Zabieram Was do Holandii. Dziś poznacie moje subiektywne ABC na temat Zaanse Schans, który znajduje się w regionie Zaan. Zachowała się tu zarówno kolekcja starych wiatraków, ale i klimatycznych domków. Być może niektórych zaskoczę, ale Zaanse Schans jest jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Holandii, którą moim zdaniem zdecydowanie warto zobaczyć. Ruszamy zatem do prowincji Holandia Północna, by odkryć jeden z najbardziej malowniczych regionów Holandii, w którym pachnie o dziwo nie ziołami, a aromatyczną czekoladą. Wyprawę po skansenie rozpoczynam, od wizyty w Laboratorium Kakao, w którym można samemu przyrządzić ten pyszny i aromatyczny czekoladowy napój i to wedle własnych preferencji.
Z kubkiem wyśmienitej czekolady w ręku wyruszam w drogę, by eksplorować ten sielski teren. Piękny krajobraz, drewniane domki i majestatyczne wiatraki wznoszące się nad miastem, wzdłuż leniwie płynącej rzeki Zaan – to wszystko, mimo fatalnej pogody, która mnie tu zastała i tak zapiera dech w piersi. Mam nieodparte wrażenie, że to co tu spotykam, jest kwintesencją oddającą holenderski klimat pozornej beztroski. Jesteście ciekawi jakie atrakcje tu na Was czekają? Mimo niesprzyjającej pogody, która mnie zastała zapraszam na spacer online do miejsca, które w ciągu roku odwiedza ponad milion turystów.

A jak atrakcje
Na start skupmy się może na głównych atrakcjach, które tu spotkam, ale zacznijmy od początku, czyli skąd, kiedy i po co znalazły się tu wiatraki? Aby pozwolić na zachowanie unikalnego holenderskiego dziedzictwa, pomysłodawca skansenu, architekt Jaap Schipper, zadbał o zwiezienie wielu unikatowych budynków z całego regionu w jedno miejsce. Sami zobaczcie i oceńcie czy idea ta była słuszna. Miejcie na uwadze, że siła tego regionu wiązała się właśnie z wiatrem i to on napędzał fabryki oraz tutejsze zakłady pracy. Produkowano w nich wiele najróżniejszych produktów. Wytwarzano tu m.in. deski, papier, pigmenty do farb, ale i olej czy włókna. W niektórych zakładach produkowano żywność np. musztardę oraz przetwarzano kakao. Większość produktów była rozsyłana na cały świat z holenderskich portów, a dynamiczny rozwój przemysłu pozwolił rozwinąć się wówczas Holandii do poziomu światowej potęgi morskiej oraz handlowej.
Kiedy zapotrzebowanie na wiatraki zmniejszyła rewolucja przemysłowa, wiatraki stopniowo przestały być wykorzystywane. Wiele z nich zdemontowano, a pomimo, że region jest obecnie nadal znacznie uprzemysłowiony, to jednak energię czerpie z nowoczesnych źródeł energii. Niestety w związku z tym wiele przykładów unikalnej zabudowy przepadło, tym bardziej moim zdaniem, cennym posunięciem była realizacja pomysłu Schipper’a.
Jeśli więc chcecie przyjechać, by przenieść się w czasie i zobaczyć widoki idealne jak z pocztówki z XVIII i XIX-wiecznej Holandii, to koniecznie musicie tu zawitać. Regionem tym inspirował się m.in. Claude Monet, który spędził tu kilka miesięcy swojego życia, a w tym czasie namalował aż 24 obrazy. Jeden z nich można podziwiać w pobliskim Zaans Museum. Jeśli chcecie podobnie jak on zainspirować się lub poznać historię regionu Zaan, to pomału planujcie swój wyjazd do Zaanse Schaans, które jest miejscem szczególnie urokliwym.


