Archiwum kategorii: Blog

Końskowola

Witajcie, dziś czas na wyprawę do Końskowoli, odkryję przed Wami różane zagłębie, kilka lokalnych legend oraz zdradzę,  gdzie zamiast lokalnej krowy, która zmieni zdanie, znalazłem uroczo słodkiego jednorożca. Także dziś kolejna podróż dla widzów o mocnych nerwach, bo tak słodko nie będzie przez całą wyprawę. Podłączcie się lepiej do cewników, bo startujemy. Ja za to zabieram z lokalnego sklepiku w drogę coś dla siebie, bo dziś potrzeba mi będzie sporo energii. Czasu na zobaczenie Końskowoli mam niewiele, a plany eksploracyjne są jak zawsze ambitne. 

Warto jest wiedzieć, że Końskowola to dawne miasto, a obecnie osada o charakterze miejskim, która znajduje się w województwie lubelskim. Precyzyjnie ruszamy w podróż do powiatu puławskiego, gdzie swą siedzibę ma gmina Końskowola. Najlepiej z resztą zobaczcie sami na poniższej mapie, o jakim miejscu dokładnie jest mowa. Dzisiejsza wyprawa to trasa około 45 km od Lublina, która zajmie nam plus minus pół godzinki jazdy samochodem w jedną stronę. W Końskowoli znajduje się też przystanek kolejowy Pożóg na linii kolejowej Warszawa – Lublin – Dorohusk, także dojazd autem nie jest jedyną alternatywą. Co więcej z Lublina kursują tu również połączenia busami, więc jeśli tylko zechcecie wybrać się do miejscowości, to jest na to kilka sposobów. Osada ta znajduje się nad rzeką Kurówką, jednak kajakiem z lubelskiej Bystrzycy dopłynąć się tam nie da. Także wykluczyć możemy powiedzenie, że wszystkie drogi prowadzą do Końskowoli. Drogą wodną niestety nie da rady. Choć  gdyby się uprzeć, wsadzić w busa kajak, przejechać w nim całą trasę, można by później wmawiać wszystkim, że ja do Końskowoli dotarłem z Lublina kajakiem, pytanie jest tylko zasadnicze – po co robić z siebie jeszcze większego wariata? 


Zastanówmy się może lepiej nad tym, dlaczego warto jest tu się wybrać? Primo – z
achował się tu m.in. dawny układ urbanistyczny: rynek, ratusz, dwa kościoły i zespół folwarczny. Secundo – południowa część gminy leży w obrębie Kazimierskiego Parku Krajobrazowego i jego strefy ochronnej. Tereny te charakteryzują się znacznymi walorami krajobrazowymi i urozmaiconą rzeźbą terenu w postaci  m.in. malowniczych wąwozów lessowych o stromych ścianach i wąskich dnach. Tertio jest tu ogrom szkółek drzew i krzewów, więc można chociażby przy okazji zrobić zakupy do ogrodu. Voto – ludzie są tu bardzo życzliwi, pozdrowienia dla Pani z jednej z tamtejszych szkółek drzew i krzewów. Dziękuję za miłą obsługę i rabat 😉  Powiem Wam, że można by wyliczać tak dalej w nieskończoność, zatem przejdźmy może od razu do atrakcji, które na nas tu czekają. Poznajcie moje ABC o Końskowoli. Ruszajmy w drogę szlakiem Renesansu Lubelskiego. Choć Końskowola swoją historią obdzielić by mogła co najmniej kilka miast. Ja postaram się Wam przybliżyć kilka legend i ciekawostek oraz wyjaśnić etymologię nazwy Końskowola. Czy miejscowość powstała, jak donosi jedna z legend, z woli rycerskiego konia, który właśnie tutaj zatrzymał się w podróży i mimo perswazji nie chciał dalej iść? Czy zgodnie z prawdą historyczną – od nazwiska Konińskich herbu Rawa, którzy w XIV w. zmienili nazwę istniejącej tutaj pierwotnie Woli Witowskiej na Wolę Konińską? To wszystko i jeszcze więcej, tylko u mnie i tylko dzisiaj, taka promocja kochani. Zacznijmy od tutejszych atrakcji.

A jak atrakcje turystyczne

W miejscowości Końskowola znajdziemy kilka zabytkowych obiektów. Jednym z nich jest renesansowy kościół szpitalny pw. św. Anny. Nie jest to jedyny tutejszy kościół, gdyż niedaleko niego znajdziemy XVI – wieczny zabytkowy Kościół Parafialny pw. Znalezienia Krzyża Św. i św. Andrzeja Apostoła z kryptami. Już widzę te uśmiechy na twarzach u nekrofili, którzy śledzą mój fanpage. Nie ma co, że tak powiem zgłębiać tematu. Wielu z Was może zainteresować bardziej XVI – wieczny Dwór Tęczyńskich, czy wybudowany w 1775 roku Ratusz, który w ostatnim czasie zupełnie odmienił swój pierwotny wygląd. Znajdziecie tu też folwark, oraz bardzo klimatyczny cmentarz ewangelicko – augsburski. Śmiało więc mogę przyznać, że każdy turystyczny zbok, czy zwyrol znajdzie tu coś dla siebie. Postaram się Wam pokazać ciekawą architekturę oraz sprawić byście poczuli, czym pachnie Końskowola. Ale może by zachować pewien porządek, postaram się w końcu usystematyzować te najważniejsze moim zdaniem atrakcje, żeby z tego całego bałaganu wycisnąć pewne piękno.

Kościół pw. św. Anny

Kościół ten pochodzi z 1613 roku. Choć jest niewielki, to z uwagi na swój urok, rzuca się w oczy każdemu, kto tylko przejeżdża przez Końskowolę. Wg mnie to najważniejszy punkt mojej dzisiejszej eksploracji. Jest to bowiem jedna z pierwszych świątyń zbudowanych w stylu renesansu lubelskiego, której szlakiem podążam. Pierwsza pisemna wzmianka o nim pochodzi już z 1549 roku. Był wtedy drewnianą kaplicą pod tym samym wezwaniem. Zdecydowanie warto jest  tu przyjechać, chociażby dla zobaczenia samej tej budowli.

Kapliczka morowa

W pobliżu kościoła pw. św. Anny, na terenie dawnego cmentarza znajduje się kapliczka morowa wystawiona w 1892 r. podczas epidemii cholery.

Dwór Tęczyńskich

Naprzeciw wspomnianego kościółka św. Anny, na niewielkim wzniesieniu stoi piętrowy dom ze spiczastym, czterospadowym dachem. Jest nieco ukryty za znajdującą się tam roślinnością. Jest dość niepozorny i aż trudno sobie wyobrazić, że jego historia sięga pierwszej połowy XVI wieku. Pierwotnie jednak budynek ten wyglądał zgoła inaczej. Najprawdopodobniej pierwotny dwór został spalony w czasie potopu szwedzkiego, na szczęście finalnie budowlę odbudowano.

Kościół parafialny pw. Znalezienia Krzyża św. i św. Andrzeja Apostoła

Kościół parafialny w Końskowoli ufundowany został w połowie XVI w. przez Andrzeja Tęczyńskiego, ówczesnego wojewodę lubelskiego i kasztelana krakowskiego. Wcześniej w jego miejscu stał drewniany kościół p.w. Znalezienia Krzyża Świętego i szacuje się, że ten powstał w końcu XIV wieku. Następnie ulegał przebudowom. Oprócz samej świątyni na uwagę zasługuje też pomnik Vanitas z połowy XVI wieku. Dawny cmentarz przykościelny, upamiętniono tu pomnikami między innymi Franciszka Dionizego Kniaźnina oraz generała Józefa Orłowskiego, a sama świątynia skrywa również w swych podziemiach krypty, którymi zainteresują się nie tylko nekrofile.

Krypty

Gdy udamy się do krypt, możemy poczuć się jak w mauzoleum Rodziny Tęczyńskich. W krypcie pod kaplicą południową złożono ciało Zofii z Opalińskich Lubomirskiej – również i na jej sarkofagu wyryto herb Tęczyńskich, czyli topór. Ciekawostką jest to, że do chwili obecnej rozpoznano tam trzy systemy krypt. Pierwszy zlokalizowany jest pod ołtarzem głównym, gdzie pochowany został m.in. Franciszek Zabłocki. Krypta północna: wiadomo było o niej tyle, że znajduje się w niej pomnik symbolizujący Vanitas. Oprócz pomnika odnaleziono w niej liczne pochówki szlacheckie z XVIII wieku. Z sali tej wychodzą cztery wyjścia do kolejnych krypt lub korytarzy, z których trzy zostały zamurowane prawdopodobnie już w XVI i XVII wieku. Moim zdaniem miejsce to jest niezwykle klimatyczne i przez to interesujące. Krypty kryją bowiem wyjątkowej urody sarkofagi, a największym skarbem końskowolskiej fary wydaje się być wspomniany powyżej nagrobek  Izabeli i Łukasza Opalińskich. 

Ratusz

W pobliżu kościoła parafialnego znajduje się m.in. ratusz. Wybudowany został w 1775 r. z fundacji Aleksandra Augusta księcia Czartoryskiego we wczesnym stylu klasycystycznym, a obecnie został przebudowany i nadano mu inny kształt, dzięki czemu nabrał odmiennego charakteru. Jest głównym budynkiem świeckim kształtującym miejski układ przestrzenny Końskowoli. Na placu w pobliżu ratusza znajdziecie m.in. pomnik pamięci. 

Pomnik pamięci

Pomnik poświęcony jest pamięci mieszkańców pomordowanych przez hitlerowców i poległych w latach 1939 – 1945. Pomnik stoi na rynku w Końskowoli. Jest to prostokątny postument z napisem upamiętniających pomordowanych. W górnej części postumentu na wystających płytach wykonane zostały płaskorzeźby żołnierzy podczas akcji bojowej. Cenne miejsce dla upamiętnienia smutnej historii miasta i kraju.


Żółty szlak rowerowy

Warto jest również przyjechać tu z rowerami. Końskowola należy do szlaku rowerowego, który ciągnie się prawie 30 km wzdłuż następujących miejscowości: Puławy – Osiny – Sielce – Końskowola – Młynki – Puławy. Szlak ten biegnie przez pola i lasy, z dala od większych skupisk ludzkich, co dodatkowo podnosi jego walor, a przez ponad połowę długości tej trasy przejedziecie nad rzeką Kurówką. Bardzo polecam wszystkim fanom pedałowania.

Cmentarz ewangelicko-augsburski

Czartoryscy, dbając o rozwój gospodarczy Końskowoli sprowadzili tu ok. 300 rzemieślników z Niemiec, głównie z Saksonii. Szkoda, że największą pamiątką po tej społeczności są pozostałości malowniczo położonego nad rzeką Kurówką cmentarza.

Folwark

Wśród zabytków końskowolskich ważne miejsce zajmują pozostałości dawnego folwarku. Z całą pewnością istniał on w miasteczku już za czasów Tęczyńskich, przez kolejnych właścicieli – Lubomirskich i Sieniawskich – był pieczołowicie rozbudowywany, ale swój rozkwit zawdzięcza Czartoryskim, którzy właśnie w Końskowoli ulokowali administrację swoich nadwiślańskich dóbr. Folwark w Końskowoli obejmował, oprócz pałacu ekonoma, także mieszkania urzędników, mieszkania oraz warsztaty rzemieślników kilkudziesięciu profesji, trzy browary, mielcach, gorzelnię, młyny, składy, spichlerz, stajnie i obory.

B jak bajeczne legendy

Kto z nas nie lubi legend? Bajeczki, ploteczki, dupeczki czy voodoo laleczki – tego również nie może zabraknąć i dziś na moim blogu. Jeśli Wasze respiratory nadal działają, to bądźcie szczęśliwi, gdyż za chwilę poznacie legendę nawiązującą do etymologii nazwy Końskowola. I choć wielu z Was może mieć już sprośne myśli. Ja jednak powiem Wam jak wyglądają tutejsze legendarne opowieści, w których wszystko zależało od woli koni. Poniżej prezentuję te, które udało mi się dla Was zdobyć:

LEGENDA O POWSTANIU WSI

Parny i duszny sierpniowy dzień, zmęczony całodzienną pracą chylił się ku zachodowi. Raz po raz spływały krótkie i przelotne deszcze, ożywiając roślinny świat. Słońce wychyliło się zza chmur oddając ostatni pokłon. Nadchodziła noc.

