Witajcie, dziś czas na wyprawę do Końskowoli, odkryję przed Wami różane zagłębie, kilka lokalnych legend oraz zdradzę, gdzie zamiast lokalnej krowy, która zmieni zdanie, znalazłem uroczo słodkiego jednorożca. Także dziś kolejna podróż dla widzów o mocnych nerwach, bo tak słodko nie będzie przez całą wyprawę. Podłączcie się lepiej do cewników, bo startujemy. Ja za to zabieram z lokalnego sklepiku w drogę coś dla siebie, bo dziś potrzeba mi będzie sporo energii. Czasu na zobaczenie Końskowoli mam niewiele, a plany eksploracyjne są jak zawsze ambitne.


Warto jest wiedzieć, że Końskowola to dawne miasto, a obecnie osada o charakterze miejskim, która znajduje się w województwie lubelskim. Precyzyjnie ruszamy w podróż do powiatu puławskiego, gdzie swą siedzibę ma gmina Końskowola. Najlepiej z resztą zobaczcie sami na poniższej mapie, o jakim miejscu dokładnie jest mowa. Dzisiejsza wyprawa to trasa około 45 km od Lublina, która zajmie nam plus minus pół godzinki jazdy samochodem w jedną stronę. W Końskowoli znajduje się też przystanek kolejowy Pożóg na linii kolejowej Warszawa – Lublin – Dorohusk, także dojazd autem nie jest jedyną alternatywą. Co więcej z Lublina kursują tu również połączenia busami, więc jeśli tylko zechcecie wybrać się do miejscowości, to jest na to kilka sposobów. Osada ta znajduje się nad rzeką Kurówką, jednak kajakiem z lubelskiej Bystrzycy dopłynąć się tam nie da. Także wykluczyć możemy powiedzenie, że wszystkie drogi prowadzą do Końskowoli. Drogą wodną niestety nie da rady. Choć gdyby się uprzeć, wsadzić w busa kajak, przejechać w nim całą trasę, można by później wmawiać wszystkim, że ja do Końskowoli dotarłem z Lublina kajakiem, pytanie jest tylko zasadnicze – po co robić z siebie jeszcze większego wariata?

Zastanówmy się może lepiej nad tym, dlaczego warto jest tu się wybrać? Primo – zachował się tu m.in. dawny układ urbanistyczny: rynek, ratusz, dwa kościoły i zespół folwarczny. Secundo – południowa część gminy leży w obrębie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego i jego strefy ochronnej. Tereny te charakteryzują się znacznymi walorami krajobrazowymi i urozmaiconą rzeźbą terenu w postaci m.in. malowniczych wąwozów lessowych o stromych ścianach i wąskich dnach. Tertio jest tu ogrom szkółek drzew i krzewów, więc można chociażby przy okazji zrobić zakupy do ogrodu. Voto – ludzie są tu bardzo życzliwi, pozdrowienia dla Pani z jednej z tamtejszych szkółek drzew i krzewów. Dziękuję za miłą obsługę i rabat 😉 Powiem Wam, że można by wyliczać tak dalej w nieskończoność, zatem przejdźmy może od razu do atrakcji, które na nas tu czekają. Poznajcie moje ABC o Końskowoli. Ruszajmy w drogę szlakiem Renesansu Lubelskiego. Choć Końskowola swoją historią obdzielić by mogła co najmniej kilka miast. Ja postaram się Wam przybliżyć kilka legend i ciekawostek oraz wyjaśnić etymologię nazwy Końskowola. Czy miejscowość powstała, jak donosi jedna z legend, z woli rycerskiego konia, który właśnie tutaj zatrzymał się w podróży i mimo perswazji nie chciał dalej iść? Czy zgodnie z prawdą historyczną – od nazwiska Konińskich herbu Rawa, którzy w XIV w. zmienili nazwę istniejącej tutaj pierwotnie Woli Witowskiej na Wolę Konińską? To wszystko i jeszcze więcej, tylko u mnie i tylko dzisiaj, taka promocja kochani. Zacznijmy od tutejszych atrakcji.

A jak atrakcje turystyczne
W miejscowości Końskowola znajdziemy kilka zabytkowych obiektów. Jednym z nich jest renesansowy kościół szpitalny pw. św. Anny. Nie jest to jedyny tutejszy kościół, gdyż niedaleko niego znajdziemy XVI – wieczny zabytkowy Kościół Parafialny pw. Znalezienia Krzyża Św. i św. Andrzeja Apostoła z kryptami. Już widzę te uśmiechy na twarzach u nekrofili, którzy śledzą mój fanpage. Nie ma co, że tak powiem zgłębiać tematu. Wielu z Was może zainteresować bardziej XVI – wieczny Dwór Tęczyńskich, czy wybudowany w 1775 roku Ratusz, który w ostatnim czasie zupełnie odmienił swój pierwotny wygląd. Znajdziecie tu też folwark, oraz bardzo klimatyczny cmentarz ewangelicko – augsburski. Śmiało więc mogę przyznać, że każdy turystyczny zbok, czy zwyrol znajdzie tu coś dla siebie. Postaram się Wam pokazać ciekawą architekturę oraz sprawić byście poczuli, czym pachnie Końskowola. Ale może by zachować pewien porządek, postaram się w końcu usystematyzować te najważniejsze moim zdaniem atrakcje, żeby z tego całego bałaganu wycisnąć pewne piękno.



Kościół pw. św. Anny
Kościół ten pochodzi z 1613 roku. Choć jest niewielki, to z uwagi na swój urok, rzuca się w oczy każdemu, kto tylko przejeżdża przez Końskowolę. Wg mnie to najważniejszy punkt mojej dzisiejszej eksploracji. Jest to bowiem jedna z pierwszych świątyń zbudowanych w stylu renesansu lubelskiego, której szlakiem podążam. Pierwsza pisemna wzmianka o nim pochodzi już z 1549 roku. Był wtedy drewnianą kaplicą pod tym samym wezwaniem. Zdecydowanie warto jest tu przyjechać, chociażby dla zobaczenia samej tej budowli.



Kapliczka morowa
W pobliżu kościoła pw. św. Anny, na terenie dawnego cmentarza znajduje się kapliczka morowa wystawiona w 1892 r. podczas epidemii cholery.

Dwór Tęczyńskich
Naprzeciw wspomnianego kościółka św. Anny, na niewielkim wzniesieniu stoi piętrowy dom ze spiczastym, czterospadowym dachem. Jest nieco ukryty za znajdującą się tam roślinnością. Jest dość niepozorny i aż trudno sobie wyobrazić, że jego historia sięga pierwszej połowy XVI wieku. Pierwotnie jednak budynek ten wyglądał zgoła inaczej. Najprawdopodobniej pierwotny dwór został spalony w czasie potopu szwedzkiego, na szczęście finalnie budowlę odbudowano.