B jak budynki
Zapytacie co potrafi mnie tak oczarować? Osobiście do gustu przypadł mi widok na panoramę wiatraków, które rozrzucone są na długości około kilometra wzdłuż rzeki Zaan. Pozostałe budynki skupiono na niewielkim obszarze, dlatego w sezonie przygotujcie się na tłumy turystów. Ja mimo deszczowej pogody i dotarcia tu poza sezonem też musiałem się uzbroić w cierpliwość, by wykonać kilka ujęć bez zbędnych turystów w kadrze. Strach jest pomyśleć, co dzieje się tu latem. Zostawmy te zmartwienia na później i przejdźmy lepiej do zabudowań. W budynkach rzemieślniczych dowiemy się w jaki sposób wytwarzane były produkty związane z regionem. Wewnątrz nich możemy zwykle też zakupić pamiątkowe produkty. Natomiast jeśli chodzi o tutejszą architekturę wyszczególnić trzeba m.in wiatraki.




De Kat (Kot) – w tym wiatraku przenosimy się do świata kolorów. Jednym z ciekawych zastosowań wiatraków było wytwarzanie pigmentu, wykorzystywanych następnie przy tworzeniu farb i miejsce to jest tego najlepszym dowodem. Dodatkowo ciekawą atrakcją jest możliwość wejścia na tutejszy taras.


De Gekroonde Poelenburg (Ukoronowany Poelenburg) – to wiatrak tartaczny.

Kolejny wiatrak pozbawiony został skrzydeł. De Os (Wół), bo o nim mowa, pochodzi z 1663 roku i wówczas produkowano w nim olej. Jest jednym z najstarszych młynów przemysłowych, jakie kiedykolwiek zbudowano w rejonie Zaan. W 1916 r. zdemontowano mu skrzydła i podłączono go do silnika, dzięki czemu przepracował jeszcze kilkanaście lat. Następnie Wół przekształcony został w magazyn.

Tuż za nim znajduje się Het Klaverblad (Liść Koniczyny). To niewielki, ale bardzo urokliwy wiatrak tartaczny.


Większą uwagę skupił na mnie kolejny – De Bonte Hen (Kolorowa Kura). To wiatrak uważany za szczęśliwy wiatrak. Przetrwał bez szwanku co najmniej kilkukrotne uderzenie pioruna. To kolejny ośmiokątny wiatrak, w którym wytwarzano olej. Mając na względzie jego wiek oraz to co przeszedł, zasługuje na uznanie, bo on sam pochodzi z 1693 roku.








Het Jonge Schaap (Młoda owca) to tartak. W środku dowiecie się w jaki sposób działały tartaki napędzane siłą wiatru. Dzięki nim Holendrzy mogli szybko produkować deski potrzebne do budowy statków oraz domów, z których większość była drewniana i finalnie stać się ówczesną potęgą na arenie międzynarodowej.



De Zoeker (Poszukiwacz) – jeden z najstarszych wiatraków. W przeszłości wytwarzano tu olej, mielono przyprawy, przetwarzano kakao czy pigment. Uważa się jednak, że początkowo konstrukcja służyła do osuszania terenu.

Innym z wiatraków jest De Huisman (Gospodarz), gdzie w przeszłości produkowano musztardę i mielono przyprawy. Dzisiejsza struktura wiatraka składa się z dwóch połączonych budynków. Górną część oryginalnego wiatraka ustawiono na budynku magazynu, w którym dziś mieści się sklep i wystawa. Możemy tu skosztować lub powąchać różnych, w tym bardzo egzotycznych przypraw.

Trzeba podkreślić, że nie samymi wiatrakami żyje ten skansen.
Dodatkowo znajdziemy tu i inne ciekawe zabudowania do których należą:
Farma serowa – replika oryginalnej farmy Catharina Hoevez 1750 roku. W środku możemy zobaczyć prezentację o tworzeniu sera oraz skosztować wielu serów w najróżniejszych smakach. Jeśli któryś nam posmakuje możemy zakupić większy okrągły kawałek.



Beczkarnia Tiemstra’y – w środku zobaczymy i poznamy sposób tworzenia drewnianych beczek.

Piekarnia z muzeum – w jednym z pomieszczeń w budynku piekarni znajduje się małe muzeum z narzędziami oraz eksponatami związanymi z wypiekami.