Czarna kobieta aksamitnym płaszczem okryła świat. Tego wieczoru, od strony Puław, jechała kareta ciągnięta przez cztery konie. Drewniane koła pojazdu głęboko wrzynały się w błoto. Konie, smagane ostrym deszczem, zmniejszały szybkość. W karecie dziedzic okrywał zmarzniętą, młodą i piękną jak róża żonę, przywołując do porządku woźnicę, który stracił panowanie nad końmi i zjechał na stary, zapomniany przez ludzi cmentarz.

Konie, szalejąc, ciągnęły karetę za sobą. Wreszcie stanęły jak wryte… Woźnica smagał je, batem daremnie usiłując zmusić do dalszej jazdy. Wystraszone rumaki stawały dęba, rżały cofając się w panice. Wokół szalała burza…Ziemię nawiedził silny grzmot. Zdawało się, iż opadną obłoki i cały świat runie.

Tu i ówdzie w pobliskie drzewa trafiały pioruny rozłupując je na drzazgi. Po godzinnym piekle, jakie sprawiła natura, powoli nastawała cisza. Ucichła burza i noc przybrała inną szatę. Na niebie ukazały się nieco przymglone gwiazdy.

Konie, które teraz poganiał dziedzic, raptownie szarpnęły i kareta obróciła się wokół własnej osi – konie chciały zawracać. Wówczas dreszcze lęku ogarnęły podróżnych – przypisując to mocy Bożej lub szatańskiej. Wiosną 1380 roku na tym cudownym miejscu stanęła kaplica a jej fundatorem był dziedzic Jan Koniński z Witowic.

Tu powstała więc wieś przyjmując nazwę Konińska Wola – od końskiej woli. 

LEGENDA O JEŹDŹCU Z KOŃSKIEJ WOLI

Podanie ludowe głosi, iż przed wiekami, po groźnej i ulewnej burzy, zabłądził w puszczy możny pan – jeden z zaufanych doradców króla Bolesława Śmiałego. Kiedy na próżno usiłował znaleźć leśny dukt, zdał się na instynkt swojego wierzchowca.

Przestał nim kierować, jedynie klepnął zwierzę po karku i zagadał doń pieszczotliwie. Koń kluczył wśród zarośli, aż wreszcie zatrzymał się, zwiesił głowę, począł skubać trawę. Jeździec w żaden sposób nie mógł go zachęcić do dalszej drogi. I oto nagle ukazali się smolarze, którzy podprowadzili jeźdźca do leśnego traktu.

Wówczas jeździec zrozumiał, że uparta wola konia sprawiła, iż szczęśliwie odnalazł drogę w dzikiej kniei. A kiedy później opowiadał na królewskim dworze swoją przygodę, ten i ów żartując zaczął to miejsce nazywać końską wolą.

LEGENDA O KAWAŁKU DRZEWA Z KRZYŻA ŚWIĘTEGO W KOŃSKOWOLI

Niech tam sobie mędrcy wywodzą swoją naukową teorię na temat powstania Końskowoli. Twierdzą, że powstała ze starej osady o nazwie Wola Witowska i od nazwiska właścicieli okolicznych dóbr. Ale stara legenda głosi inaczej.

Przed wiekami przez miejscowość położoną nad rzeką Kurówką prowadził znaczny szlak handlowy. Podobno była to droga łącząca Ruś Kijowską z Rzymem. Trakt jak trakt. W jednym miejscu droga była dobrze ubita, w innym błotnista. W dolinie Kurówki, w miejscu gdzie gościniec prawie dotykał rzeki, bagnisko było rozległe. I nawet latem, jeśli deszcze popadały, trudno było przejechać.

Błoto przelewało się przez koła, a koniom sięgało po brzuchy. Konie się buntowały i stawały dęba. Nawet batożenie nie pomagało. Ani nawet popychanie wozów przez unurzanych w szarej mazi pachołków. Cały tabor stał w miejscu. Miejsce to rychło stało się znane wszystkim przewoźnikom. Mówili, że jest to miejsce gdzie od końskiej woli zależy czy się pojedzie czy nie.

Na tym nie koniec. Pewnego razu taborem, z Ziemi Świętej, wieziono relikwie – kawałek drzewa z Krzyża Świętego. Konie stanęły. I choć tym razem błota było nawet mniej niż innymi razy, nie chciały ruszyć. Domyślano się, że przez konie przemawia Wyższa Siła.

Uszczknięto więc skrawek relikwii i pozostawiono, a miejscowa ludność postanowiła wybudować na tym miejscu kościół. Konie ruszyły od razu, jakby wcale nie były zmęczone. Stąd Końskowola, a w niej Kościół pod wezwaniem Znalezienia Krzyż Świętego.

LEGENDA O DIABELSKIM PODRZUTKU Z KOŃSKOWOLI

Było to dawno, dawno temu, w czasach, gdy diabły lubiły podmieniać ludziom dzieci. Pewna wieśniaczka zabrała w pole niemowlę. Zajęta pracą, na chwilę straciła je z oczu,a kiedy zaczęło płakać, poszła sprawdzić co się dzieje. Widok ją przeraził, bo zamiast jej dziecka w pieluchach leżał przeraźliwie brzydki stwór z żabimi oczami  i uszami nietoperza. Zrozpaczonej matce guślarka poradziła wykąpać podrzutka w święconej wodzie. Czarci syn wrzeszczał ile miał sił w piersiach, aż usłyszał go jego ojciec Diabeł. Zorientowawszy się w sytuacji, natychmiast oddał matce jej  dziecko, a ze swym  potomkiem uciekł do Królestwa Piekieł. Ów  Diablik wyrósł na okrutnego, mściwego Czarta, któremu przypisywano liczne przypadki śmierci  mieszkańców  Końskowoli, bo jak mawiano: mścił się za swą „święconą kąpiel”.

C jak czym pachnie Końskowola?

Gmina Końskowola tworzy tzw. „zielone zagłębie” słynące z produkcji szkółkarskiej, która obejmuje uprawę sadzonek drzew, różnych gatunków krzewów owocowych oraz ozdobnych. Gmina jest jednym z największych w kraju producentów krzewów róż. Korzystne warunki glebowe powodują, że rocznie eksportuje się stąd najwięcej róż na tle całego kraju. Szacuje się nawet, że uprawą roślin zajmuje się tu ponad 80% mieszkańców gminy, a sama Końskowola nazywana bywa „różanym miastem” albo „miastem róż”. Także już wiemy, czym pachnie Końskowola, a zwróćcie uwagę, że nazwa mogła tak bardzo zmylić. Nie miejcie jednak wątpliwości, w różanym zagłębiu nie pachnie końską kupą. Byłem, wąchałem, potwierdzam, z resztą możecie osobiście się o tym przekonać, do czego zachęcam.

Leżąca niedaleko Puław Końskowola jest zdecydowanie rzadziej odwiedzana przez turystów, a szkoda, bo moim zdaniem ma niezwykle barwną historię. Warto poznać także tutejsze zabytki, poczuć klimat tego miejsca i poznać lokalną społeczność, gdyż jest bardzo życzliwa dla przyjezdnych. Niebawem kolejne podróże szlakiem renesansu lubelskiego. Warto jest wiedzieć, że jest to wykształcony na terenie Lubelszczyzny styl architektoniczny, który łączy w sobie cechy gotyku oraz renesansu włoskiego i niderlandzkiego. Charakterystyczne dla niego są m.in. sterczynowe szczyty i bogato zdobione gzymsy. Pojawił się wraz z zatrudnieniem zagranicznych architektów, a rozprzestrzenił na terenach ówczesnej wschodniej Polski. Zatem wypatrujcie kolejnych wpisów i do następnego razu.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Coco Chanel oraz ElPiteros

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#Co warto zobaczyć w Końskowoli #lubelskie #rafalbil
#Końskowola #blog podróżniczy #patronite 

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Emilcin | Neple | Fotograf Sieradz  | Fotograf Chęciny |  Fotograf Gąbin | Fotograf Czechy | Fotograf Toledo | Fotograf Bałtów | Fotograf Granada | Fotograf Kijów  | Fotograf Zaanse Schans | Fotograf Czarnobyl | Fotograf Rzeszów | Fotograf Madryt | Fotograf Sewilla | Fotograf Izrael | Fotograf Warszawa | Fotograf Ukraina | Fotograf  Hiszpania | Fotograf Polska | Fotograf Holandia | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Końskowola| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Fotograf Końskowola | Co warto zobaczyć w Końskowoli| Lubelszczyzna 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Muzułmański Cmentarz Tatarski

Ci, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, że gdy podróżuję, lubię również odwiedzać cmentarze. Dziś opowiem Wam o jednej z warszawskich nekropolii. Nie będzie żartów, ani poszukiwań krowy, która zmieni zdanie. Także jeśli ktoś liczył na śmieszki heheszki, niech od razu zamknie stronkę, ale jeśli dacie się zabrać na ten wirtualny spacer w tę część Woli, myślę, że nie będziecie żałować. Zabieram Was na cmentarz znajdujący się w sąsiedztwie Cmentarza Powązkowskiego. Choć jest to jedna z najmniejszych i jednocześnie najrzadziej odwiedzanych stołecznych nekropolii, nie oznacza, że nie jest warta uwagi. Zabieram Was dziś do jednego z najbardziej orientalnych miejsc w Warszawie. Poznacie kilka ciekawostek i elementów tutejszego pochówku. Gotowi? No to ruszamy. Przyszedł czas na ABC o Muzułmańskim Cmentarzu Tatarskim.

Trzeba też przyznać, że powierzchniowo cmentarz ten również nie należy do okazałych na tle innych tutejszych nekropolii, gdyż  zajmuje zaledwie powierzchnię przybliżoną do około jednego hektara. Niemniej warto jest tu przyjść, by zobaczyć jak pochowani są m.in. wyznawcy Allaha, dla których Polska stała się drugą ojczyzną.

Muzułmański Cmentarz Tatarski został założony w 1867 roku. Otwarto go z dość utylitarnych względów, bowiem zapełnił się w tamtym czasie Muzułmański Cmentarz Kaukaski, który do dziś mieści się przy ul. Młynarskiej w Warszawie. Warto jest wiedzieć, że pierwotnie chowano tutaj muzułmanów z wojska rosyjskiego. Obecnie zdecydowaną większość stanowią tu  pochowani spolszczeni Tatarzy pochodzący z Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przez długi czas, bo do I wojny światowej, a nawet w początkach II Rzeczypospolitej, funkcjonował jako nekropolia żołnierska, z tej prostej przyczyny, że większość muzułmanów w Kongresówce służyła w wojsku carskim. Niestety cmentarz ten został częściowo zniszczony podczas II wojny światowej. Spustoszeń dokonali Niemcy w 1942 roku, kiedy ich czołgi skryły się tu przed radzieckim nalotem. Jednak apogeum zniszczeń nastąpiło w czasie powstania 1944 roku, gdy Niemcy ostrzeliwali pozycje powstańców. Na szczęście część nagrobków zachowała się do chwili obecnej i dzięki temu mogę je Wam dziś pokazać.

Cmentarz ten dziś jest miejscem pochówku nie tylko licznych Polskich Tatarów, ale również innych wyznawców islamu. Obecnie znajduje się on pod opieką Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków i od 1984 roku, cała nekropolia została wpisana do rejestru zabytków. Natomiast w 2014 roku uznano go za pomnik historii. Jeżeli zdecydujecie się to miejsce  odwiedzić, wystarczy udać się na ul. Tatarska 8 w Warszawie. Spacer, który tam odbędziecie, może będzie krótki pod względem pokonanej odległości, ale niekoniecznie pod względem czasu, który tam spędzicie. Pośpiech nie jest tu wskazany, ponieważ łatwo jest wówczas nie zauważyć oryginalnych napisów na nagrobkach. Mnie osobiście urzekł grób, gdzie pochowany był gen. Safar-Bek Malaga, szczególną mą uwagę przykuł napis „Śpij spokojnie w tym grobie, niech się Kaukaz przyśni Tobie”.