Kościół parafialny pw. Znalezienia Krzyża św. i św. Andrzeja Apostoła
Kościół parafialny w Końskowoli ufundowany został w połowie XVI w. przez Andrzeja Tęczyńskiego, ówczesnego wojewodę lubelskiego i kasztelana krakowskiego. Wcześniej w jego miejscu stał drewniany kościół p.w. Znalezienia Krzyża Świętego i szacuje się, że ten powstał w końcu XIV wieku. Następnie ulegał przebudowom. Oprócz samej świątyni na uwagę zasługuje też pomnik Vanitas z połowy XVI wieku. Dawny cmentarz przykościelny, upamiętniono tu pomnikami między innymi Franciszka Dionizego Kniaźnina oraz generała Józefa Orłowskiego, a sama świątynia skrywa również w swych podziemiach krypty, którymi zainteresują się nie tylko nekrofile.




Krypty
Gdy udamy się do krypt, możemy poczuć się jak w mauzoleum Rodziny Tęczyńskich. W krypcie pod kaplicą południową złożono ciało Zofii z Opalińskich Lubomirskiej – również i na jej sarkofagu wyryto herb Tęczyńskich, czyli topór. Ciekawostką jest to, że do chwili obecnej rozpoznano tam trzy systemy krypt. Pierwszy zlokalizowany jest pod ołtarzem głównym, gdzie pochowany został m.in. Franciszek Zabłocki. Krypta północna: wiadomo było o niej tyle, że znajduje się w niej pomnik symbolizujący Vanitas. Oprócz pomnika odnaleziono w niej liczne pochówki szlacheckie z XVIII wieku. Z sali tej wychodzą cztery wyjścia do kolejnych krypt lub korytarzy, z których trzy zostały zamurowane prawdopodobnie już w XVI i XVII wieku. Moim zdaniem miejsce to jest niezwykle klimatyczne i przez to interesujące. Krypty kryją bowiem wyjątkowej urody sarkofagi, a największym skarbem końskowolskiej fary wydaje się być wspomniany powyżej nagrobek Izabeli i Łukasza Opalińskich.

Ratusz
W pobliżu kościoła parafialnego znajduje się m.in. ratusz. Wybudowany został w 1775 r. z fundacji Aleksandra Augusta księcia Czartoryskiego we wczesnym stylu klasycystycznym, a obecnie został przebudowany i nadano mu inny kształt, dzięki czemu nabrał odmiennego charakteru. Jest głównym budynkiem świeckim kształtującym miejski układ przestrzenny Końskowoli. Na placu w pobliżu ratusza znajdziecie m.in. pomnik pamięci.



Pomnik pamięci
Pomnik poświęcony jest pamięci mieszkańców pomordowanych przez hitlerowców i poległych w latach 1939 – 1945. Pomnik stoi na rynku w Końskowoli. Jest to prostokątny postument z napisem upamiętniających pomordowanych. W górnej części postumentu na wystających płytach wykonane zostały płaskorzeźby żołnierzy podczas akcji bojowej. Cenne miejsce dla upamiętnienia smutnej historii miasta i kraju.



Żółty szlak rowerowy
Warto jest również przyjechać tu z rowerami. Końskowola należy do szlaku rowerowego, który ciągnie się prawie 30 km wzdłuż następujących miejscowości: Puławy – Osiny – Sielce – Końskowola – Młynki – Puławy. Szlak ten biegnie przez pola i lasy, z dala od większych skupisk ludzkich, co dodatkowo podnosi jego walor, a przez ponad połowę długości tej trasy przejedziecie nad rzeką Kurówką. Bardzo polecam wszystkim fanom pedałowania.

Cmentarz ewangelicko-augsburski
Czartoryscy, dbając o rozwój gospodarczy Końskowoli sprowadzili tu ok. 300 rzemieślników z Niemiec, głównie z Saksonii. Szkoda, że największą pamiątką po tej społeczności są pozostałości malowniczo położonego nad rzeką Kurówką cmentarza.



Folwark
Wśród zabytków końskowolskich ważne miejsce zajmują pozostałości dawnego folwarku. Z całą pewnością istniał on w miasteczku już za czasów Tęczyńskich, przez kolejnych właścicieli – Lubomirskich i Sieniawskich – był pieczołowicie rozbudowywany, ale swój rozkwit zawdzięcza Czartoryskim, którzy właśnie w Końskowoli ulokowali administrację swoich nadwiślańskich dóbr. Folwark w Końskowoli obejmował, oprócz pałacu ekonoma, także mieszkania urzędników, mieszkania oraz warsztaty rzemieślników kilkudziesięciu profesji, trzy browary, mielcach, gorzelnię, młyny, składy, spichlerz, stajnie i obory.