Pawilon Verkade – to największa firma w regionie produkująca słodycze m.in. ciastka i czekoladę. Na miejscu zobaczymy w jaki sposób produkowana jest czekolada oraz dowiemy się kilku ciekawostek o wytwarzaniu słodyczy.

Muzeum sklep Albert Heijn – w tym małym budynku znajdziemy wyposażenie z pierwszego sklepu Alberta Heijna. Oryginalne wagi, pojemniki i inne stare przedmioty, pozwolą nam zobaczyć jak małe sklepy wyglądały w przeszłości. Napijemy się tu też kawy lub zakupimy coś słodkiego.

Muzeum Czasu (Zaan Time Museum) – muzeum poświęcone historycznym zegarom. Wiele z nich to dzieła sztuki, wszystkie działają. Muzeum nie jest duże. W trzech pomieszczeniach zawarto unikatowe zegary najwyższej klasy.
Jednym z najbardziej interesujących dla mnie budynków jest tam budynek rzemiosła słynnych drewnianych butów (Clog). W środku znajduje się muzeum, gdzie zobaczymy ogrom różnych butów – w tym np. buty ślubne, a najstarszy znajdujący się tam but ma niemal 300 lat.







C jak ceny
Na koniec jak już wiemy co i gdzie, to pozostało ustalić za ile. Wejście na teren Zaanse Schans jest darmowe, ale musimy liczyć się z pewnymi kosztami. Bez opłat możemy wejść do budynków rzemieślniczych oraz sklepów. Płatne są już natomiast znajdujące się tu wiatraki i muzea czy miejsca parkingowe. Koszt za cały dzień parkowania to 10€. Wejście do jednego z płatnych wiatraków wynosi 4€, dzieci do 6 lat wchodzą za darmo, natomiast od 6 do 12 lat za połowę ceny normalnego biletu, czyli za 2€. Pamiętajcie, że ceny się zmieniają, więc warto je sprawdzać na oficjalnej stronie Zaanse Schans. Za zwiedzanie Muzeum (Pawiolon) osoba dorosła zapłaci 9€, dzieci do 4 roku życia pod opieką osoby dorosłej wejdą tu za darmo, natomiast dzieci od 4 do 7 roku życia zapłacą 5€. Natomiast bilety do Muzeum zegarów osoby dorosłe kosztują 10€, za dzieci do 12 roku życia zapłacimy 5 euro, uczniowie i studenci zapłacą natomiast 7 euro. Do tradycyjnych sklepów, piekarni, destylarni, mleczarni, warsztatu stolarza czy herbaciarni wejdziecie za darmo. Jak już zmęczycie się spacerami, polecam też wybrać się na tutejsze specjały. Ceny są dość przystępne – szczególnie, że będziemy mogli tu skosztować różnych lokalnych i unikatowych produktów. Do dziś pamiętam smak i zapach pysznych holenderskich karmelowych wafli. Musicie pamiętać, że nie samymi ziołami pachnie Holandia 😉

Jeśli zapomnicie o wygodnych butach, to alternatywnym sposobem na poznanie okolicy jest 45 minutowy rejs statkiem, podczas którego zobaczycie skansen z innej perspektywy. Rejsy odbywają się sezonowo od kwietnia do końca września. Cena dla osoby dorosłej to 7€, natomiast połowę tego zapłacicie za bilet dla dzieci do 12 lat. Istnieje też możliwość na krótszy kurs, czyli przepłynięcie na drugą stronę rzeki do Zaandijk, koszt kursu za 1€. Polecam Wam też kartę The Zaanse Schans Card. Warto sobie rozważyć jej kupno, bo jeśli planujecie spędzić tam skorzystać z większości atrakcji, to pozwoli Wam sporo zaoszczędzić. Koszt takiej karty to 15€, a 10€ dla dzieci w wieku 4-17 lat, dzieci poniżej 4 lat otrzymają ją gratis. W ramach karty otrzymujemy: darmowe wejście do Muzeum Zaanse i Muzeum Czasu oraz do jednego z wiatraków, a do pozostałych zniżkę -50%. Dodatkowo otrzymacie -30% zniżki na muzeum Honig Breethuis i -10% zniżki na zakupy powyżej 10€ w tutejszym sklepiku oraz rabat 2,50€ na całodniowy parking.