Warto jest pamiętać, że Tatarzy polscy są wyznawcami obrządku sunnickiego, obejmującego większość wyznawców Islamu na świecie. Jednakże oddalenie i praktyczny brak kontaktów przez kilka stuleci z centrami muzułmańskimi spowodował wprowadzenie do praktyk religijnych i przeniknięcie do obrzędowości i tradycji wielu pierwiastków chrześcijańskich, ale i elementów wierzeń szamańskich. Nie spowodowało to jednak odejścia od najważniejszych zasad islamu. Jak głosi informacja zapisana na cmentarnej tablicy, niedozwolone jest chowanie prochów osób kremowanych, odmawia się wówczas pogrzebu, bowiem kremacja wśród wyznawców islamu jest zabroniona. Ciekawostką jest również to, że jeszcze pod koniec XIX w. cmentarz podzielony był na część dla bogatszych, która znajdowała się na prawo od wejścia i część dla biedniejszych, tej po lewej stronie. Na szczęście z upływem czasu podział ten został zażegnany. Dziś jest to miejsce do zadumy, ale i uczące nas tolerancji, pytanie jest tylko takie, czy jesteśmy gotowi na takie lekcje. Trzymajcie się i do następnego razu.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Coco Chanel oraz ElPiteros

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#warszawa co warto zobaczyć #mazowsze #rafalbil
#blog podróżniczy #cmentarz tatarski #patronite 

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Emilcin | Neple | Fotograf Sieradz  | Fotograf Chęciny |  Fotograf Gąbin | Fotograf Czechy | Fotograf Toledo | Fotograf Bałtów | Fotograf Granada | Fotograf Kijów  | Fotograf Zaanse Schans | Fotograf Czarnobyl | Fotograf Rzeszów | Fotograf Madryt | Fotograf Sewilla | Fotograf Izrael | Fotograf Warszawa | Fotograf Ukraina | Fotograf  Hiszpania | Fotograf Polska | Fotograf Holandia | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Cmentarz Tatarski| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Fotograf Warszawa | Co warto zobaczyć w Warszawie| Mazowsze 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Neple

A jak atrakcje Nepli

Jeśli w szkole określano Cię lamusem, to wiedz, że nie jesteś sam. Od 1786 roku we wsi Neple stoi nieco inny, ale również lamus – tyle, że ten zwany był i jest „Skarbczykiem”. Jedną zasadniczą różnicą jest tylko to, że tutaj określenie lamus odnosiło się do wzniesionego przez Franciszka Ursyna Niemcewicza budynku, a nie do Ciebie, prawdopodobnie z uwagi, że uczyłeś czy uczyłaś się lepiej od innych i przez swoją introwertyczność odstawałaś/eś od reszty ludzi z klasy. Nie łam się jednak, bo nie skończyłaś/eś finalnie tak źle jak ten z Nepli. Budowla dziś niszczeje, a szkoda, gdyż choć nie jest wielka, to ma swój unikalny urok. Ty skoro czytasz mój blog widać masz się dobrze, wiedz tylko, że za straty na Twoim mózgu, za dalszą lekturę nie odpowiadam. Robisz to zupełnie na własną odpowiedzialność, a ja jedynie doceniam Cię za odwagę.

Wróćmy jednak do naszego lamusa z Nepli. Budynek ten przechodził remonty i po odnowieniu nadano mu neogotycki charakter.  Był on częścią całego zespołu pałacowego i jednocześnie jedną z nielicznych budowli, która obok kaplicy grobowej św. Juliusza oraz budynku mieszkalnego, tzw. Białego Dworku zachowała się do dziś. Zespół dworski w Neplach należał jak się łatwo domyślić w okresie XVII-XIX w. do rodu Niemcewiczów. Na początku XIX wieku nowy właściciel Nepli, Kalikst Mierzejewski wybudował tu tzw. Biwak – pawilon mieszkalny przeznaczony dla cara Aleksandra I, który w latach 1818-25 przybywał do Nepli, a właściwie do żony Kaliksta – pięknej Julii z Orzeszków.

Tak czy siak mało kto się domyśla, ale z gościnności korzystał sam car. Zostawiam jednak ten temat, gdyż wiem jakie niegrzeczne myśli się Was imają, z resztą po części słusznie. Mówiło, się bowiem, że owocem tych częstych odwiedzin jak i romansu cara z żoną właściciela Nepli miał być syn Mierzejewskich – Juliusz August, urodzony w 1817 roku. Ja jednak plotkami się nie zajmuję. Czas zatem na sprawy bardziej poważne*, czyli czas na słynną Babę z Nepli (*ja i sprawy poważne – to na pewno nie jest cytat ze mnie).

B jak Baba z Nepli

Kto z nas nie lubi Legend? Jedna z tutejszych głosi, że piękna młoda dziewczyna zakochała się w tutejszym chłopie, którego nie zaakceptowała jej matka. Młodzi chcieli wziąć ślub, ale dzień przed uroczystością matka ostrzegła swoją córkę słowami: Obyś skamieniała zanim dojdziesz do kościoła. I tak o to Panna Młoda idąc przez pola na swój ślub zamieniła się w kamień. Dziewczyna biegła już jednak do swojego chłopca i nic nie robiła sobie z klątwy matki. Radosnym krokiem przemierzała rozkwiecone łąki. Od kościoła dzielił ją jeszcze mały pagórek, kiedy nogi zaczęły jej bardzo ciążyć. Każdy kolejny krok stawał się coraz trudniejszy. Postanowiła jednak, że postawi na swoim i stanie ze swoim wybrankiem przed ołtarzem. Niestety po kilku kolejnych krokach w kierunku świątyni panna cała zamieniła się w głaz. Stoi tam do dziś dnia, jako przestroga dla nieposłusznych panien i kawalerów. Morał jest tej historii prosty, trzeba się słuchać mamy. Pozdrawiam swoją, buziaki dla Ciebie Tereska.

Gdy spojrzałem swym subiektywnym okiem na ów Babę, to powiem Wam, że bardziej przypominała mi Bukę z Muminków lub coś na kształt kamiennego krzyża. Jeśli przyjąć by tą drugą wersję, miało by to swój sens. Prawdopodobnie mogło być to miejsce kultu dawnych Słowian. Bo co by tu robiła Buka, to nie umiem Wam powiedzieć, szczególnie, że trafić w to miejsce nie było prosto, gdyż asfalt zwijali już jakieś 1000 metrów wcześniej. Szkoda też, że ktoś usilnie chciał wykonać jej coś w stylu make-up’u. Tutaj apel na dziś – drodzy czytelnicy mojego bloga, szanujmy pomniki przyrody, kochajmy wszystkich, nie oszczędzajmy nikogo.

C jak czołg

Aby dojść czy dojechać do kolejnej atrakcji Nepli, należało kierować się polną drogą naprzeciw Kamiennej Baby wprost właśnie do pomnika czołgu. Kamień stoi na wzgórku w odległości około 50 metrów od asfaltowej drogi, dzięki czemu łatwiej już było trafić do tej unikalnej atrakcji Nepili. Kiedy zobaczyłem ten unikatowy czołg Armii Czerwonej, który jako pierwszy miał przejechać Bug i wraz z innymi wyprzeć Niemców z Polski, zrobiło mi się niedobrze, być może dlatego, że wcześniej zjadłem hot dogi na stacji benzynowej, albo z uwagi na wyboje drogowe, a być może z innych względów, sam już nie wiem.

Fakt faktem, czołg jest odmalowany i dumnie stoi na podwyższeniu, tuż nieopodal naturalnej granicy między Polską, a Białorusią. A właśnie, będąc już tak blisko rzeki, koniecznie wybierzcie się nad Bug, którego zakole, kapitalnie widać na skraju skarpy, przy słupku granicznym numer 1287. W okolicy znajdziecie też Rezerwat przyrody Czapli Stóg, którego całkowita powierzchnia zajmuje niespełna 5 ha. Bez wątpienia w tym miejscu wypoczniecie, a przy odrobinie szczęścia zobaczycie Czaple. Mnie tym razem się nie udało, ale spacerujący po pobliskim polu bocian, zrekompensował wszelkie braki czapli czy krowy, która mogłaby zmienić zdanie. Ale nie martwcie się poszukiwania trwają dalej. Dla niewtajemniczonych podaję link do akcji pod kryptonimem Mućka.

Reasumując – czy warto jest tutaj przyjechać? Moim zdaniem tak, mając na uwadze, że jest to wieś, to śmiem przyznać, że ma całkiem sporo do zaoferowania. Mam też na względzie, że jedni lubią przytulać się do siebie, inni do drzew, a jeśli lubicie utulić zimną jak głaz babeczkę, Neple są właśnie dla Was. Z góry przepraszam z tego miejsca wszystkich 245 mieszkańców Nepli, za te pielgrzymki z całej Polski fanatyków macania kamieni i innych zboków, którzy Was w najbliższych dniach odwiedzą. Co złego to nie ja, do następnego Kochani. Nie zapomnijcie zostawić lajka czy udostępnić posta na swoim fejsiku. Nic tak nie uratuje świata jak to.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Coco Chanel oraz ElPiteros

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#neple co warto zobaczyć #lubelskie #rafalbil
#blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite 

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Emilcin | Neple | Fotograf Sieradz  | Fotograf Chęciny |  Fotograf Gąbin | Fotograf Czechy | Fotograf Toledo | Fotograf Bałtów | Fotograf Granada | Fotograf Kijów  | Fotograf Zaanse Schans | Fotograf Czarnobyl | Fotograf Rzeszów | Fotograf Madryt | Fotograf Sewilla | Fotograf Izrael | Fotograf Warszawa | Fotograf Ukraina | Fotograf  Hiszpania | Fotograf Polska | Fotograf Holandia | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska| Rafał Bil Podróże| Zwiedzanie| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Fotograf Neple | Co warto zobaczyć w Neplach| Lubelskie 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

 

Stołpie

ABC o tajemniczej wieży w Stołpiu

Czołem Ananaski, dziś kolejna eksploracja w województwie lubelskim. Zabieram Was na wieś nad dolinę rzeki Garki. Pakuję w plecak aparat i przy wsparciu mojego nowego Patrona, któremu dedykuję ten wpis, ruszam w drogę do znajdującej się w odległości około 10 km od Chełma i 60 km od Lublina miejscowości Stołpie. ElPiteros, dzięki za wspólny wypad. Wróćmy do sedna, do naszej wioski. Jak się pewnie domyślacie, sama jej nazwa wiąże się ze wznoszącą się tu wieżą, zwaną dawniej Stołpem, o której wzmiankowano już w 1204 roku. Prowadzono też specjalistyczne badania, z których wynikało, że mogła ona stać tutaj już dużo wcześniej. Zdania na ten temat są podzielone, ale może i dobrze, bo nudno byłoby, gdyby się wszyscy we wszystkim ze sobą zgadzali. Z resztą więcej o braku wzajemnej aprobaty będzie jeszcze za chwilę. Poniżej tradycyjnie już mapka, byście mogli sobie uzmysłowić, gdzie znajduje się dzisiejsza atrakcja. Jesteście gotowi? No to ruszamy do jednej z najbardziej tajemniczych wież tej części Polski. 

A jak atrakcja czy nie, o to jest pytanie?

Wieża w Stołpiu to główna atrakcja turystyczna tej wsi i już od początku rozwiewam wszelkie wątpliwości w tej kwestii, naturalnie moim subiektywnym zdaniem. Są jednak głosy, że ważniejszą jest przystanek autobusowy na którym przyjezdnych wita wielki napis: „JEBAĆ LGBT”. Myślę, że lubiące seks środowiska homoseksualne masowo skorzystają z takiego kuszącego zaproszenia, a może wypadałoby nazwać to wprost – erotycznej propozycji – tajemniczego przystankowego malarza, który ten zabytkowy fresk wykonał i z którym włodarze od dłuższego czasu nic nie robią. Przystanek PKS jest niedaleko od wieży, będąc tam zobaczcie go więc koniecznie.

Zostawmy dziś atrakcję nr 2 na dalszym planie. Mój blog, moje zasady, a jak się nie podoba to zabierajcie zabawki i przenieście się do nowej piaskownicy i szukajcie sobie sami krowy, która zmieni zdanie. Już w tym momencie Wam zdradzę, że i tym razem się nie udało. Uzmysławiam sobie jak trudny i ambitny cel obrałem, ale nie traćcie nadziei i zrozumcie moje rozgoryczenie i frustrację wynikającą z kolejnej porażki. Dla niewtajemniczonych podaję link, byście mogli poczytać i dowiedzieć się o co chodzi z tą krową patronite.pl/rafalbil Tematem dnia ma być wieża w Stołpiu, która też w społeczności lokalnej budzi sporo kontrowersji. Dlatego skupmy się na niej i przejdźmy do rzeczy.