B jak bajeczne legendy
Kto z nas nie lubi legend? Bajeczki, ploteczki, dupeczki czy voodoo laleczki – tego również nie może zabraknąć i dziś na moim blogu. Jeśli Wasze respiratory nadal działają, to bądźcie szczęśliwi, gdyż za chwilę poznacie legendę nawiązującą do etymologii nazwy Końskowola. I choć wielu z Was może mieć już sprośne myśli. Ja jednak powiem Wam jak wyglądają tutejsze legendarne opowieści, w których wszystko zależało od woli koni. Poniżej prezentuję te, które udało mi się dla Was zdobyć:
LEGENDA O POWSTANIU WSI
Parny i duszny sierpniowy dzień, zmęczony całodzienną pracą chylił się ku zachodowi. Raz po raz spływały krótkie i przelotne deszcze, ożywiając roślinny świat. Słońce wychyliło się zza chmur oddając ostatni pokłon. Nadchodziła noc.
Czarna kobieta aksamitnym płaszczem okryła świat. Tego wieczoru, od strony Puław, jechała kareta ciągnięta przez cztery konie. Drewniane koła pojazdu głęboko wrzynały się w błoto. Konie, smagane ostrym deszczem, zmniejszały szybkość. W karecie dziedzic okrywał zmarzniętą, młodą i piękną jak róża żonę, przywołując do porządku woźnicę, który stracił panowanie nad końmi i zjechał na stary, zapomniany przez ludzi cmentarz.
Konie, szalejąc, ciągnęły karetę za sobą. Wreszcie stanęły jak wryte… Woźnica smagał je, batem daremnie usiłując zmusić do dalszej jazdy. Wystraszone rumaki stawały dęba, rżały cofając się w panice. Wokół szalała burza…Ziemię nawiedził silny grzmot. Zdawało się, iż opadną obłoki i cały świat runie.
Tu i ówdzie w pobliskie drzewa trafiały pioruny rozłupując je na drzazgi. Po godzinnym piekle, jakie sprawiła natura, powoli nastawała cisza. Ucichła burza i noc przybrała inną szatę. Na niebie ukazały się nieco przymglone gwiazdy.
Konie, które teraz poganiał dziedzic, raptownie szarpnęły i kareta obróciła się wokół własnej osi – konie chciały zawracać. Wówczas dreszcze lęku ogarnęły podróżnych – przypisując to mocy Bożej lub szatańskiej. Wiosną 1380 roku na tym cudownym miejscu stanęła kaplica a jej fundatorem był dziedzic Jan Koniński z Witowic.
Tu powstała więc wieś przyjmując nazwę Konińska Wola – od końskiej woli.
LEGENDA O JEŹDŹCU Z KOŃSKIEJ WOLI
Podanie ludowe głosi, iż przed wiekami, po groźnej i ulewnej burzy, zabłądził w puszczy możny pan – jeden z zaufanych doradców króla Bolesława Śmiałego. Kiedy na próżno usiłował znaleźć leśny dukt, zdał się na instynkt swojego wierzchowca.
Przestał nim kierować, jedynie klepnął zwierzę po karku i zagadał doń pieszczotliwie. Koń kluczył wśród zarośli, aż wreszcie zatrzymał się, zwiesił głowę, począł skubać trawę. Jeździec w żaden sposób nie mógł go zachęcić do dalszej drogi. I oto nagle ukazali się smolarze, którzy podprowadzili jeźdźca do leśnego traktu.
Wówczas jeździec zrozumiał, że uparta wola konia sprawiła, iż szczęśliwie odnalazł drogę w dzikiej kniei. A kiedy później opowiadał na królewskim dworze swoją przygodę, ten i ów żartując zaczął to miejsce nazywać końską wolą.
LEGENDA O KAWAŁKU DRZEWA Z KRZYŻA ŚWIĘTEGO W KOŃSKOWOLI
Niech tam sobie mędrcy wywodzą swoją naukową teorię na temat powstania Końskowoli. Twierdzą, że powstała ze starej osady o nazwie Wola Witowska i od nazwiska właścicieli okolicznych dóbr. Ale stara legenda głosi inaczej.
Przed wiekami przez miejscowość położoną nad rzeką Kurówką prowadził znaczny szlak handlowy. Podobno była to droga łącząca Ruś Kijowską z Rzymem. Trakt jak trakt. W jednym miejscu droga była dobrze ubita, w innym błotnista. W dolinie Kurówki, w miejscu gdzie gościniec prawie dotykał rzeki, bagnisko było rozległe. I nawet latem, jeśli deszcze popadały, trudno było przejechać.
Błoto przelewało się przez koła, a koniom sięgało po brzuchy. Konie się buntowały i stawały dęba. Nawet batożenie nie pomagało. Ani nawet popychanie wozów przez unurzanych w szarej mazi pachołków. Cały tabor stał w miejscu. Miejsce to rychło stało się znane wszystkim przewoźnikom. Mówili, że jest to miejsce gdzie od końskiej woli zależy czy się pojedzie czy nie.
Na tym nie koniec. Pewnego razu taborem, z Ziemi Świętej, wieziono relikwie – kawałek drzewa z Krzyża Świętego. Konie stanęły. I choć tym razem błota było nawet mniej niż innymi razy, nie chciały ruszyć. Domyślano się, że przez konie przemawia Wyższa Siła.
Uszczknięto więc skrawek relikwii i pozostawiono, a miejscowa ludność postanowiła wybudować na tym miejscu kościół. Konie ruszyły od razu, jakby wcale nie były zmęczone. Stąd Końskowola, a w niej Kościół pod wezwaniem Znalezienia Krzyż Świętego.
LEGENDA O DIABELSKIM PODRZUTKU Z KOŃSKOWOLI
Było to dawno, dawno temu, w czasach, gdy diabły lubiły podmieniać ludziom dzieci. Pewna wieśniaczka zabrała w pole niemowlę. Zajęta pracą, na chwilę straciła je z oczu,a kiedy zaczęło płakać, poszła sprawdzić co się dzieje. Widok ją przeraził, bo zamiast jej dziecka w pieluchach leżał przeraźliwie brzydki stwór z żabimi oczami i uszami nietoperza. Zrozpaczonej matce guślarka poradziła wykąpać podrzutka w święconej wodzie. Czarci syn wrzeszczał ile miał sił w piersiach, aż usłyszał go jego ojciec Diabeł. Zorientowawszy się w sytuacji, natychmiast oddał matce jej dziecko, a ze swym potomkiem uciekł do Królestwa Piekieł. Ów Diablik wyrósł na okrutnego, mściwego Czarta, któremu przypisywano liczne przypadki śmierci mieszkańców Końskowoli, bo jak mawiano: mścił się za swą „święconą kąpiel”.

C jak czym pachnie Końskowola?
Gmina Końskowola tworzy tzw. „zielone zagłębie” słynące z produkcji szkółkarskiej, która obejmuje uprawę sadzonek drzew, różnych gatunków krzewów owocowych oraz ozdobnych. Gmina jest jednym z największych w kraju producentów krzewów róż. Korzystne warunki glebowe powodują, że rocznie eksportuje się stąd najwięcej róż na tle całego kraju. Szacuje się nawet, że uprawą roślin zajmuje się tu ponad 80% mieszkańców gminy, a sama Końskowola nazywana bywa „różanym miastem” albo „miastem róż”. Także już wiemy, czym pachnie Końskowola, a zwróćcie uwagę, że nazwa mogła tak bardzo zmylić. Nie miejcie jednak wątpliwości, w różanym zagłębiu nie pachnie końską kupą. Byłem, wąchałem, potwierdzam, z resztą możecie osobiście się o tym przekonać, do czego zachęcam.


Leżąca niedaleko Puław Końskowola jest zdecydowanie rzadziej odwiedzana przez turystów, a szkoda, bo moim zdaniem ma niezwykle barwną historię. Warto poznać także tutejsze zabytki, poczuć klimat tego miejsca i poznać lokalną społeczność, gdyż jest bardzo życzliwa dla przyjezdnych. Niebawem kolejne podróże szlakiem renesansu lubelskiego. Warto jest wiedzieć, że jest to wykształcony na terenie Lubelszczyzny styl architektoniczny, który łączy w sobie cechy gotyku oraz renesansu włoskiego i niderlandzkiego. Charakterystyczne dla niego są m.in. sterczynowe szczyty i bogato zdobione gzymsy. Pojawił się wraz z zatrudnieniem zagranicznych architektów, a rozprzestrzenił na terenach ówczesnej wschodniej Polski. Zatem wypatrujcie kolejnych wpisów i do następnego razu.



Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:
AMBA team, Coco Chanel oraz ElPiteros
![]()
Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje WYPRAWY
Zajrzyj po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM
Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u
Zostań moim PATRONEM
#Co warto zobaczyć w Końskowoli #lubelskie #rafalbil
#Końskowola #blog podróżniczy #patronite 
✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza | Fotografia | Travel | Fotograf Emilcin | Neple | Fotograf Sieradz | Fotograf Chęciny | Fotograf Gąbin | Fotograf Czechy | Fotograf Toledo | Fotograf Bałtów | Fotograf Granada | Fotograf Kijów | Fotograf Zaanse Schans | Fotograf Czarnobyl | Fotograf Rzeszów | Fotograf Madryt | Fotograf Sewilla | Fotograf Izrael | Fotograf Warszawa | Fotograf Ukraina | Fotograf Hiszpania | Fotograf Polska | Fotograf Holandia | Fotograf Płock | Bloger | Zwiedzaj online | Polska| Końskowola| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Fotograf Końskowola | Co warto zobaczyć w Końskowoli| Lubelszczyzna 🗺
Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020






















Kto z nas nie lubi Legend? Jedna z tutejszych głosi, że piękna młoda dziewczyna zakochała się w tutejszym chłopie, którego nie zaakceptowała jej matka. Młodzi chcieli wziąć ślub, ale dzień przed uroczystością matka ostrzegła swoją córkę słowami: Obyś skamieniała zanim dojdziesz do kościoła. I tak o to Panna Młoda idąc przez pola na swój ślub zamieniła się w kamień. Dziewczyna biegła już jednak do swojego chłopca i nic nie robiła sobie z klątwy matki. Radosnym krokiem przemierzała rozkwiecone łąki. Od kościoła dzielił ją jeszcze mały pagórek, kiedy nogi zaczęły jej bardzo ciążyć. Każdy kolejny krok stawał się coraz trudniejszy. Postanowiła jednak, że postawi na swoim i stanie ze swoim wybrankiem przed ołtarzem. Niestety po kilku kolejnych krokach w kierunku świątyni panna cała zamieniła się w głaz. Stoi tam do dziś dnia, jako przestroga dla nieposłusznych panien i kawalerów. Morał jest tej historii prosty, trzeba się słuchać mamy. Pozdrawiam swoją, buziaki dla Ciebie Tereska.










Czołem Ananaski, dziś kolejna eksploracja w województwie lubelskim. Zabieram Was na wieś nad dolinę rzeki Garki. Pakuję w plecak aparat i przy wsparciu mojego nowego Patrona, któremu dedykuję ten wpis, ruszam w drogę do znajdującej się w odległości około 10 km od Chełma i 60 km od Lublina miejscowości Stołpie. ElPiteros, dzięki za wspólny wypad. Wróćmy do sedna, do naszej wioski. Jak się pewnie domyślacie, sama jej nazwa wiąże się ze wznoszącą się tu wieżą, zwaną dawniej Stołpem, o której wzmiankowano już w 1204 roku. Prowadzono też specjalistyczne badania, z których wynikało, że mogła ona stać tutaj już dużo wcześniej. Zdania na ten temat są podzielone, ale może i dobrze, bo nudno byłoby, gdyby się wszyscy we wszystkim ze sobą zgadzali. Z resztą więcej o braku wzajemnej aprobaty będzie jeszcze za chwilę. Poniżej tradycyjnie już mapka, byście mogli sobie uzmysłowić, gdzie znajduje się dzisiejsza atrakcja. Jesteście gotowi? No to ruszamy do jednej z najbardziej tajemniczych wież tej części Polski. 
Wieża w Stołpiu to główna atrakcja turystyczna tej wsi i już od początku rozwiewam wszelkie wątpliwości w tej kwestii, naturalnie moim subiektywnym zdaniem. Są jednak głosy, że ważniejszą jest przystanek autobusowy na którym przyjezdnych wita wielki napis: „JEBAĆ LGBT”. Myślę, że lubiące seks środowiska homoseksualne masowo skorzystają z takiego kuszącego zaproszenia, a może wypadałoby nazwać to wprost – erotycznej propozycji – tajemniczego przystankowego malarza, który ten zabytkowy fresk wykonał i z którym włodarze od dłuższego czasu nic nie robią. Przystanek PKS jest niedaleko od wieży, będąc tam zobaczcie go więc koniecznie.


Przyznam Wam się też szczerze, że przygotowując ten wpis, pokusiłem się o pewien research na temat głównej, tutejszej atrakcji. Na jednych z forów internetowych przekonałem się jak ruiny średniowiecznej wieży we wsi Stołpie potrafią budzić skrajne emocje. Kiedy jeden z komentatorów przyznał: „Ja bym to wyburzył. Ani to ładne ani potrzebne a tylko zagrożenie stwarza. Dzieci trza pilnować żeby tam nie lazły, menele się załatwiają i śmiecą. Taka prawda.”. Drugi mu natomiast odpowiedział: „Odsuń się analfabeto od klawiatury !”. Wiecie co w tym wszystkim jest piękne, że każdy ma prawo w podróżach wyrażać swoje opinie i subiektywnie oceniać, czy mu się coś podoba czy nie. Podobnie przecież może ktoś wyruszyć do Egiptu, gdzie zobaczywszy piramidy uzna: „eee słabo, w katalogu biura podróży wydawały się większe” i rozumiecie, stajecie przed kolebką starożytności i symbolami kultury i dorobkiem człowieka z przed ponad dwóch i pół tysiąca lat przed naszą erą 



Od razu po przyjeździe tu zacząłem deliberować, czy w tej wieży zamknięta była jakaś księżniczka, która po dziś dzień straszy mieszkańców? A jeśli nawet, tak to wnioskuję, że musiała to być niegrzeczna dziewczynka, bo grzecznych przecież się nie zamykało. Ale scenariusze w tej kwestii zostawiam Wam i Waszym wyobraźniom, niech ponosi Was fantazja. Wiedzcie tylko, że w średniowieczu było modne takie karanie niewiast (informacja pozyskana została na zasadach tajemnicy dziennikarskiej od lokalnych fanów podwarszawskiego klubu bdsm i więcej na ten temat nie mogę Wam zdradzić, no chyba że mnie zaprosicie na wódkę, spijecie i siłą wydobędziecie ze mnie tę tajemniczą legendę, którą skrywa ta budowla). Zaznaczę tylko, że Biała Dama nie sponsoruje tego wpisu (choćby mogła), ale gorszą wiadomością dla mnie było to, że niestety nie dało się wejść do środka wieży. Krata jest zamknięta na kłódkę, jak mówią lokalni mieszkańcy, od wielu lat, a dodatkowo obecnie w środku znajdziecie rusztowanie, gdyż trwają prace remontowe. Wewnątrz leży kilka artefaktów, w postaci butelek po różnych alkoholach. Pomimo, że nie byłem w środku, nie twierdzę, że miejsce to nie skrywa w sobie wielu ciekawych tajemnic. Jestem przekonany, że na przestrzeni tylu set lat, na pewno działo się tam nie mało.
Sama wieża znajduje się na wzniesieniu, w której okolicy nie brakuje zieleni. Na niedużym owalnym kopcu 




Dziś czeka Nas bardzo spokojna wyprawa do równie cichego i przy tym urokliwego miejsca. Przyszła kolej na odwiedzenie Gardzienic. Zabieram Was na wieś leżącą zaledwie około 30 km od Lublina. To tutaj mogłem nie tylko wyciszyć się i odpocząć od zgiełku miasta, ale przede wszystkim odkryć coś nowego, ale o tym będzie nieco później. Sama wioska znajduje się w powiecie świdnickim, w gminie Piaski. Miejscowość słynie przede wszystkim z działalności znanego nie tylko w kraju, ale i na świecie Ośrodka Praktyk Teatralnych Włodzimierza Staniewskiego. Rozsiądźcie się więc wygodnie, czas rozpocząć podróż wzdłuż Szlaku Renesansu Lubelskiego. Przekonajcie się co warto zobaczyć właśnie w Gardzienicach.