Innym rozwiązaniem na zwiedzenie holenderskich muzeów jest karta Museumkaart. Pozwala ona na wejście do Muzeum Zaanse, Muzeum Zegarów czy muzeum Honig Breethuis. Niestety, z kartą muzealną nie wejdziemy do żadnego z wiatraków w Zaanse Schans. Karta ta pozwala na zwiedzenie w Holandii ponad 400 różnych muzealnych placówek. Dzięki niej przekonacie się, że ten kraj to nie tylko tulipany, rowery, sery, drewniane saboty czy Wiatraki, które są dziś bez wątpienia wizytówką Holandii.






![]()
Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje WYPRAWY
Zajrzyj po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM
Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u
Zostań moim PATRONEM
#Co warto zobaczyć w Holandii #Zaanse Schans #Holandia #Co warto zobaczyć w Zaanse Schans
Fotograf Lublin | Holandia | Warszawa| Lublin| Fotografia Ślubna | Fotografia | Podróże | Travel | Zdjęcia Ślubne | Fotograf Lublin | Fotograf Warszawa | Fotograf Płock | Fotografia Ślubna Lublin | Fotografia Ślubna Warszawa | Fotografia Ślubna Płock | Fotografia Biznesowa | Fotografia Okolicznościowa | Fotografia Reklamowa | Fotografia Wnętrz i Budynków | Fotografia Dziecięca | Fotografia Rodzinna | Fotografia Aktu | Fotografia Koncertowa | Blog podróżniczy | Renowacja Zdjęć | Zaanse Schans
Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020








Reasumując moje ABC na temat koronawirusa, pamiętajcie, że bardzo ważny jest zdrowy rozsądek. Nie mówcie nie planowanym podróżom do miejsc gdzie nie stwierdzono przypadków zachorowań, ale mocno zastanówcie się nad wyprawami do państw, gdzie znajdują się ogniska epidemii. Ja zdecydowanie taką podróż bym odwołał. Koniecznie odżywiajcie się zdrowo uzupełniajcie suplementy i budujcie odporność. Nie zaszkodzi tran, witamina C i częste i higieniczne mycie rąk, przemywanie twarzy, trzymajcie się ciepło, byle nie za oczy czy usta. Uśmiechajcie się dużo i jeszcze więcej śmiejcie, bo śmiech to zdrowie. Można żartować np. z memów o koronawirusie, ale nigdy go nie lekceważcie.























Kombinacja kryształów soli i olejków nadaje z jednej strony skórze młodszy wygląd, łagodnie usuwając z jej powierzchni obumarłe komórki. Peeling z zastosowaniem soli z Morza Martwego oczyszcza pory i przyspiesza krążenie krwi. Sól doskonale nadaje się również do leczenia łupieżu skóry głowy. Należy jednak bardzo uważać na oczy, gdyż w kontakcie z tą częścią ciała, może być mało przyjemnie, a czasem nawet niebezpieczne. Podobnie nie polecam korzystania z Morza Martwego zaraz po depilacji czy goleniu, ze zrozumiałych względów. Nie polecam również zachłysnąć się tą wodą, ale to już kto co lubi, bo przecież są różne fantazje i fetysze. Nie oceniam, szanuję 😉















