Przyznam Wam się też szczerze, że przygotowując ten wpis, pokusiłem się o pewien research na temat głównej, tutejszej atrakcji. Na jednych z forów internetowych przekonałem się jak ruiny średniowiecznej wieży we wsi Stołpie potrafią budzić skrajne emocje. Kiedy jeden z komentatorów przyznał: „Ja bym to wyburzył. Ani to ładne ani potrzebne a tylko zagrożenie stwarza. Dzieci trza pilnować żeby tam nie lazły, menele się załatwiają i śmiecą. Taka prawda.”. Drugi mu natomiast odpowiedział: „Odsuń się analfabeto od klawiatury !”. Wiecie co w tym wszystkim jest piękne, że każdy ma prawo w podróżach wyrażać swoje opinie i subiektywnie oceniać, czy mu się coś podoba czy nie. Podobnie przecież może ktoś wyruszyć do Egiptu, gdzie zobaczywszy piramidy uzna: „eee słabo, w katalogu biura podróży wydawały się większe” i rozumiecie, stajecie przed kolebką starożytności i symbolami kultury i dorobkiem człowieka z przed ponad dwóch i pół tysiąca lat przed naszą erą i jednym zdaniem oceniacie dorobek cywilizacyjny ludzkości, mówiąc że: „w katalogu wyglądały lepiej”. Można, no można – bo mamy w końcu demokrację i wolność słowa, przynajmniej teoretycznie. Wróćmy jednak z Egiptu do województwa lubelskiego, bo to właśnie tu, tuż przy drodze krajowej nr 12 dumnie stoją ruiny czworobocznej kamiennej wieży powstałej w średniowieczu w kręgu kultury zachodnio-romańskiej. Budowla jest wysoka na około 20 metrów, a ściany ma zbliżone do kwadratu mierzącego około 6 metrów (dzięki tym informacjom będzie Wam łatwiej ją sobie wizualizować). Ciekawostką jest to, iż na zewnątrz wieża jest kwadratowa, a wewnątrz okrągła. Zawsze jak jestem w takich miejscach to zastanawiam się nad legendami, które skrywają mury tej mrocznej budowli.

B jak biała dama

Od razu po przyjeździe tu zacząłem deliberować, czy w tej wieży zamknięta była jakaś księżniczka, która po dziś dzień straszy mieszkańców? A jeśli nawet, tak to wnioskuję, że musiała to być niegrzeczna dziewczynka, bo grzecznych przecież się nie zamykało. Ale scenariusze w tej kwestii zostawiam Wam i Waszym wyobraźniom, niech ponosi Was fantazja. Wiedzcie tylko, że w średniowieczu było modne takie karanie niewiast (informacja pozyskana została na zasadach tajemnicy dziennikarskiej od lokalnych fanów podwarszawskiego klubu bdsm i więcej na ten temat nie mogę Wam zdradzić, no chyba że mnie zaprosicie na wódkę, spijecie i siłą wydobędziecie ze mnie tę tajemniczą legendę, którą skrywa ta budowla). Zaznaczę tylko, że Biała Dama nie sponsoruje tego wpisu (choćby mogła), ale gorszą wiadomością dla mnie było to, że niestety nie dało się wejść do środka wieży. Krata jest zamknięta na kłódkę, jak mówią lokalni mieszkańcy, od wielu lat, a dodatkowo obecnie w środku znajdziecie rusztowanie, gdyż trwają prace remontowe. Wewnątrz leży kilka artefaktów, w postaci butelek po różnych alkoholach. Pomimo, że nie byłem w środku, nie twierdzę, że miejsce to nie skrywa w sobie wielu ciekawych tajemnic. Jestem przekonany, że na przestrzeni tylu set lat, na pewno działo się tam nie mało.

C jak co jeszcze warto zobaczyć w okolicy?

Sama wieża znajduje się na wzniesieniu, w której okolicy nie brakuje zieleni. Na niedużym owalnym kopcu wypływa też źródełko, a tuż obok podobne drugie. Mówi się nawet o cudownych właściwościach źródła. Byłem też  świadkiem czerpania wody przez lokalnego mieszkańca i choć woda z niego wygląda na czystą, czy jest dobra nie wiem, gdyż się nie skusiłem. Wypowiem się za to na inny temat. Trudno jest tu wypoczywać, gdyż całość znajduje się bardzo blisko ruchliwej drogi, co zdecydowanie nie sprzyja klimatowi tego miejsca. Dodatkowo pobliskie zabudowania rzeczywiście psują krajobraz wokół wieży i z całą pewnością bez tych elementów obiekt ten wyglądałby znacznie ciekawiej. W okolicy jest jednak sporo drzew i krzewów, a w powietrzu unosi się zapach kwitnącego bzu, co dodaje uroku okolicy. Jeśli spytacie mnie czy warto tu przyjechać, to odpowiem, że mając na uwadze, że jest to prawdopodobnie najstarszy zabytek architektury romańskiej we wschodniej Polsce, a przez swoje nawiązania do kultury bizantyjskiej jest budowlą wręcz unikatową i nie mającą analogi na terenie całego kraju, to odpowiem że tak. Miejcie też na uwadze, że zobaczenie tego najstarszego zabytku architektury romańskiej we wschodniej Polsce można połączyć z wyjazdem do pobliskiego Chełma. Zobaczenie wieży w Stołpiu bowiem nie zajmie Wam wiele czasu, a będziecie mieli przekonanie, że widzieliście na własne oczy, najbardziej charakterystyczny zabytek Chełmszczyzny. Na Chełm i kolejne atrakcje turystyczne województwa lubelskiego jeszcze przyjdzie pora, także do następnego razu Ananaski.

Ten wpis powstał dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Coco Chanel oraz ElPiteros

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#stołpie #lubelskie #rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite 

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Emilcin | Stołpie | Fotograf Sieradz  | Fotograf Chęciny |  Fotograf Gąbin | Fotograf Czechy | Fotograf Toledo | Fotograf Bałtów | Fotograf Granada | Fotograf Kijów  | Fotograf Zaanse Schans | Fotograf Czarnobyl | Fotograf Rzeszów | Fotograf Madryt | Fotograf Sewilla | Fotograf Izrael | Fotograf Warszawa | Fotograf Ukraina | Fotograf  Hiszpania | Fotograf Polska | Fotograf Holandia | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Polska | LBN| Trip| Rafał Bil Podróże| Zwiedzanie| Blog podróżniczy| Podróżowanie| Fotograf Stołpie | Lubelskie 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Gardzienice

ABC o Gardzienicach

Dziś czeka Nas bardzo spokojna wyprawa do równie cichego i przy tym urokliwego miejsca. Przyszła kolej na odwiedzenie Gardzienic. Zabieram Was na wieś leżącą zaledwie około 30 km od Lublina. To tutaj mogłem nie tylko wyciszyć się i odpocząć od zgiełku miasta, ale przede wszystkim odkryć coś nowego, ale o tym będzie nieco później. Sama wioska znajduje się w powiecie świdnickim, w gminie Piaski. Miejscowość słynie przede wszystkim z działalności znanego nie tylko w kraju, ale i na świecie Ośrodka Praktyk Teatralnych Włodzimierza Staniewskiego. Rozsiądźcie się więc wygodnie, czas rozpocząć podróż wzdłuż Szlaku Renesansu Lubelskiego. Przekonajcie się co warto zobaczyć właśnie w Gardzienicach.

 

A jak ariańska kaplica i inne atrakcje Gardzienic

Mogę śmiało napisać, że zabieram Was dziś do świata teatru, świętego spokoju, urzekającej fauny oraz flory. Dla mnie Gardzienice stały się wyjątkową przestrzenią, swoistą enklawą i to pod kilkoma względami. To tu skrywało się przez tyle lat przede mną tak wiele unikalnych atrakcji. Już na początku zdradzę Wam, że warto jest tu przyjechać choć na krótszą lub dłuższą chwilę, bo bez wątpienia jest to miejsce z urokliwym dla oka zespołem pałacowym oraz klimatycznym parkiem. Od północnej strony tutejszego pałacu w stanie nienaruszonym pozostała ariańska kaplica z początków XVII wieku. Urzekły mnie tutaj również koncerty ptaków, które subtelnie pozwalały mi odpływać na trawie w wiosennych promieniach słońca. Ciekawe czy tak samo wybrzmiewała by moja recenzja, gdyby lało, było zimno i skończyły się zapasy słodyczy, które zwykle zabieram w podróż? Może te trudne pytanie pozostawmy bez odpowiedzi i przejdźmy do kolejnych atrakcji. Zwrócę uwagę na subiektywnie wybrane kilka miejsc, które tu zobaczyłem i uznałem za godne wyróżnienia na moim ekskluzywno-menelskim blogu podróżniczym.

Warto zwrócić uwagę na OFICYNĘ – jest ona oczywiście częścią kompleksu pałacowego. Na skutek pożaru w 1966 roku część parterowa uległa całkowitemu zniszczeniu do poziomu fundamentów. Ich stan techniczny ulegał regularnej dewastacji, a gdy oficyna została przekazana Ośrodkowi Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, wówczas budynek poddano remontom i obecnie mieści się tu sala teatralna przeznaczona do prowadzenia prób i prezentacji spektakli, odbywają się w niej również sympozja czy sesje warsztatowe. W starszej, wschodniej części oficyny mieszczą się natomiast archiwalia teatralne, zbiory video i filmoteka oraz stanowiska do komputerowej archiwizacji zbiorów Ośrodka. 

Kolejny z budynków, który tu spotkałem SPICHLERZ – od 2005 roku jest własnością Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Tutaj grano większość spektakli Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Dzisiaj Spichlerz jest już po przebudowie. Stał się siedzibą Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”. Z przepiękną, trzykondygnacyjną salą teatralną z nowoczesnym wyposażeniem – windą zewnętrzną,  salkami wykładowymi, biblioteką multimedialną, garderobami i pokojami gościnnymi. Całość robi duże wrażenie i pokazuje jak w odpowiednio zarządzanej instytucji z ruiny można stworzyć coś utylitarnego.

Kolejne intrygujące miejsce to SZOPA. Na samą myśl o niej zastanawiam się jakie teatralne akcje z horroru rodem wzięte miały w  tej popegeerowskiej szopie miejsce. Obecnie mieści się tam sala prób i zgromadzeń oraz scena teatralna. Uwielbiam takie miejsca, wiecie dlaczego, bo zawsze skłaniają mnie do myślenia, jakie ciekawe, straszne czy niewyjaśnione historie może ona skrywać.

MŁYNARZÓWKA to Dom Fundacji. Budynek z końca XIX wieku. Obecnie funkcjonuje jako własność Fundacji Na Rzecz Wspierania Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”.  Na terenie całego kompleksu jest jeszcze MAGICZNY OGRÓD, ale po moich ostatnich kontaktach z UFO, o których możecie więcej poczytać tutaj, strasznie bałem się tam wejść. Z perspektywy czasu, uznam, że niepotrzebnie, bo niczego magicznego tam nie doświadczyłem, a szkoda. Zatem czas ogłosić, że w kategorii rozczarowanie wyjazdowe roku, sekcja Gardzienice wygrywa MAGICZNY OGRÓD. Wiecie jak jest, jeśli słyszycie, że będzie magicznie, a jest zwyczajnie to w finalnej ocenie nie może być inaczej.

Pamiętać więc należy, że nie tylko miejsca tworzą klimat, ale i ludzie. Zobowiązany więc czuję się wspomnieć, że działający tu Ośrodek Praktyk Teatralnych „Gardzienice” to instytucja kultury o charakterze autorskim. W ciągu ostatnich 40 lat pracowało tu kilkuset artystów i twórców kultury nie tylko z kraju, ale i z całego świata. Sam Teatr Gardzienice swoją nazwę wziął, jak się łatwo domyślacie od nazwy wsi. Piękne jest to że w unikatowych miejscach pracują wyjątkowi ludzie, tworzący niesamowite rzeczy. Choć to wszystko brzmi tak pompatycznie, niczym złotouste teksty na temat prezydenta RP jednego z twórców dalekiego memu sercu gatunkowi muzycznemu, ale bez dwóch zdań na słowa uznania zasługuje. Może lepiej nie będę już się tak spinał, bo i tak z bojlera na moim brzuchu kaloryfera nie będzie (przynajmniej w najbliższym czasie). Idźmy lepiej dalej, może spacer do kolejnych miejsc pozwoli na spalenie kilku zbędnych kalorii. Czuję się teraz jak Wasza prywatna Chodakowska.

Jeszcze bym zapomniał o pewnych ruinach. Miałem wrażenie, że to zabytkowa budowla znajdująca się niemalże u stóp dworu w Gardzienicach, ale nic bardziej mylnego. Wyczytałem się po powrocie do domu, że w II połowie XIX wieku ówczesny właściciel dóbr gardzienickich wybudował w tym miejscu okazałą i nowoczesną jak na tamte lata gorzelnię, która przynosiła spore zyski. Funkcjonowała ona jeszcze w I połowie XX wieku. Jednak nie są to żadne ruiny zamku, jak początkowo mi się mylnie zdawało.