Kolejny z budynków, który tu spotkałem SPICHLERZ – od 2005 roku jest własnością Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Tutaj grano większość spektakli Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Dzisiaj Spichlerz jest już po przebudowie. Stał się siedzibą Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Z przepiękną, trzykondygnacyjną salą teatralną z nowoczesnym wyposażeniem – windą zewnętrzną, salkami wykładowymi, biblioteką multimedialną, garderobami i pokojami gościnnymi. Całość robi duże wrażenie i pokazuje jak w odpowiednio zarządzanej instytucji z ruiny można stworzyć coś utylitarnego.




Jeszcze bym zapomniał o pewnych ruinach. Miałem wrażenie, że to zabytkowa budowla znajdująca się niemalże u stóp dworu w Gardzienicach, ale nic bardziej mylnego. Wyczytałem się po powrocie do domu, że w II połowie XIX wieku ówczesny właściciel dóbr gardzienickich wybudował w tym miejscu okazałą i nowoczesną jak na tamte lata gorzelnię, która przynosiła spore zyski. Funkcjonowała ona jeszcze w I połowie XX wieku. Jednak nie są to żadne ruiny zamku, jak początkowo mi się mylnie zdawało. 

Gardzienice zachwyciły mnie, nie tylko swoim urokiem, ale dały też poczucie bezpieczeństwa i pozwoliły wypocząć oraz odzyskać wewnętrzny spokój. Dla mnie osobiście miejsce te stało się swoistą enklawą. Poczucie bezpieczeństwa nadaje tu bez wątpienia park, który zajmuje zachodnią i południową część wyniesienia łącząc się ze skarpą, oddzielającą od zachodu wyniesienie od doliny rzeki. Wiek rosnących tu drzew przekracza często ponad 100 lat. Znajdziecie tu piękną altanę lipową, krąg grabowy i graniczne szpalery; lipowy i grabowy. Gro drzewostanu stanowią powojenne nasadzenia klonów w różnych gatunkach. Aby Wam to wszystko było łatwiej sobie wizualizować, zdradzę Wam, że na terenie całego parku występuje około 400 drzew oraz ogrom krzewów. Znaleźć tu można graby i lipy, kasztanowce, topole oraz klony. Spotkałem tu pięknie kwitnący czarny bez, ale i tak największe wrażenie wywarła na mnie żółta magnolia. Być może dlatego, że zobaczyłem taką po raz pierwszy, nie mogłem wyjść z podziwu. Trzeba też dodać, że część drzew 










Jestem Rafał i jestem blogerem, fotografem, pasjonatem podróży i saunowania w jednej osobie. Jestem też wielbicielem słodyczy, kiepskiego poczucia humoru i dobrej muzyki. Miło mi, że trafiłeś na moją stronę. Liczę, że niedługo poznamy się lepiej. Na swoim blogu dzielę się wiedzą i fotografiami, tworząc content dla osób kochających podróże jak ja. 















Musicie też wiedzieć, że badania podejmowano nie tylko w jedną stronę i nie tylko po całym zajściu. 
O dziwo, przez wiele lat nikt nie starał się podważać badań słynnego ufologa. Dopiero w 2012 sprawie wnikliwie przyjrzał się Bartosz Rdułtowski, publicysta i autor książek poświęconych głównie II wojnie światowej i tajemnicom z nią związanymi. W swojej książce „Tajne operacje. PRL i UFO” stara się udowodnić, że badania Blani były nierzetelne, a cała sprawa jego zdaniem okazała się mistyfikacją. W jego ocenie była to próba zemsty jednego ufologa na drugim, choć jak sugeruje w swej książce autor, nie potoczyła się do końca tak, jak to miało być zamierzone. Kluczową osobą w całej tej sprawie miał być Witold Wawrzonek, ufolog który jako pierwszy dotarł do Wolskiego i powiadomił o przypadku Zbigniewa Blanię. Rdułtowski uważa, że całe „śledztwo” Blani nie było obiektywne, a prowadzono badania wyłącznie w duchu amerykańskiego hasła „I want to believe”.



¡Hola!, witajcie, dziś przybliżę Wam kilka podstawowych informacji na temat świętowania Wielkanocy w hiszpańskiej Andaluzji. Przeniosę Was wirtualnie do samej Sewilli, która jest stolicą tej południowej części Hiszpanii. W tym roku Semana Santa nie będzie jak dotychczas obchodzona tak hucznie, a głównym powodem jest oczywiście globalna pandemia koronawirusa. O ile sama decyzja o odwołaniu uroczystych pochodów jest zrozumiała i wg mnie rozsądna, tak w głębi serca, żałuję, że tak się to wszystko potoczyło, szczególnie iż w tym roku, miałem w tych uroczystościach po raz kolejny uczestniczyć. Mając na uwadze to co dzieje się obecnie w Hiszpanii, nie było jednak wyjścia, bilety linii lotniczych będą musiały jeszcze poczekać na mój kolejny lot do tej części Europy. Wróćmy jednak do tego co najistotniejsze. Hiszpański rząd nakazuje obywatelom pozostanie w domach. Gdyby nie pandemia już od 3 kwietnia bractwa zaczęłyby wychodzić z dzielnic Sewilli, by pielęgnować kilkusetletnią tradycję, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Pozostaje mi sięgnąć do wspomnień i zdjęć, które udało mi się wykonać, kiedy pierwszy raz mogłem uczestniczyć w tych niezwykle spektakularnych, nie tylko dla mojego obiektywu wydarzeniach. Będę z Wami szczery, tego nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć i zobaczyć na własne oczy. Postaram się Wam w krótkim ABC o Semana Santa za pomocą moich zdjęć oddać namiastkę tego wyjątkowego klimatu i atmosfery miejsca, którą tam w przeszłości zastałem podczas obchodów Wielkiego Tygodnia.









