomiast kursuje tam autobus nr 222. Można tu też dojechać autobusem nr 237 z przystanku Ghadira (Mellieha Bay). Docelowy przystanek autobusowy znajduje się obok wioski. Dla podróżujących autem podam Wam namiary GPS do nawigacji:  N: 35°57’39.05″, E: 14°20’28.68″. Na plan filmowy można również dopłynąć łodzią. Jednak obok dojazdu taksówką jest to najdroższa z opcji. Jeśli chce się zaoszczędzić, zawsze można też próbować łapać autostop.

Czy jest w pobliżu parking?

Obok wioski znajdziecie wiele miejsc parkingowych i co ważne sam parking jest przystosowany dla wózków inwalidzkich. Aby dotrzeć na parking najlepiej jechać w kierunku Mellieha i kierować się znakami na Anchor Bay i Popeye Village. W pobliżu recepcji wioski z łatwością znajdziecie żwirowy parking, a dojście do wioski to dosłownie kilka czy kilkanaście metrów spaceru, skoro ja dałem radę to i wy nie zabłądzicie.

Ceny, czyli z jakimi kosztami trzeba się tu jeszcze liczyć?

Na terenie wioski dostępne są knajpki. Cena piwa to 5 euro, a hot doga 7,50 euro. Naturalnie można zabrać ze sobą, własne jedzenie. Nie ma natomiast dodatkowych opłat za możliwość korzystania z leżaków i parasoli na plaży.

Po co zbudowano tą wioskę?

Powstała jako plan filmowy w Anchor Bay około 1979 roku, a w roku 1980 główną rolę Popeya zagrał tam sam Robin Wiliams, który niczym superbohater walczył ze złem, jak nasz dzielny rząd z COVID-19. Szkoda tylko, że niektórym w tej walce brakuje nieustannie szpinaku. Reżyserem filmu był Robert Altman i to on wówczas niczym dziś nasz premier wierzył w sukces podejmowanych działań, a że wyszło jak zwykle… Nawet jeż może się pomylić, gdy wejdzie na szczotkę ryżową. Z resztą działania ws wyborów podejmowane przez Jaco Sassine ewidentnie pokazały, że nie wszystkie zainwestowane pieniądze zwracają się z nawiązką, a demokracja niczym dobra bajka, musi kosztować. 

Podsumowanie

Kończąc dzisiejszą podróż, chcę byście pamiętali, że wyprawy ze mną to nie tylko jazda bez trzymanki tyłem na jednorożcach. To również nie zawsze czmychanie na hipopotamach w błocie lub i nie galop na nosorożcach lub nie zawsze smyranie po brzuszkach orangutanów. Czasem musi przyjść również refleksja i odrobina oniryzmu czy sarkazmu, nawet będąc w wiosce jednej z ulubionych postaci z bajki. Musicie wiedzieć jednak, że patrząc na otaczającą nas rzeczywistość, nawet i mi nie zawsze chce się już żartować. Jak patrzę na to co dzieje się w kraju, nie wiem gdzie i co jeszcze jest żartem, a co już nim nie jest. Niemniej jednak chciałbym, by ta filmowa podróż w czasie, dała Wam nadzieję, że jeszcze będzie normalnie. Tego sobie i Wam życzę. Do następnej wyprawy, choć po ostatniej konferencji premiera, może być trudno. Mam nieodparte wrażenie, że podróżnicy będą niebawem na tej samej rządowej liście co gwałciciele, mordercy, lgbt i leniwi lekarze oraz mięso w parówkach po 4,99 PLN za kilogram – najgorsze zło tego kraju, ale dla jasności – parówki dodałem od siebie. Chciałbym, aby ten blog nie stał się bezużyteczny. Zawsze po prostu może służyć, jako zły przykład. Trzymajcie się zdrowo. Cześć.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Aga i Adam, Kubuś Puchatek oraz Tygrysek od Puchatka.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM



#Malta #Popeye Village
#Blog Podróżniczy #Patronite #Travel

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Malta | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Lublin| Fotograf Warszawa | Fotograf Malta | Popeye Village| Fotograf Popeye Village | Fotograf Polska | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Traveling| Blog podróżniczy| Podróżowanie| kraj tulipanów | Co warto zobaczyć  na Malcie| Zwiedzanie Malty | Malta zwiedzanie | Malta atrakcje | Holandie co zobaczyć | Wioska Popeye’a | zwiedzanie | Malta atrakcje | Atrakcje Popeye Village| Popeye Village co warto zobaczyć | Co warto zobaczyć na Malcie | Zwiedzanie Malty | Traveler | Wycieczki po świecie | Trip | Turysta |Malta travel 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020