Bez wątpienia w Gardzienicach skrywa się ciekawy kawał historii Polski, przyjedźcie tu, aby ją odkryć. Nie brakuje tu również legend, które skrywa sam pałac. Jedną z nich jest ta o córce właścicieli Pałacu, która wzgardziła całym tym majątkiem, gdy rodzice nie zaakceptowali jej związku z biedniejszym wybrankiem jej serca. To wówczas miało powstać określenie miejscowości Gardzienice, a nazwa ta przetrwała po dziś dzień, a przynajmniej tak stanowi jedna z tutejszych legend. Córkę natomiast wygnano do pobliskiej wsi określonej Wygnanowice.

Jest tu też legenda o siodle tureckim wysadzanym srebrem i drogimi kamieniami, ale nie będę Wam wszystkiego zdradzał. Zawsze warto zostawić choć trochę tajemnic tego miejsca, byście mogli je sami odkryć. Gdyby komuś z Was udało się przypadkiem odnaleźć to siodło, nie zapomnijcie dzięki komu się o nim dowiedzieliście. Nie ma natomiast legendy o krowie, co gorsze nawet nie spotkałem tu ani jednej krasuli. Dlatego poszukiwania mućki, która zmieni zdanie trwają nadal (więcej na ten temat możesz przeczytać tutaj).

B jak bezpieczeństwo

Gardzienice zachwyciły mnie, nie tylko swoim urokiem, ale dały też poczucie bezpieczeństwa i pozwoliły wypocząć oraz odzyskać wewnętrzny spokój. Dla mnie osobiście miejsce te stało się swoistą enklawą. Poczucie bezpieczeństwa nadaje tu bez wątpienia park, który zajmuje zachodnią i południową część wyniesienia łącząc się ze skarpą, oddzielającą od zachodu wyniesienie od doliny rzeki. Wiek rosnących tu drzew przekracza często ponad 100 lat. Znajdziecie tu piękną altanę lipową, krąg grabowy i graniczne szpalery; lipowy i grabowy. Gro drzewostanu stanowią powojenne nasadzenia klonów w różnych gatunkach. Aby Wam to wszystko było łatwiej sobie wizualizować, zdradzę Wam, że na terenie całego parku występuje około 400 drzew oraz ogrom krzewów. Znaleźć tu można graby i lipy, kasztanowce, topole oraz klony. Spotkałem tu pięknie kwitnący czarny bez, ale i tak największe wrażenie wywarła na mnie żółta magnolia. Być może dlatego, że zobaczyłem taką po raz pierwszy, nie mogłem wyjść z podziwu. Trzeba też dodać, że część drzew ze względu na mocno pochylony stan grożący w każdej chwili przewróceniem i stwarzający zagrożenie została przeznaczona do wycinki. Mimo to park sprawia wrażenie uporządkowanego, a znajdujący się na jego terenie niewielki ogród japoński, pozwala nie zapominać o panującym tu klimacie beztroski i pewnej harmonii.

C jak „Chwilo trwaj”

Będąc właśnie tutaj przypomniał mi się jeden z lepszych filmików promujących Lubelszczyznę, który widziałem. To on zainspirował mnie do poznawania regionu oraz przypomniał, że czasem nie trzeba jechać setek kilometrów, czy lecieć kilka godzin samolotem, by odnaleźć piękne i unikatowe miejsca. Film jest konsekwentną realizacją strategii promocji województwa lubelskiego. Pokazano w nim nasz region, jako miejsce gdzie można „odnaleźć siebie”, cieszyć się życiem w otoczeniu różnorodnej przyrody i fascynujących zabytków. Tego wszystkiego najlepszym dowodem jest właśnie miejsce do którego dziś trafiłem. Mając na względzie, że Gardzienice to przestrzeń twórczych spotkań ludzi teatru wywodzących się z różnych tradycji, to jedno jest pewne – trzeba tu będzie jeszcze wrócić i to nie raz. Nie mam też wątpliwości, że to ciekawe miejsce warto zobaczyć będzie, wybierając się na jeden ze spektakli. A teraz zostawiam Was ze wspomnianym wcześniej filmikiem i życzę miłego seansu. Trzymajcie się ciepło i do następnej podróży. Nie zapomnijcie polubić wpisu, udostępnić go na swojej tablicy i wysłać mi nudeski, które zrobicie sobie w Gardzienicach na priv .

 

Patronite

Patronite to platforma która łączy twórców z osobami, które są zainteresowane tym, co oni robią. Pozwala na wsparcie działalności osób, których twórczość obserwujesz za pomocą regularnej, finansowej wpłaty. Jesteś ciekaw jak to działa, wejdź i przekonaj się sam, link do mojego Patronite znajdziesz tutaj.

Nie znasz mnie? Zatem należy Ci się kilka słów na mój temat.

Jestem Rafał i jestem blogerem, fotografem, pasjonatem podróży i saunowania w jednej osobie. Jestem też wielbicielem słodyczy, kiepskiego poczucia humoru i dobrej muzyki. Miło mi, że trafiłeś na moją stronę. Liczę, że niedługo poznamy się lepiej. Na swoim blogu dzielę się wiedzą i fotografiami, tworząc content dla osób kochających podróże jak ja. Prowadzę blog w którym głównie skupiam się na podróżach, ale nie tylko. Czasem spontanicznie piszę o tym co mnie boli, cieszy, denerwuje. Staram się komentować otaczającą mnie rzeczywistość po swojemu, tak ją widzę, czuję i o niej myślę, strasznie cenię sobie przy tym niezależność. Cały czas mam jednak wrażenie, że prawda o mnie jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż ta zawarta w blogu. Pytanie jest tylko jedno, czy chcesz zaryzykować, aby ją lepiej poznać?
 

 

Czas na chwilę szczerości. Bardzo długo wzbraniałem się od założenia Patronite, ale ostatecznie zmieniłem zdanie no i jestem. W końcu jak powiadał Winston Churchill: „Tylko krowa nie zmienia poglądów”. Życie postawiło przede mną wiele nowych wyzwań, dlatego czas się z nimi zmierzyć, a z Twoim wsparciem, może się to okazać łatwiejsze. Może nawet uda się znaleźć krowę, którą wspólnie przekonamy do zmiany nastawienia. Gdybyś znał czy znała potencjalną kandydatkę, koniecznie daj mi znać na facebookowym fanpage. Przyznam się Wam, że tego typu ambitne cele, zawsze były moją mocną stroną.

Fotografią, blogowaniem i podróżowaniem zajmuję się dlatego, bo mało co daje mi tyle radości i satysfakcji w życiu i poczucia wolności, jak właśnie to. Chciałbym by mój blog był platformą do dzielenia się miłością i radością, jaką mam z podróżowania. Uważam, że w codzienności ważne jest to, by myśleć pozytywnie, kochać to, co się robi i robić to często. To właśnie w codzienności znaleźć można wiele sytuacji, które warto zatrzymać w kadrze na zawsze. Pozwól zabrać się ze mną w choć jedną wirtualną podróż, a może spodoba Ci się i zostaniesz ze mną na dłużej. Zapraszam Cię już dziś na moją stronę www.rafalbil.eu/podroze – rozgość się i czuj się tu dobrze.

Mój profil na Patronite powstał dlatego, że chciałbym jeszcze więcej, jeszcze bardziej profesjonalnie i przede wszystkim częściej opracowywać dla Ciebie moje wpisy z podróży, wierząc w to, że staną się inspiracją do Twoich wypraw. Z zebranych środków utrzymam serwer, domenę, zrealizuję kolejne wyprawy, zainwestuję w sprzęt i przede wszystkim będę starał się rozwijać mój blog najlepiej jak tylko potrafię, a Twoje wsparcie może mi w tym bardzo pomóc. Obiecuję nie wydawać pieniędzy na głupoty, a przynajmniej nie za często.

Wspierając mój Patronite, stajesz się bohaterem moich podróży. Bez Ciebie i Twojego wsparcia część z nich pewnie, by się nie odbyła.  To, w jakim kierunku się teraz udam oraz jakie wspomnienia i relacje przywiozę zależeć może również od Ciebie i hojności wszystkich moich Patronów. Mam nadzieję, że wirtualne eksploracje pozwolą Ci się oderwać od codziennych problemów i trosk oraz zobaczyć coś zupełnie nowego lub z nowej perspektywy. Liczę też, że uda nam się prędzej czy później spotkać i porozmawiać o tym wszystkim w świecie realnym. Zachęcam Cię do wsparcia mojego bloga na Patronite oraz z góry za nie bardzo dziękuję. Ze swojej strony obiecuję opracować teraz zaległe materiały z moich podróży i za zebrane pieniądze przygotować nowe eksploracje. Liczę, że sukcesywnie pojawiać się będą na moim blogu, a zdjęcia z wypraw znajdziesz też na moim instagramie.

🐄 Wsparcie przeznaczę w pełni na eksploracje zarówno w kraju, jak i poza granicami. Również dzięki Twojej pomocy od dziś żadna krowa na świecie, nie będzie mogła spać spokojnie. Choć wiem, że cel odnalezienia krowy co zmieni zdanie jest dość ambitny i może być go trudno w pełni zrealizować, to uważam, że warto próbować. Wierzę, że wspólnymi siłami może nam się to udać.
 
💻 Dodatkowo z tych środków utrzymam serwer i domenę, tak abyś mógł / mogła dowiedzieć się o kolejnych wyprawach i ustalać na jakim etapie są poszukiwania krowy oraz co przy okazji udało mi się jeszcze zwiedzić. 
 
📷 Zdradzę też, że jeśli uda mi się zaoszczędzić zebrane pieniądze i nie wszystko wydam na głupoty, to zainwestuję w sprzęt i ciekawe wyprawy, po to, by jak najlepiej rozwijać blog. 
 

W zależności od wysokości Twojego wsparcia, mam dla Ciebie różne prezenty w ramach podziękowania:

0 zł / miesiąc

✅ Nie możesz pomóc materialnie, nie ma najmniejszego problemu. Miło mi będzie, jak napiszesz wiadomość prywatną, że lubisz mój blog (oczywiście tylko jeśli Ci się on rzeczywiście podoba). Myślę, że cenny feedback od czytelników jest bardzo ważny dla każdego twórcy. Bardzo ucieszę się również, jeśli udostępnisz moją stronkę www.rafalbil.eu/podroze w swoich social mediach lub wrzucisz tam link z moim Patronite. Ta forma wsparcia też będzie dla mnie bardzo wiele znaczyć i bardzo Ci za nią już teraz dziękuję.

10 zł / miesiąc

✅ Twoje wsparcie jest dla mnie ważne. Dziękuję, że mi ufasz i doceniasz to, co robię i chcesz, bym tworzył nadal. Strasznie mnie to cieszy, motywuje i nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ogromnie to doceniam! Twoje imię i nazwisko lub jeśli wolisz ksywka, pojawi się pod minimum jednym wpisem podróżniczym w miesiącu, który opublikuję na moim blogu. Postaram się wyróżnić Cię na moim fanpage, ale w jaki sposób, niech pozostanie niespodzianką. Dodatkowo możesz liczyć też na osobistego e-maila ode mnie z podziękowaniem za Twoje wsparcie!

20 zł / miesiąc

✅ Wielkie dzięki, za zaufanie, umożliwienie rozwijania bloga i przede wszystkim za to, że mogę liczyć na tak duże wsparcia! Twoje imię i nazwisko lub jeśli wolisz ksywka, pojawi się pod minimum dwoma wpisami podróżniczymi w miesiącu, które opublikuję na moim blogu. Dodatkowo możesz liczyć też na osobistego e-maila ode mnie z podziękowaniem za Twoje wsparcie. Otrzymasz w nim również informacje z jakiego miejsca na ziemi będą moje kolejne wpisy podróżnicze. Wyróżnię Cię również na moim fanpage, ale w jaki sposób, niech pozostanie niespodzianką.