Zanim wyjaśnię jaką rolę odgrywa Antonio Banderas w Semana Santa, opowiem jak to się wszystko zaczęło. Aby Was nie zanudzić historią, ale zachować pewną chronologię sięgnąć muszę pokrótce do końca XVI i XVII wieku, czyli okresu początków procesji Wielkiego Tygodnia w Sewilli. W 1604 roku kardynał Fernando Niño de Guevara postanowił, że bractwa będą udawały się do katedry, aby celebrować mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Jednym z członków hiszpańskich bractw jest sam Antonio Banderas. W związku z tym faktem od wielu lat uczestniczył i on w pochodach w ramach Semana Santa. W tym roku aktor włączył się natomiast w pomoc finansową wraz z hiszpańskim bankiem i dwiema fundacjami w sporej łącznej kwocie 53 000 euro na inicjatywę społeczną bractw. Cel jałmużny, bo tak wypada nazwać tą ofiarę jest przeznaczony na walkę z koronawirusem. Za pieniądze te zakupione zostaną fartuchy i materiały niezbędne dla pracowników w szpitalach w Maladze. W ten sposób aktor chce sam przyczynić się do „epidemii solidarności”, która ma miejsce w całym kraju i jednocześnie zachęcić innych do udziału w dzieleniu się tym co mamy z potrzebującymi. Podkreślić warto, że we wcześniejszych latach, można było spotkać Antonio Banderasa w pochodach w Maladze, gdzie aktor odgrywał ważną rolę, jako jeden z nazarejczyków dzwoniących w dzwon nadających tempa, oraz nawoływał osoby odpowiedzialne do podnoszenia platform, które potrafią ważyć nawet około pół tony, a niektóre znajdujące się na nich figury, pamiętają czasy średniowiecza. Naturalnie wiele osób widziało w tym zachowaniu aktora działanie na pokaz, mające poprawiać jego wizerunek. Ja nie zamierzam tego oceniać, gdyż nie taka rola jest tego wpisu, jednak na jedno zwrócę uwagę. W tym roku ze względu na zagrożenie epidemiologiczne, aktor, podobnie jak i inni Hiszpanie czy członkowie bractw, zmuszeni są pozostać w domach, a huczne pochody zostały zawieszone. Jeśli chodzi o spójność w walce z pandemią nie podlega wątpliwości, że jest to słuszna decyzja, którą poparli reprezentanci wszystkich bractw oraz decydenci Hiszpanii. Dziś nie podlega wątpliwości, że ustanawiane prawa w walce z COVID 19 powinny być spójne dla wszystkich, bez względu, czy jest się słynnym aktorem, czy pełni inne zaszczytne funkcje. Wirus ten przecież nie zwraca uwagi na status społeczny, czy pełnione funkcje, o czym świetnie przekonał się premier Wielkiej Brytanii. Zostawmy jednak politykę. Należy Wam się jeszcze wyjaśnienie czym w ogóle są te bractwa i jaką rolę odgrywają w Semana Santa?
Przyznam się Wam, że widząc pierwszy raz nazarenos (nazarenos określani są też jako nazaredczycy, a nazwa ich pochodzi od bractwa pod wezwaniem Chrystusa z Nazaretu) w tradycyjnych strojach, moje skojarzenie, choć nietrafione, ale było bardzo jednoznaczne. Byłem niemal przekonany w 100%, że przypadkiem spotkałem członków Ku Klux Klan. Dla niewtajemniczonych w dużym uproszczeniu napiszę, tylko, że KKK to organizacja rasistowska, utworzona w Stanach Zjednoczonych, częściowo zakonspirowana, walcząca o utrzymanie supremacji białych w USA i dążąca do ograniczenia praw innych grup rasowych i etnicznych. Teraz żebyśmy mieli jasność Ku Klux Klan nie ma zupełnie nic wspólnego z hiszpańskimi bractwami, a jedyne co ich łączy to zapożyczony w wyglądzie od Hiszpanów strój członków tej rasistowskiej organizacji. Wracając jednak do bractw – podczas Semana Santa Hermandades, określa się je także pod nazwą cofradías penitenciales i są to stowarzyszenia (wspólnoty, bractwa) osób, które biorą udział w procesjach Wielkiego Tygodnia. Poszczególne bractwa skupione są wokół konkretnej parafii. Niektóre z nich działają nieprzerwanie nawet od XV wieku. Każde z bractw posiada charakterystyczny dla siebie kolor szat i maszerując w otoczeniu konkretnej platformy, dzięki czemu obchody te są różnorodne i barwne, przez co dla mnie osobiście i mojego aparatu ciekawe. Paleta kolorów jest całkiem szeroka – od bieli przez różne odcienie fioletu czy niebieskiego po biskupią purpurę, zieleń, czerwień, brąz, czerń, a nawet złoto. Musicie też zdawać sobie sprawę, że przynależność do bractwa stanowi spore obciążenie dla finansów Hiszpanów. To nie tylko zaangażowanie swojego czasu. Bardzo dużym wydatkiem jest koszt samego stroju (nawet kilka set euro), a dodatkowym wydatkiem są jeszcze opłaty związane z działalnością Cofradías. W 2020 roku bractwa hiszpańskie odpowiadają za organizację codzienną wirtualnych stacji pokutnych w celu umożliwienia współbraciom symbolicznego uczestnictwa online w tych ważnych dla wielu wiernych obchodach. Wszystko to ma stworzyć choć namiastkę świętowania tych wyjątkowych nie tylko dla Hiszpanów wydarzeń. Mam też nieodparte wrażenie, że z dużym smutkiem i pokorą muszą znieść oni fakt, że w tym roku święta te będą wyglądały zdecydowanie inaczej.















Dziś zabiorę Was na wirtualną wyprawę do największego miasta Ukrainy. Wyprawa do Kijowa będzie zderzeniem z miastem liczącym oficjalnie około 3 mln osób, a w rzeczywistości licząc z przyjezdnymi nawet do około 5 mln ludzi. Aglomeracja ma ponad 800 km kwadratowych i plasuje się wśród największych metropolii Europy na 7 miejscu. Dziś postaram się zmierzyć ze stereotypami, tego jednego z najstarszych miast w Europie Wschodniej. Zweryfikujemy czy Kijów to wyłącznie tania wódka, złe drogi i piękne kobiety. Jedno jest pewne, czeka nas wyprawa do miasta pełnego kontrastów, w którym wyczuwalna jest unikatowa atmosfera oraz aromat kawy i napojów procentowych. Jeżeli Wasze głowy i wątroby są na to gotowe, to zapraszam. Pamiętajcie tylko, że Ukraina nie jest członkiem UE także zabierzcie ze sobą paszporty. Dodatkowo, musicie wiedzieć, że gdybyście zdecydowali się na przyjazd tu samochodem, niezbędnym będzie załatwienie kilku dokumentów m.in. zielonej karty czy odpowiedniego ubezpieczenie pojazdu. Przy przejściach granicznych czy kontrolach policyjnych możemy liczyć się z dodatkowymi „opłatami”, chyba że będziecie wytrwali w swojej postawie, to może uda się Wam ich uniknąć. Z uwagi na powyższe oraz, że stan dróg pozostawia czasem wiele do życzenia, zdecydowanie doradzam wybrać podróż samolotem. I tu jest idealne miejsce na reklamę linii lotniczych – Wizzair, Ryanair, LOT – cierpliwie czekam na Wasze propozycje 🙂 Lećmy dalej, bo się i tak nie doczekam, a chcę Wam dziś pokazać Kijów i to od A do Z. Pamiętajcie tylko o zmianie wskazówek w zegarkach, które należy przesunąć o godzinę do przodu. Nie tracąc czasu, synchronizujemy sikory i startujemy.