Dziś w ostatnim dniu 2019 roku zabieram Was na wyjątkową wyprawę. Chcę pokazać Wam perłę Zachodniego Brzegu Jordanu i chyba nawet całej Palestyny. Zakładamy wygodne kapcie i zamiast osiołka dosiądźcie wygodnie Wasze komputerowe myszy, bo ruszamy na wyprawę, by poznać dość subiektywne abc o Betlejem, czyli mieście w którym narodziło się chrześcijaństwo. Postaram się dziś Wam zdradzić, co warto tu zobaczyć, co zjeść, gdzie kupić pamiątki i ile to wszystko mniej więcej będzie kosztowało. Betlejem jest chyba jedynym miastem Autonomii Palestyńskiej, które jest znane szerzej turystom, dlatego bez obaw możecie ze mną wyruszyć w tą wyprawę. To co, gotowi? Startujemy więc do miasta bardzo życzliwych ludzi. Gdyż już na starcie musicie wiedzieć, że w Betlejem naprawdę lubią Polaków i rozpoznają nas bez problemu, a cenię ich, że nie mylą nas z Rosjanami, co często zdarza się wielu Polakom w Izraelu.
Chyba każdy kto dociera do Betlejem zawita do Bazyliki Narodzenia Pańskiego (Church of Nativity) – to pierwszy kościół chrześcijański, jaki wybudowano na terenie tego miasta i jeden z najstarszych kościołów na świecie. Bazylika ta powstała na rozkaz cesarza Konstantyna Wielkiego. Wczesnochrześcijańska świątynia do dziś otwarta jest dla zwiedzających i pielgrzymów. Bazylika składa się z głównego kościoła z prawosławnym ołtarzem (niestety były powody do rozczarowań, ołtarz był w remoncie) oraz Groty Narodzenia, która znajduje się p




















Nie da się powiedzieć, że było się w Palestynie zwiedzając tylko katolickie kościoły. Wg mnie bardzo inspirująca jest również samo miasto. Kultura i dzielnice arabskie są nieodłącznym elementem, którego nie należy pominąć, gdy wybieramy się do Palestyny i nie można przejść obojętnie obok tej kuchni, muzyki i tych wyjątkowo życzliwych ludzi. Zapuszczając się w zatłoczone targowiska czy wchodząc do jednej z wielu restauracji, oferujących przepyszne falafele i inne dania kuchni bliskiego wschodu, możemy doświadczyć coś zupełnie innego niż w europejskich miastach. Dla mnie osobiście to doświadczenie jest wartością dodaną, z której należy czerpać jak najwięcej wyruszając właśnie w odległe miejsca. Samo miasteczko to już w zasadzie przedmieścia Jerozolimy. Moim zdaniem jest miejscem gwarnym, pełnym życia, z obfitującymi w smakołyki targowiskami, ale najbardziej urzekł mnie fakt, że spotykani tu przeze mnie ludzie byli bardzo sympatyczni. 










































J jak Józef Piłsudski


Budynek Muzeum Okręgowego, będący zarazem najstarszą zachowaną kamienicą w mieście, kryje w sobie zbiory archeologiczne, historyczne oraz etnograficzne. Muzeum posiada dwa oddziały: Sieradzki Park Etnograficzny (skansen) oraz Muzeum Walewskich w Tubądzinie prezentujące wnętrza dworskie z przełomu XIX i XX wieku. Samo Muzeum Okręgowe w Sieradzu powstało w 1937 r. Obecnie Muzeum Okręgowe posiada wystawy stałe z zakresu archeologii, historii, historii sztuki i etnografii, ale i posiada także bibliotekę naukową oraz organizuje i sprowadza liczne wystawy czasowe. 







W Sieradzu urodził się Marek Niedźwiedzki, dziennikarz muzyczny znany przede wszystkim jako prowadzący Listy Przebojów Programu III Polskiego Radia. Nie był jednak związany z samym Sieradzem. Swoje dzieciństwo spędził w Szadku. Następnie ukończył II Liceum Ogólnokształcące w Zduńskiej Woli, aby dalej kształcić się na Wydział Budownictwa Politechniki Łódzkiej. Z pośród znanych osób na świat w Sieradzu przyszedł również Zbigniew Lew-Starowicz, znany ekspert z zakresu seksuologii, czy też Magdalena Wasylik, aktorka i piosenkarka, znana m.in. z dubbingów bajki Świnka Peppa czy Kraina Lodu.