50 zł / miesiąc

✅ To się nie dzieje! Nawet nie wiem jak podziękować Ci za tak ogromne wsparcie, które, umożliwi mi rozwijanie bloga. Twoje imię i nazwisko lub jeśli wolisz ksywka, pojawi się pod minimum dwoma wpisami, które opublikuję na moim blogu. Dodatkowo możesz liczyć też na osobistego e-maila ode mnie z podziękowaniem za Twoje wsparcie. Przygotuję też wcześniej dla Ciebie informacje z jakiego miejsca na Ziemi będą moje kolejne wpisy podróżnicze. W drugim miesiącu wsparcia otrzymasz ode mnie również na e-mail autorską fotografię z moich podróży. Dodatkowo w oryginalny sposób wyróżnię Cię również na moim facebookowym fanpage.

75 zł / miesiąc

✅ To jest już nierealne. Gigantycznie Ci dziękuję za wsparcie! W podziękowaniu za to, otrzymasz ode mnie maila z osobistym listem, Twoje imię i nazwisko czy jeśli wolisz ksywka, pojawi się oczywiście na końcu każdego mojego wpisu podróżniczego na blogu. Otrzymasz w nim również przed wszystkimi innymi informacje z jakiego miejsca na Ziemi będą moje kolejne wpisy podróżnicze. Dodatkowo podaj mi koniecznie adres, na jaki mógłbym wysyłać Ci w drugim miesiącu wsparcia upominki czy pamiątki z moich podróży, a na Twoim e-mailu nie zabraknie również autorskiego zdjęcia w podziękowaniu za tak duże wsparcie. Zostaniesz również wyróżniony na moim facebookowym fanpage.

100 zł / miesiąc

✅ Cuda czasami się zdarzają! Teraz to już kompletnie nie wiem, jak powiedzieć Ci DZIĘKUJĘ. Nie spodziewałem się, że chcesz mnie tak bardzo wesprzeć. Myślę, że nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele to dla mnie znaczy. W podziękowaniu za to wsparcie, otrzymasz ode mnie wszystko to, co Patroni powyżej. Dodatkowo, podczas mojego pobytu w Twoim mieście (lub okolicy) chciałbym zaprosić Cię na piwo/sok/kawę czy herbatę. Jeśli zbłądzisz na lubelski dziki wschód, koniecznie odezwij się do mnie, byśmy mogli na spokojnie spotkać się i porozmawiać o fotografii czy podróżach. W tym progu masz również możliwość zasugerowania tematu wpisu na moim blogu. Chciałbym byś mógł poczuć się nie tylko jako Patron, ale i byś miał realny wpływ na kreowanie mojego bloga.

200 zł / miesiąc

✅ To jest więcej niż cud! Nie ma takich słów by Ci podziękować! Tak wielka pomoc w tworzeniu materiałów, treści na www oraz zdjęć jest dla mnie bardzo zobowiązująca. Naturalnie otrzymasz ode mnie oprócz rzetelnej pracy i dostarczania regularnych materiałów na www, wszystko to, co Patroni powyżej. Dodatkowo, podczas mojego pobytu w Twoim mieście (lub okolicy) chciałbym koniecznie udać się z Tobą na obiad czy kolację. Zapraszam Cię nie tylko żeby Ci osobiście podziękować, ale i chciałbym Cię bliżej poznać i porozmawiać o podróżach. Może uda zaplanować się wspólną wyprawę. Co ważne, od czasu do czasu w Twojej skrzynce pocztowej, pojawi się coś oryginalnego z moich wypraw. Naturalnie podzielę się z Tobą również wykonaną przeze mnie fotografią z moich eksploracji, bo to obok poznanych ludzi i wspomnień uważam za najcenniejsze, co mam z moich wypraw.

Jak działa Patronite w trzech prostych krokach?

👍 Wchodzisz na profil Patronite osoby, którą chcesz wesprzeć, następnie wybierasz kwotę, którą chcesz wpłacić i dokonujesz płatności💸

✌ Po wszystkim zostajesz Patronem tej osoby 🤝

🤟 Otrzymujesz nagrody, które dla Ciebie przygotowała🎁

Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dorzucić coś do kolejnych podróży oraz wesprzeć mojego podróżniczego bloga, zapraszam Cię do zostania moim Patronem. To dzięki Twojemu wsparciu będę miał większą swobodę działania i poczucie, że to co tworzę jest wartościowe. Jeżeli chcesz mnie wesprzeć kliknij w ten link do mojego profilu na Patronite. Tutaj przeczytasz jak zostać moim Patronem.

 Jeśli masz jakieś pytania, napisz do mnie 📧 Kontakt znajdziesz tutaj.

#rafalbil #blog #fotografia #podróże #patrronite #travel

linia

Radio Fujka

Dziś krótki wpis o podróżach w nieznane i o muzyce, która towarzyszy nam podczas eksploracji. Zupełnie przypadkowo zastanawiam się czego słuchacie podróżując? Kiedy Fujka mówi nam kogo nie słuchać, okazuje się, że (nie)zwycięzcą w (nie)istniejącej liście przebojów mógłby zostać „Ostry Cień Mgły”,  ale nie zostanie, bo wszystko ma miejsce w (nie)istniejącym radiu, a szkoda. Nadszedł czas na subiektywne, ale muzyczne ABC z podróży.

🎧 A jak atrakcyjna muzyka

Tak sobie myślę, że może jest jeszcze za wcześnie. Może społeczeństwo nie jest na to gotowe. Trzeba nam jeszcze chwilę poczekać, ale prawdopodobnie już niedługo przyjdzie czas na jedynie atrakcyjną muzykę. Taką, której my Polacy oczekujemy. Na razie musi wystarczyć nam jako lider listy Fujki – Zenek i jego „prawdziwie” polska muzyka. Podobnie czekali przecież i inni słuchacze np. Ci z w Wenezueli, bo np. w Rosji czy na Białorusi mieli zagwarantowane to wcześniej. Jak na moje oko osiągamy nie tylko podróżnicze Himalaje, a nieistniejąca Fujka zmienia się nieformalnie w Rujka (Ruskie Jadło) i do tego bardzo niestrawne.

📻 B jak ból większy niż mój

Zapytam Was jeszcze, gdzie emigruje wolność artystyczna, wolność słowa i wolność w ogóle? Czas wyruszyć w podróż właśnie za nią – kto wybiera się ze mną? Jest jeszcze Kochani, jedna dobra wiadomość dnia dzisiejszego – dziś na pierwszym miejscu mojej (nie)istniejącej listy, w kategorii – Czego nie wypada słuchać w podróży i to Waszymi głosami został wybrany Twój ból jest lepszy niż mój – KAZIKA. Panu Kazikowi gratuluję. Na drugim i ostatnim miejscu znalazł T.Love z kawałkiem Jest Super.

⛔ C jak cenzura

Proszę mnie tu tylko z tego powodu nie posądzać o poglądy polityczne, bo sprawa nie jest polityczna. Tu chodzi wyłącznie o podróże, no i o muzykę oczywiście. Może jeszcze odrobinę o cenzurę, na którą pozwolić sobie Twórcy nie powinni, bez względu czy chodzi o fotografię, muzykę, malarstwo czy inną dziedzinę sztuki. Ciekawe też czy materiał (nie)istniejącej stacji może zostać uznany za niewłaściwy, szkodliwy, albo „niewygodny”, skoro nie istnieje. Witamy w kraju absurdu owianych ostrym cieniem mgły. Gdyby ktoś pytał o imię. Na imię mi Rafał i życzę Wam lepszego dnia.

Miejsce pierwsze KAZIK z kawałkiem Twój ból jest lepszy niż mój
źródło: https://www.youtube.com/watch?v=o9LzNtpjhV0 

Miejsce ostatnie T.LOVE z kawałkiem Jest Super
źródło: https://www.youtube.com/watch?v=kfH1hxvAN30

#travel #kogoniesłychać  #kazik  #blog #fotografia #podróże #tlove 

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

✈ Blog podróżniczy | Fotograf Lublin | Warszawa | Lublin | Fotografia Podróżnicza |  Fotografia | Travel | Fotograf Emilcin | | Fotograf Sieradz  | Fotograf Chęciny |  Fotograf Gąbin | Fotograf Czechy | Fotograf Toledo | Fotograf Bałtów | Fotograf Granada | Fotograf Kijów  | Fotograf Zaanse Schans | Fotograf Czarnobyl | Fotograf Rzeszów | Fotograf Madryt | Fotograf Sewilla | Fotograf Izrael | Fotograf Palestyna | Fotograf Warszawa | Fotograf Ukraina | Fotograf  Hiszpania | Fotograf Polska | Fotograf Holandia | Fotograf Płock | Bloger |  Zwiedzaj online | Podróż | Polska | Trip| Rafał Bil Podróże| Wolność Słowa | Twój ból jest lepszy niż mój | Kazik |T.love | Muzyka w podróży 🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

ABC O UFO W EMILICINIE

Dziś zabieram Was w wirtualną podróż pod jedyny w Polsce pomnik UFO. Przyszło nam żyć w dziwnych czasach, gdzie granice absurdu są mocno przesunięte, dlatego stosownym będzie, przenieść się do równie abstrakcyjnego miejsca, którym równo 42 lat temu żyła cała Polska. Żeby rozpocząć tę opowieść, trzeba cofnąć się więc do czasów Gierka. Obiecuję Wam, że nie będzie dziś wiele o polityce, a bynajmniej nie wprost, ale jeśli nie znosicie tamtych chwil, to jest to najwłaściwszy moment, by zamknąć tę stronę www. Jeśli natomiast jesteście ciekawi mojej opinii, to powiem Wam podobnie jak śpiewa pewien klasyk „jak do tego doszło nie wiem”, ale zostańcie ze mną do końca, bo dziś postaram się odbyć eksplorację w miejscu, które normalnie badałaby filmowa agentka Dana Scully, albo nawet pozostali pracownicy Archiwum X. Czeka więc na Was błyskotliwy wpis, niczym statek UFO wyposażony w światła strobo, na którym odbywa się gruby melanż. Jeśli daliście się ponieść wyobraźni, to lećmy dalej. Zabieram Was w podróż do Emilicina. Przedstawię Wam dziś jedno z trzech mistycznych zjawisk, którym obok latającego jednorożca i mojej dziewczyny są właśnie oni, czyli kosmici. Czas na subiektywne ABC o polskim UFO, a prawda nas jeszcze zadziwi i nie ukrywam, że przybyłem właśnie tu, bo w głębi serca liczyłem na porwanie i marzyła mi się nieziemska podróż 🛸.

➡ A jak absolutna prawda lub absolutne kłamstwo

Jak twierdził naoczny świadek, tych wydarzeń, dokładnie 42 lata temu w Polsce wylądowało UFO. Dnia 10 maja 1978 roku we wsi oddalonej niecałe 50 km od Lublina mieszkaniec Emilicina – Jan Wolski, doświadczył spotkania z kosmitami. Według swojej relacji z powrotu do domu, opowiadał, że tego dnia zobaczył dwie postacie, które miały około 150 cm wzrostu, zieloną skórę, obcisłe czarne kombinezony, skośne oczy i wystające kości policzkowe oraz dłonie, które wyróżniały się m.in. połączonymi błoną palcami. Choć do dnia dzisiejszego powstało wiele teorii spiskowych na temat spotkań z obcą cywilizacją, tak historia z małej wioski w województwie lubelskim, wydaje się mi bardzo interesująca, może również z uwagi na bliskość terytorialną rzekomych wydarzeń. 

Jak wspominał Pan Jan, same wieści o tych wydarzeniach bardzo szybko się rozeszły nie tylko we wsi, a przekazywano je wyłącznie z ust do ust (przypomnę młodszemu pokoleniu, kiedyś nie było facebooka czy instagrama i nie każdy mógł zrobić sobie instastories, czy utworzyć wydarzenie na fb i pewnie wydaje się to Wam dziwne, ale tak było). Pomimo to, informacja o tych wydarzeniach rozchodziła się jak internetowy Viral (starszemu pokoleniu przypomnę, że Virale to z założenia na tyle intrygujące filmiki czy posty z informacjami, które z pomocą lub bez szybko stają się popularne. Internauci chętnie przekazują je dalej, wysyłają, udostępniają znajomym, a ci z kolei podają informację innym osobom znajdującym się w ich znajomych zwiększając w ten sposób zasięgi danego posta czy pliku wideo), a wiadomości o tych wydarzeniach nabierały dodatkowych ubarwień, ale i poszerzały krąg osób zainteresowanych tym tematem.