Podróż zacznijmy najniżej jak tylko w Kijowie się da, po to by następnie piąć się tylko w górę. Wszystko to robię, byście mogli wraz z upływem czasu czerpać garściami ze szczytu ukraińskiego prestiżu, przy założeniu, że z podstawowym budżetem jaki miałem zaplanowany na ten wyjazd, można mówić o jakimkolwiek luksusie czy prestiżu. Wspomnę Wam tylko, że za lot w obie strony zapłaciłem nieco ponad 80 PLN, ale nie traćcie nadziei. Wróćmy jednak do naszej największej i jednocześnie najgłębszej stacji metra, o czym dowiecie się niemal na większości blogów polecających atrakcje w Kijowie. Zjeżdżając ponad 100 metrów w dół docieramy w końcu na przystanek Metro Arsenalna. Sam zjazd ruchomymi schodami trwał około 4 minuty i kosztował tylko 8 UAH, ale nie to jest najważniejsze. Jeśli nadal szukacie człowieka, który będzie relacjonował Wam ile dolarów wydał w sklepach z markową odzieżą i jak drogimi limuzynami się woził, to jest ten moment, w którym powinniście zamknąć przeglądarkę. Tym co ze mną pozostali wynagrodzę cennymi informacjami, tak byście mogli poznać dziś Kijów od A do Z, oczywiście wyłącznie po mojemu. Już na starcie zdradzę Wam, że tunele metra znajdują się nie bez powodu tak głęboko i skrywają w sobie pewną tajemnicę. Mówi się









Spacer nad brzegiem Dniepru to warunek sine qua non udanego wypadu do Kijowa, ta chwila przyjemności należy się Wam jak nagrody polskim ministrom ostatnimi czasy. Pozwoli Wam to uciec na moment od wielkomiejskiego zgiełku. Ja w Kijowie byłem zimą, więc nie pozwoliłem sobie na długi spacer, ale słyszałem legendy o unikatowej siłowni na powietrzu i plaży naturystycznej, która znajduje się właśnie nad Dnieprem. Latem można również pograć w siatkówkę plażową w tutejszym Hydroparku, „przefrunąć” Dniepr lub skorzystać z rejsów widokowych po rzece. Z perspektywy czasu uważam, że warto jest mieć do czego wracać, więc może i dobrze, że jeszcze nie wszystko tu widziałem. Będzie to świetna motywacja, by tu wrócić, by chociażby zobaczyć Kijów latem. Mam na względzie też to, że pewnych rzeczy lepiej nie widzieć, bo jak to mawiają mądrzy ludzie, potem nie da się odzobaczyć. Bez wątpienia spacerując wzduż Dniepru polecam Wam zobaczyć Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, która znajduje się na wodzie, co dodaje jej uroku. 

Majdan Niezależności to wyjątkowe miejsce na Ziemi. To dziś nie tylko miejsce spotkań Ukraińców, czy punkt do odhaczenia dla turystów z całego świata. To miejsce pamięci, które chyba za sprawą wydarzeń z grudnia 2014 roku znamy wszyscy chociażby z prasy czy telewizji. Pierwsze protesty, pierwsze strzały, pierwsze ofiary i to wszystko w XXI wieku po prawej granicy Polski. Dziś Majdan Niezależności to coś więcej niż centralny plac w Kijowie, który pełni rolę handlową. Dla mnie to przede wszystkim miejsce pamięci po walce o godność, wolność, równość, lepsze życie, ale i szacunek obywateli w starciu z władzą. Walce, która zmieniła nie tylko Ukrainę, ale i spojrzenie całego świata – bo jeśli to co wydarzyło się podczas pomarańczowej rewolucji wydarzyło się naprawdę kilka lat temu, niespełna 700 km od Warszawy, wydarzyć się może wszędzie na Ziemi. Spacerując po Majdanie nawet nie wiesz, że możesz spojrzeć w oczy tych, których bliscy zginęli za swoje przekonania, lub oni sami walczyli marząc życiu w lepszej ojczyźnie. Nawet teraz gdy o tym piszę i przypominają mi się spoglądające na mnie z murów portrety Ukraińców, którzy zginęli w „pomarańczowej rewolucji”, mam na ciele dreszcze. Z uwagi, że przychodzi 


Funikular to kolejka linowo terenowa łącząca 2 części miasta – stary Kijów i Padół. Jeśli chcesz poczuć emocje, które w najmocniejszych momentach można porównać do zbierania grzybów lub gotowania jajek na miękko, to koniecznie powinieneś przejechać się tą szynową kolejką. Wyprawa ze stacji niebieskiej linii metra Poshtova Ploshcha w okolice monasteru (lub na odwrót), to coś co może nie pozostanie w Waszej pamięci do końca życia, ale przynajmniej trwa krótko i kosztuje niewiele, bo 8 UAH. Sam bilet nabyć można w kasie przy kolejce. Nastawcie się więc na oszałamiającą prędkością 2m/s i trasę, której długość wynosi ponad 200 metrów. Macie jeszcze siłę ruszać ze mną dalej?
O biedzie na Ukrainie można napisać oddzielny wpis. Ja jednak sięgnę dziś tylko do historii, gdyż będąc w Kijowie udałem się pod Pomnik Ofiar Wielkiego Głodu. Nie sposób jest nie odnieść się do wydarzeń wywołanych przez Stalina i ZSRR na narodzie ukraińskim w latach 30. XX wieku. Akt ten Polska wraz z 26 innymi państwami uznała, za ludobójstwo. Według różnych szacunków Wielki Głód spowodował śmierć kilku milionów ludzi. Klęska głodu trwała w latach 1921-1947. Sięgając do różnych statystyk powraca niewyobrażalna liczba, z której wynika, że życie straciło wówczas około 10 milionów mieszkańców Ukrainy. Przerażający jest więc i pomnik dziewczynki cierpiącej z powodu głodu. Jej wyraz twarzy mówi sam za siebie. Za pomnikiem dziewczynki znajduje się muzeum i kolejny, bardzo duży pomnik pamięci ofiar tej tragedii. Wszystko to jest dziś świadectwem dokonanego okrucieństwa przez Stalina. Samo muzeum znajduje się na wzgórzu, skąd rozciągają się również ładny widok na prawobrzeżną część Kijowa. Warto tu przyjść, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, nie tylko o sprawach przyziemnych, tym bardziej, że jest to miejsce, które upamiętnia jedną z największych zbrodni popełnionych przez Związek Radziecki.

Czym zapłacimy w Kijowie? Walutą Ukrainy jest UAH czyli hrywna, ale w stolicy bez problemu niemalże wszędzie zapłacicie kartą, także nie martwcie się, gdy skończy Wam sie gotówka. Musicie pamiętać, że złotówki czy posiadane dolary, bez problemu wymienimy w kantorach, ale zawsze dopytajcie o przelicznik, gdyż często są spore różnice w różnych kantorach i pomoże Wam to uniknąć niekorzystnych przeliczników. Na dzień dzisiejszy 1UAH to około 0,15 PLN (stan na kwiecień 2020), miejcie jednak na uwadze, że kursy walut są zmienne. Hrywna weszła do obiegu w 1996 roku w związku z reformami ekonomicznymi, zastępując karbowańca. Ciekawostką jest to, że nazwa pochodzi od średniowiecznej miary srebra, określanej jako grzywny. 