Prażucha to tutejszy przysmak – ziemniaki, które należy ugotować, a następnie wsypać do nich szklankę mąki, potem krótko dusić na małym ogniu. Po tym wszystkim należy całość odcedzić, a następnie utłuc na jednolitą masę. Podaje się je z podsmażoną na patelni, pokrojoną w kosteczkę cebulą, słoniną i boczkiem. Jeśli jeszcze tego nie jedliście, to koniecznie musicie spróbować. Tutejszym przysmakiem dla wielu jest też Piwo Sieradzkie. Mało kto wie, że: w 1876 r. Kajetan Trąbczyński wybudował i założył pierwszy Sieradzki Browar Parowy. Na swoją siedzibę wzniósł również w Sieradzu neobarokowy pałac. Niestety ten piękny zabytek nie przetrwał działań II wojny światowej. Samo Piwo Sieradzkie po różnych perypetiach przetrwało i jest dostępne w sklepach. Jeśli spytacie mnie jak smakuje odpowiem bardzo dyplomatycznie, że nie jestem piwoszem i pozostańmy przy tym, że na piwach się nie znam. Prażuchę natomiast polecam z całego serca i dziękuję Pawłowi za jej przygotowanie. Spytacie kim jest Paweł? To kolejna gościnna i życzliwa osoba z Sieradza, która pomogła mi w powstawaniu tego wpisu. Także raz jeszcze dzięki za wszystko. Sieradz to gościnne i otwarte na turystów miasto, więc warto je odwiedzić. 


































Nie byłbym sobą, gdybym na koniec nie wspomniał jeszcze o Żydach, którzy związani byli z Sieradzem od dawna. Pozostały po nich jednak bardzo nieliczne ślady czy pamiątki. Na przykład pozostałości po synagodze żydowskiej oraz mykwie. Tragiczny los spotkał ludność żydowską w okresie niemieckiej okupacji. Pod koniec lutego 1940 r. Niemcy utworzyli również w Sieradzu getto, gromadząc Żydów z miasta i okolicznych wiosek w małym kwartale ulic: Zamkowej, Sukienniczej, Żabiej i Wodnej. W sierpniu 1942 r. blisko 3 tysiące Żydów wypędzono z domów, stłoczono w sieradzkim klasztorze, a potem ciężarówkami wywieziono do Chełmna nad Nerem, gdzie dokonano ich zagłady. Pamiętajcie o tej historii, by nigdy się nie powtórzyła. Dziś trzeba nie zapominać o tych, którzy urodzili się w Sieradzu i są żydowskiego pochodzenia:
Maksymilian Fajans – litograf, cenionyfotograf i rysownik żydowskiego pochodzenia.









➡ Prosto z Argentyny ze swym 40-minutowym show z elementami teatru, żonglerki i chodzenia po taśmie, przyleciał do nas Marcos Masetti. Starał się zauroczyć niejedną Polkę podczas swojego “Darme Cuerda”. Ten zabawny dżentelmen zabrał mieszkańców Lublina do świata swoich totalnych wygłupów. Zaangażowanie do spektaklu publiczności było jego dużym atutem, szczególnie w kontekście wybuchowego finału.


Podczas Carnavalu zawsze trzeba wybrać się na Błonia pod Zamkiem, najlepiej wprost do Baru Żongler, który już od wielu wielu lat jest klubem festiwalowym dla wszystkich fanów Carnavalu Sztukmistrzów. W tym miejscu dba się nie tylko o coś dla ducha, ale i dla ciała. To m. in. dlatego nie mogło mnie tu zabraknąć 😉 Nieopodal klubu powstała strefa wysokich lotów, gdzie grawitacja nie miała aż tak wielkiego znaczenia. Oba miejsca zdecydowanie godne były uwagi. Kilka kroków dalej znalazła się też strefa chilloutu, zorganizowana przez jednego ze sponsorów imprezy. Na kilka słów uznania zasługują też wolontariusze, którzy rokrocznie wspierają swą aktywnością inicjatywę Carnavalu Sztukmistrzów. To dzięki Nim można było dowiedzieć się o pełnym programie imprezy, a przybywający do Lublina artyści, czuli się dobrze.
