Historia UFO z Emilicina nabrała jednak rozgłosu i powagi dopiero za sprawą Pana Zbigniewa Blani, który był wówczas uznawany za jednego z najsłynniejszych polskich ufologów. Można go porównać do takiego ówczesnego, polskiego agenta zbliżonego do roli Foxa Muldera z serialu Zarchiwum X. Pan Zbigniew przez wiele lat pracował nad ustaleniem faktów i potwierdzeń prawdziwości wizyty kosmitów we wsi w województwie lubelskim. Zyskał dzięki temu sobie również dużą popularność, nie mniejszą z resztą jak sama wioska. Naturalnie lądowanie w Emilicinie podzieliło wówczas społeczność. Opowieść o kosmitach miała zarówno wielu sceptyków jak i przyciągała do wsi rzesze zainteresowanych tym nietypowym dość tematem. Każdy chciał jednak wiedzieć, czy to jest prawda czy absolutne kłamstwo. Do tego wszystkiego niezbędne były jednak wieloletnie badania, które prowadzone były przez kolejne lata. 

➡ B jak badania

Sprawa była na tyle poważna, że  jeden z najbardziej znanych ufologów w Polsce zdarzenie z Emilcina badał przez wiele lat. Podczas prac starał się docierać m.in. do innych świadków lądowania obcych na polanie. Wśród nich był jak się później okazało również młody chłopiec – Adam Popiołek, który 10 maja 1978 roku miał poinformować mamę o „spadającym nad wsią samolocie”. Licznym badaniom poddawany był również Pan Jan i to nie tylko przez psychologów czy psychiatrów.

Musicie też wiedzieć, że badania podejmowano nie tylko w jedną stronę i nie tylko po całym zajściu. Jak ustalić można było z relacji Pana Jana napotkani kosmici mówili „drobnym głosem”. Gdy relacjonował całość zdarzeń, zwrócić można uwagę na kilka interesujących informacji. Wspominał on, że gdy wyjechał z lasu na polanę zobaczył unoszący się w powietrzu pojazd kosmitów. Jak opowiadał, przypominał on biały autobus z pojedynczymi drzwiami po środku, na którego rogach pionowo zamontowane były świdry, ewentualnie można było go porównać do dwu-rotorowego helikoptera. Kosmici zaprosili Wolskiego do środka, kazali mu się rozebrać i zbadali go oraz zabrali mu skórzany pasek, a na koniec zaproponowali poczęstunek, ale odmówił. Jan Wolski wspominał też, że w pojeździe obcych było około 10 padniętych ptaków. Wychodząc ze statku kosmicznego rolnik ukłonił się przybyszom i pożegnał. Naturalnie wraz z opowieścią Pana Wolskiego wiele osób uznawało go za wariata, część mieszkańców uznała, że był pijany, albo, że miał halucynacje bo zaszkodziły mu nawozy, a niektórzy powoływali się nawet na eksperymenty mieszkańca wsi z LSD. Naturalnie te argumenty odparła rodzina Pana Jana. Po powrocie do domu opowiedział im o wszystkim co się stało, wówczas synowie postanowili pójść i na własne oczy zobaczyć statek i polanę. Znaleźli wówczas już na niej jedynie ślady jak po lądowaniu dużego samolotu o dziwnym kształcie. Jak widzicie na powyższym zdjęciu, dziś nikogo nie zastaniemy w domu Pana Jana, a on sam niestety nie żyje. W sieci natomiast bez problemu znajdziecie relacje Pana Wolskiego, w których opowiadał o spotkaniu z kosmitami. Udało mi się porozmawiać z mieszkańcami Emilcina i jedno mi przyznali, że Pan Jan Wolski był bardzo porządnym człowiekiem i każdy, kto znał bliżej, nie tylko szanował Go, ale i wierzył, że to co relacjonował, było prawdą. Natomiast Ci, którzy nie znali Go, traktowali często całą sytuację prześmiewczo, a Jego samego określali dość pejoratywnie. Kiedy zapytałem mieszkańców tutejszej wsi, czy wierzą w to co się tu wydarzyło 42 lata temu? Odpowiadają najczęściej, że są przekonani, że coś tu miało miejsce, ale wielu z nich nie potrafi tego precyzyjnie określić. 

O dziwo, przez wiele lat nikt nie starał się podważać badań słynnego ufologa. Dopiero w 2012 sprawie wnikliwie przyjrzał się Bartosz Rdułtowski, publicysta i autor książek poświęconych głównie II wojnie światowej i tajemnicom z nią związanymi. W swojej książce „Tajne operacje. PRL i UFO” stara się udowodnić, że badania Blani były nierzetelne, a cała sprawa jego zdaniem okazała się mistyfikacją. W jego ocenie była to próba zemsty jednego ufologa na drugim, choć jak sugeruje w swej książce autor, nie potoczyła się do końca tak, jak to miało być zamierzone. Kluczową osobą w całej tej sprawie miał być Witold Wawrzonek, ufolog który jako pierwszy dotarł do Wolskiego i powiadomił o przypadku Zbigniewa Blanię. Rdułtowski uważa, że całe „śledztwo” Blani nie było obiektywne, a prowadzono badania wyłącznie w duchu amerykańskiego hasła „I want to believe”.

 ➡ C jak ciekawostki o UFO

👽 Czy UFO lata zawsze latającym spodkiem?

Jak wynikało z relacji jedynego światka wydarzeń w Emilicinie, kosmici nie przylecieli okrągłym spodkiem, czyli statkiem kosmicznym znanym z obecnych filmów science fiction. Zdaniem Pana Jana, statek unosił się około 5 metrów nad ziemią, a dostać się do niego można było swego rodzaju windą. Sam środek lokomocji natomiast przypominał coś w rodzaju połowy autobusu.

👽 Czy z tego co wiemy, przybysze z kosmosu zawitali w Polsce tylko do Emilicina?

Jak podają media masowego przekazu, przypadków zarejestrowanej obecności UFO w naszym kraju jest więcej. Szacuje się, że w Polsce zdarzyło się co najmniej kilka niewyjaśnionych przypadków rzekomych spotkań z UFO. Jeśli chcecie zgłębić temat poczytajcie więcej o tym co miało miejsce m.in.:  w Czaplinku w 1947 roku, rok później w Muszynie czy w Gdyni w 1959 roku. Pewnie zastanawia Was teraz dlaczego w obecnych czasach UFO nie ląduje w Polsce? Odpowiedź może być zarówno oczywista jak i logiczna. Od czasów kiedy na skupie złomu cena stali nierdzewnej za kilogram sięga 3,50 PLN pewnie nie chcą ryzykować.

👽 Czy kosmici są wśród nas?

Wielu z Nas może uważać, że UFO nie istnieje, ale czy nie macie czasem wrażenia, jadąc np. do domu z pracy, wyruszając w podróż, albo ostatnimi czasy, siedząc w domu i przyglądając się Waszym najbliższym, że ufoludki są wśród nas? Rozejrzyjcie się dobrze  i sami odpowiedzcie sobie na tak postawione pytanie.

👽 Co to jest Strefa 51?

Od lat ludzie na całym świecie zastanawiają się, czy istnieje życie pozaziemskie. W sieci pojawiają się niezliczone nagrania różne informacje na temat śladów UFO. Wiele osób twierdzi, że w Strefie 51 prowadzi się badania w tej sprawie. Oficjalnie znajduje się tam baza wojskowa, która założona została w 1954 roku i znajduje się ona w zachodniej części hrabstwa Lincoln na południu stanu Nevada w USA. Całość bazy objęta jest całkowitym zakazem fotografowania czy filmowania i zajmuje powierzchnię około 150 km2.

👽 Kapsuła czasu.

Dnia 14 maja 2011 roku w metalowej tubie zakopano m.in. listy od dzieci do ludzi roku 3011. Wraz z listem została także zamieszczona w Kapsule płyta DVD z treścią listu, a także z materiałami o Emilcinie i naszym świecie, tym z roku 2011. Kapsuła ma zostać odkopana w roku 3011. Ciekawe czy wówczas będą potrafili odczytać zapis z takiego typu nośnika.

Podsumowanie

Czy minęło 42 lata od spotkania z kosmitami, czy od wielkiej mistyfikacji, tego w 100% nie wiem.  W książce „Tajne Operacje. UFO i PRL” jej autor Bartosz Rdułtowski pisał, że sprawa jest całkowitym kłamstwem, choć w opozycji za tymi wydarzeniami stoją m.in. ludzie z Fundacji Nautilus, która zajmuje się zjawiskami paranormalnymi. Nie moim zadaniem jest dziś ocena tych zdarzeń, bez wątpienia prawda, jaką by nie była, na pewno jeszcze nie raz nas może zaskoczyć. Dziś chciałem Was po prostu zabrać w miejsce równie dziwne, jak obecna sytuacja całego kraju. Żyjemy w pewnym kosmosie, o którym prawdy również nie potrafię odkryć, choć bardzo staram się ją zrozumieć. Cieszę się natomiast, że wspólnie choć tylko wirtualnie mogliśmy wybrać się miejsca rzekomego lądowania UFO. Choć sama sprawa do dziś nie została w 100% wyjaśniona, ani też wykluczona, to nie przeszkodziło to na postawienie pomnika upamiętniającego wizytę kosmitów w tutejszej wsi. Geometryczny obelisk na skale został odsłonięty 15 października 2005 roku. Na koniec jeszcze napiszę, sarkastycznie, że mam nadzieję, że i wy choć przez chwilę, mogliście poczuć się tu jak w domu. Jesteście niezłymi kosmitami, jeśli dotrwaliście do tego miejsca. Pamiętajcie również, że wszystko co zobaczycie na niebie, może dziś być UFO, wystarczy, że macie kiepski wzrok. Do następnej podróży Kochani i niech moc będzie z Wami.

 

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#emilcin #ufo #rafalbil #blog #fotografia #podróże #polska #petete #lubelskie #travel

👽 Fotograf Lublin | UFO | Warszawa| Lublin| Fotografia Ślubna |  Fotografia| Travel | Zdjęcia Ślubne | Fotograf Lublin | Fotograf Warszawa | Fotograf Płock | Z Archiwum X | Fotografia Ślubna Warszawa | Fotografia Ślubna Płock | Emilcin | Kosmici | Fotografia Okolicznościowa | Fotografia Reklamowa | Fotografia Wnętrz i Budynków | Fotografia Dziecięca | Fotografia Rodzinna | Zwiedzaj online | Blog podróżniczy | Zostań w domu | Podróż | Polska 🛸

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

Semana Santa

ABC o Semana Santa

¡Hola!, witajcie, dziś przybliżę Wam kilka podstawowych informacji na temat świętowania Wielkanocy w hiszpańskiej Andaluzji. Przeniosę Was wirtualnie do samej Sewilli, która jest stolicą tej południowej części Hiszpanii. W tym roku Semana Santa nie będzie jak dotychczas obchodzona tak hucznie, a głównym powodem jest oczywiście globalna pandemia koronawirusa. O ile sama decyzja o odwołaniu uroczystych pochodów jest zrozumiała i wg mnie rozsądna, tak w głębi serca, żałuję, że tak się to wszystko potoczyło, szczególnie iż  w tym roku, miałem w tych uroczystościach po raz kolejny uczestniczyć. Mając na uwadze to co dzieje się obecnie w Hiszpanii, nie było jednak wyjścia, bilety linii lotniczych będą musiały jeszcze poczekać na mój kolejny lot do tej części Europy. Wróćmy jednak do tego co najistotniejsze. Hiszpański rząd nakazuje obywatelom pozostanie w domach. Gdyby nie pandemia już od 3 kwietnia bractwa zaczęłyby wychodzić z dzielnic Sewilli, by pielęgnować kilkusetletnią tradycję, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Pozostaje mi sięgnąć do wspomnień i zdjęć, które udało mi się wykonać, kiedy pierwszy raz mogłem uczestniczyć w tych niezwykle spektakularnych, nie tylko dla mojego obiektywu wydarzeniach. Będę z Wami szczery, tego nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć i zobaczyć na własne oczy. Postaram się Wam w krótkim ABC o Semana Santa za pomocą moich zdjęć oddać namiastkę tego wyjątkowego klimatu i atmosfery miejsca, którą tam w przeszłości zastałem podczas obchodów Wielkiego Tygodnia.