W Kijowie działają dwa porty lotnicze. Pierwszy z nich to port lotniczy Kijów-Żulany. Tu Was zaskoczę, bo mieści się on w dzielnicy Żulany 😉 Każdego roku obsługuje około milion pasażerów. Lotnisko to obsługuje głównie, ale nie tylko połączenia krajowe. Głównym portem jest Kijów-Boryspol znajdujące się 29 km na wschód od centrum miasta. Lotnisko w Boryspolu jest najpopularniejszym, a zarazem największym międzynarodowym i krajowym portem lotniczym na Ukrainie. W 2008 roku lotnisko to obsłużyło ponad 6 milionów pasażerów. 

















Kolejne ciekawe miejsce na mapie Kijowa to Aleja Pejzażowa. Jeśli chcesz poczuć się jak w creepy ogrodzie z Krainy Czarów, przy czym bez Alicji, to koniecznie się tu wybierz. Gdy pierwszy raz zobaczyłem to miejsce, do głowy przyszła mi jedna myśl, Gaudi tu był i sporo pił. Być może latem wygląda to miejsce pogodniej, ale zimą miejsce to wydało mi się dziwne. Na szczęście nie jest to jedyny ogród w Kijowie. Stolica Ukrainy jest znana jako najbardziej zielone miasto. Obszar zielonej strefy obejmuje 43600 hektarów, z czego ponad połowę zajmują lasy, ogrody publiczne, ogrody botaniczne, parki czy bulwary pokryte drzewami. Połowa terytorium
USA ma Statuę Wolności, a Ukraina ma Pomnik Matki Ojczyzny, który stanął w Kijowie w 1981 roku. Jest faktycznie monumentalny i mierzy nieco ponad 100 m i jeśli mówi się w kuluarach, że planowano w tym miejscu zbudować pomniki Lenina i Stalina, gdzie każdy z nich miał mieć po 200 metrów wysokości, to nie jestem sobie w stanie tego wizualizować. Co ciekawe czubek miecza sięgał pierwotnie 108 m, ale po 1991 roku został on skrócony o 6 metrów, ponieważ sięgał ponad najwyższy krzyż na Ławrze Peczerskiej. Dzisiaj, po tym jak rozpadło się ZSRR, Matka Ojczyzna jest traktowana na Ukrainie trochę tak, jak Polacy postrzegają Pałac Nauki i Kultury w Warszawie. Jedni się przyzwyczaili i już nie wyobrażają sobie krajobrazu bez tego pomnika, inni najchętniej przetopiliby go na stal nierdzewną, a jest co topić, bo ta stalowa konstrukcja waży 560 ton, a jej sam miecz ważny ponad 6 ton. Pomnik wzbudza do dziś tyle kontrowersji wśród społeczności lokalnej, ile emocji wśród odwiedzających Kijów turystów. Autorem projektu jest Jewgienij Wuczeticz, który zaprojektował także pomnik „Matka Ojczyzna Wzywa” w Wołgogradzie. To czego żałuję, to to, że nie mogłem wejść do jej wnętrza, by zrobić zdjęcia z jednej z dwóch platform widokowych. Niższa na poziomie 36,6 m (wejście kosztuje 50 hrywien). Ta wyższa znajduje się na górnej części tarczy, na wysokości 91 metrów (wejście kosztuje 300 hrywien). Nie wszedłem tylko z uwagi, że było nieczynne, ale to kolejny z punktów do którego muszę tu wrócić.













Jednym z symboli Kijowa jest Łuk Przyjaźni Narodów określany przez mieszkańców stolicy: tęczą. Pomnik znajduje się w najwyższym punkcie miasta na prawym brzegu Dniepru w Parku Maryjskim, to tu znajdziecie też wspaniały widok na Kijów. Główną ideą kompozycji było utrwalenie za pomocą tego pomnika braterskich relacji między Ukraińcami i Rosjanami. Odsłonięto w listopadzie 1982 roku, a dziś widać w nim pewne pęknięcie, które ma swój symboliczny, ale wymowny przekaz. Łuk oczywiście wygląda okazale, bo wznosi się na 30 metrów, a pod nim znajdują się posągi przedstawiające robotników, ukraińskiego i rosyjskiego, którzy wznoszą ku niebu Order Przyjaźni Narodów oraz z granitowej rzeźby z sygnatariuszami ugody perejasławskiej z 1654 roku. Całość pachnie socjalizmem, długo tu więc nie zagoszczę, bo nawet tęcza jest tu jakaś bezbarwna. Czas ruszać dalej, kierunek główna arteria miasta.













Na koniec wspomnę, że choć wpis jest o Kijowie od A do Z, to przyznam, że nie opisałem wszystkich atrakcji, które na Was tu czekają. Jak wrócę tu kolejnym razem może uda mi się zrobić pewien upgrade. W tym wpisie zabrakło mi m.in. Muzeum Czarnobyla, złotych kopuł Monasteru św. Michała Archanioła, świątyni korupcji, czyli rezydencja Wiktora Janukowycza i jeszcze więcej prestiżu, luksusu chociażby z samego Pieczerska. Mam też nadzieję, że jednak nie było tanio i beznadziejnie, a udało mi się pokazać Kijów, właśnie takim, jakim go w krótkim czasie odkrywałem. Już dziś wiem, że wrócę tu jeszcze nie raz. Liczę, że i Wy dostrzegliście ten urok w różnorodności tego miasta. Dla mnie Kijów pełny jest ciekawych osób, inspirujących miejsc i zapachów, za którymi na pewno zatęsknię. Liczę, że moja wyprawa pozwoli Wam nabrać pewnego dystansu, do tego jak Wy postrzegaliście dotychczas tą przestrzeń. Pamiętajcie też, że Kijów to metropolia o bogatej, ale i trudnej historii, w którym niedawno ginęli ludzie, by ich kraj stał się częścią UE. Nam Polakom przyszło to dużo łatwiej i czego zauważam niestety często, nie doceniamy. Może warto się dziś w czasie epidemii koronawirusa nad tym przez chwilę zatrzymać i choć przez moment, poważnie zastanowić. Warto jest docenić to co mamy, bo nic nie jest dane nam na zawsze i co więcej, to co posiadamy i dla nas wydaje się normalne, dla niektórych nie jest, aż takim oczywistym luksusem. Jeśli szukaliście natomiast więcej kijowskiego prestiżu, o którym pisałem Wam na początku, przepraszam, że Was rozczarowałem – znajdziecie go być może w moich przyszłych wpisach z kolejnych wyjazdów do Kijowa. Pozostałym za dotrwanie do tego momentu – bardzo dziękuję i dla Was, najwytrwalszych mam dwa słowa – chapeau bas. Przeczytać tyle tekstu i cierpliwie tu dotrwać – szacun. Chyba strasznie się musi Wam nudzić, podczas tej epidemii 😉 Bądźcie zdrowi i mówcie o mnie dobrze, jak i o tym pięknym i dumnym mieście kontrastów.