A jak Antonio Banderas

Zanim wyjaśnię jaką rolę odgrywa Antonio Banderas w Semana Santa, opowiem jak to się wszystko zaczęło. Aby Was nie zanudzić historią, ale zachować pewną chronologię sięgnąć muszę pokrótce do końca XVI i XVII wieku, czyli okresu początków procesji Wielkiego Tygodnia w Sewilli. W 1604 roku kardynał Fernando Niño de Guevara postanowił, że bractwa będą udawały się do katedry, aby celebrować mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Jednym z członków hiszpańskich bractw jest sam Antonio Banderas. W związku z tym faktem od wielu lat uczestniczył i on w pochodach w ramach Semana Santa. W tym roku aktor włączył się natomiast w pomoc finansową wraz z hiszpańskim bankiem i dwiema fundacjami w sporej łącznej kwocie 53 000 euro na inicjatywę społeczną bractw. Cel jałmużny, bo tak wypada nazwać tą ofiarę jest przeznaczony na walkę z koronawirusem. Za pieniądze te zakupione zostaną fartuchy i materiały niezbędne dla pracowników w szpitalach w Maladze. W ten sposób aktor chce sam przyczynić się do „epidemii solidarności”, która ma miejsce w całym kraju i jednocześnie zachęcić innych do udziału w dzieleniu się tym co mamy z potrzebującymi. Podkreślić warto, że we wcześniejszych latach, można było spotkać Antonio Banderasa w pochodach w Maladze, gdzie aktor odgrywał ważną rolę, jako jeden z nazarejczyków dzwoniących w dzwon nadających tempa, oraz nawoływał osoby odpowiedzialne do podnoszenia platform, które potrafią ważyć nawet około pół tony, a niektóre znajdujące się na nich figury, pamiętają czasy średniowiecza. Naturalnie wiele osób widziało w tym zachowaniu aktora działanie na pokaz, mające poprawiać jego wizerunek. Ja nie zamierzam tego oceniać, gdyż nie taka rola jest tego wpisu, jednak na jedno zwrócę uwagę. W tym roku ze względu na zagrożenie epidemiologiczne, aktor, podobnie jak i inni Hiszpanie czy członkowie bractw, zmuszeni są pozostać w domach, a huczne pochody zostały zawieszone. Jeśli chodzi o spójność w walce z pandemią nie podlega wątpliwości, że jest to słuszna decyzja, którą poparli reprezentanci wszystkich bractw oraz decydenci Hiszpanii. Dziś nie podlega wątpliwości, że ustanawiane prawa w walce z COVID 19 powinny być spójne dla wszystkich, bez względu, czy jest się słynnym aktorem, czy pełni inne zaszczytne funkcje. Wirus ten przecież nie zwraca uwagi na status społeczny, czy pełnione funkcje, o czym świetnie przekonał się premier Wielkiej Brytanii. Zostawmy jednak politykę. Należy Wam się jeszcze wyjaśnienie czym w ogóle są te bractwa i jaką rolę odgrywają w Semana Santa?

Powyżej wpis z oficjalnego profilu Twittera Antonio Banderasa
o włączeniu się w akcję finansowego wsparcia na walkę z koronawirusem.

B jak bractwa

Przyznam się Wam, że widząc pierwszy raz nazarenos (nazarenos określani są też jako nazaredczycy, a nazwa ich pochodzi od bractwa pod wezwaniem Chrystusa z Nazaretu) w tradycyjnych strojach, moje skojarzenie, choć nietrafione, ale było bardzo jednoznaczne. Byłem niemal  przekonany w 100%, że przypadkiem spotkałem członków Ku Klux Klan. Dla niewtajemniczonych w dużym uproszczeniu napiszę, tylko, że KKK to organizacja rasistowska, utworzona w Stanach Zjednoczonych, częściowo zakonspirowana, walcząca o utrzymanie supremacji białych w USA i dążąca do ograniczenia praw innych grup rasowych i etnicznych. Teraz żebyśmy mieli jasność Ku Klux Klan nie ma zupełnie nic wspólnego z hiszpańskimi bractwami, a jedyne co ich łączy to zapożyczony w wyglądzie od Hiszpanów strój członków tej rasistowskiej organizacji. Wracając jednak do bractw – podczas Semana Santa Hermandades, określa się je także pod nazwą cofradías penitenciales i są to stowarzyszenia (wspólnoty, bractwa) osób, które biorą udział w procesjach Wielkiego Tygodnia. Poszczególne bractwa skupione są wokół konkretnej parafii. Niektóre z nich działają nieprzerwanie nawet od XV wieku. Każde z bractw posiada charakterystyczny dla siebie kolor szat i maszerując w otoczeniu konkretnej platformy, dzięki czemu obchody te są różnorodne i barwne, przez co dla mnie osobiście i mojego aparatu ciekawe. Paleta kolorów jest całkiem szeroka – od bieli przez różne odcienie fioletu czy niebieskiego po biskupią purpurę, zieleń, czerwień, brąz, czerń, a nawet złoto. Musicie też zdawać sobie sprawę, że przynależność do bractwa stanowi spore obciążenie dla finansów Hiszpanów. To nie tylko zaangażowanie swojego czasu. Bardzo dużym wydatkiem jest koszt samego stroju (nawet kilka set euro), a dodatkowym wydatkiem są jeszcze opłaty związane z działalnością Cofradías. W 2020 roku bractwa hiszpańskie odpowiadają za organizację codzienną wirtualnych stacji pokutnych w celu umożliwienia współbraciom symbolicznego uczestnictwa online w tych ważnych dla wielu wiernych obchodach. Wszystko to ma stworzyć choć namiastkę świętowania tych wyjątkowych nie tylko dla Hiszpanów wydarzeń. Mam też nieodparte wrażenie, że z dużym smutkiem i pokorą muszą znieść oni fakt, że w tym roku święta te będą wyglądały zdecydowanie inaczej.

 

C jak czy warto spędzać tam święta i to bez jaj?

Jeżeli spytacie mnie, czy warto jest zobaczyć takie obchody, to zdecydowanie uważam, że tak. Naturalnie nie w tym roku, ale jak sytuacja na świecie się uspokoi, myślę, że w kolejnych latach warto będzie tam się wybrać. Nie odstrasza mnie nawet fakt, że są to święta zgoła odmienne od tych obchodzonych w Polsce. Nie ma tu takiego kultu pisanek czy zajączka, ale za to są inne atrakcje. Choć nie byłbym z Wami do końca szczery, bo w okresie świąt pieczone jest tu ciasto drożdżowe z jajkiem na twardo w środku (więc jakaś namiastka jedzenia jajek jest). Jeśli przysmak ten brzmi dla Was strasznie, to zdradzę Wam, że smakuje podobnie, ale na szczęście w Monas de Pascua, bo tak dokładnie określa się ten przysmak, coraz częściej jajko na twardo zamieniane jest jej czekoladowym odpowiednikiem i słusznie, przynajmniej moim skromnym zdaniem. Są też inne słodkie akcenty tych świąt, np. dzieci podczas uroczystości dostają mniejsze palmy na których rodzice i dziadkowie wieszają wcześniej różne słodycze np. żelki czy czekolady, które sukcesywnie znikają w trakcie pochodów. I takie palmy to ja rozumiem 😀 Z punktu widzenia emocjonalnego doświadczania Semana Santa to jest to wg mnie jeden z bardziej fascynujących okresów w roku, z jakim mamy do czynienia w wielu miastach Andaluzji. Z resztą przekonajcie się o tym sami w bliższej lub dalszej przyszłości. Kończąc już mój wywód na temat tych świąt musimy zdawać sobie sprawę, że Semana Santa to tradycja zakorzeniona o wiele bardziej w kulturze Hiszpanii niż flamenco czy corrida. Warto też mieć na uwadze, że tradycyjne przedświąteczne procesje w ramach Semana Santa odbywają się w różnych częściach świata, m.in. na Malcie, Sycylii, Meksyku, Hondurasie, Gwatemali czy Kolumbii. Do najbardziej rozpoznawalnych na świecie należą te z Hiszpanii, gdzie kultywowane są w szczególności na południu i te najbardziej Wam polecam zobaczyć, poczuć aromat kadzideł i po prostu doświadczyć tych emocji, których mimo moich szczerych chęci nie da się opisać. Spokojnych i zdrowych Świąt Wam życzę. Zostańcie w domach i zwiedzajcie online.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#zostań w domu  #zwiedzaj online #Sewilla #Hiszpania #Semana Santa

Fotograf Lublin | Sewilla | Warszawa| Lublin| Fotografia Ślubna |  Fotografia | Semana Santa| Travel | Zdjęcia Ślubne | Fotograf Lublin | Fotograf Warszawa | Fotograf Płock |  Fotografia Ślubna Lublin | Fotografia Ślubna Warszawa | Fotografia Ślubna Płock | Fotografia Biznesowa | Fotografia Okolicznościowa | Fotografia Reklamowa | Fotografia Wnętrz i Budynków | Fotografia Dziecięca | Fotografia Rodzinna | Fotografia Aktu | Zwiedzaj online| Blog podróżniczy |Zostań w domu | Hiszpania

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020 

 

Co warto zobaczyć w Kijowie?

Dziś zabiorę Was na wirtualną wyprawę do największego miasta Ukrainy. Wyprawa do Kijowa będzie zderzeniem z miastem liczącym oficjalnie około 3 mln osób, a w rzeczywistości licząc z przyjezdnymi nawet do około 5 mln ludzi. Aglomeracja ma ponad 800 km kwadratowych i plasuje się wśród największych metropolii Europy na 7 miejscu. Dziś postaram się zmierzyć ze stereotypami, tego jednego z najstarszych miast w Europie Wschodniej. Zweryfikujemy czy Kijów to wyłącznie tania wódka, złe drogi i piękne kobiety. Jedno jest pewne, czeka nas wyprawa do miasta pełnego  kontrastów, w którym wyczuwalna jest unikatowa atmosfera oraz aromat kawy i napojów procentowych. Jeżeli Wasze głowy i wątroby są na to gotowe, to zapraszam. Pamiętajcie tylko, że Ukraina nie jest członkiem UE także zabierzcie ze sobą paszporty. Dodatkowo, musicie wiedzieć, że gdybyście zdecydowali się na przyjazd tu samochodem, niezbędnym będzie załatwienie kilku dokumentów m.in. zielonej karty czy odpowiedniego ubezpieczenie pojazdu. Przy przejściach granicznych czy kontrolach policyjnych możemy liczyć się z dodatkowymi „opłatami”, chyba że będziecie wytrwali w swojej postawie, to może uda się Wam ich uniknąć. Z uwagi na powyższe oraz, że stan dróg pozostawia czasem wiele do życzenia, zdecydowanie doradzam wybrać podróż samolotem. I tu jest idealne miejsce na reklamę linii lotniczych – Wizzair, Ryanair, LOT – cierpliwie czekam na Wasze propozycje 🙂 Lećmy dalej, bo się i tak nie doczekam, a chcę Wam dziś pokazać Kijów i to od A do Z. Pamiętajcie tylko o zmianie wskazówek w zegarkach, które należy przesunąć o godzinę do przodu. Nie tracąc czasu,  synchronizujemy sikory i startujemy.

 

A jak Arsenalna  

Podróż zacznijmy najniżej jak tylko w Kijowie się da, po to by następnie piąć się tylko w górę. Wszystko to robię, byście mogli wraz z upływem czasu czerpać garściami ze szczytu ukraińskiego prestiżu, przy założeniu, że z podstawowym budżetem jaki miałem zaplanowany na ten wyjazd, można mówić o jakimkolwiek luksusie czy prestiżu. Wspomnę Wam tylko, że za lot w obie strony zapłaciłem nieco ponad 80 PLN, ale nie traćcie nadziei. Wróćmy jednak do naszej największej i jednocześnie najgłębszej stacji metra, o czym dowiecie się niemal na większości blogów polecających atrakcje w Kijowie. Zjeżdżając ponad 100 metrów w dół docieramy w końcu na przystanek Metro Arsenalna. Sam zjazd ruchomymi schodami trwał około 4 minuty i kosztował tylko 8 UAH, ale nie to jest najważniejsze. Jeśli nadal szukacie człowieka, który będzie relacjonował Wam ile dolarów wydał w sklepach z markową odzieżą i jak drogimi limuzynami się woził, to jest ten moment, w którym powinniście zamknąć przeglądarkę. Tym co ze mną pozostali wynagrodzę cennymi informacjami, tak byście mogli poznać dziś Kijów od A do Z, oczywiście wyłącznie po mojemu. Już na starcie zdradzę Wam, że tunele metra znajdują się nie bez powodu tak głęboko i skrywają w sobie pewną tajemnicę. Mówi się, że Arsenalna wyposażona jest w specjalne pomieszczenia na wypadek sytuacji awaryjnych. Pokoje tam ukryte mają wodę pitną, magazyn żywności, toalety, a nawet drzwi wejściowe, które mają uchronić ludzi na wypadek wybuchu jądrowego. Czy zatem budujący metro zakładali w nim również drugie przeznaczenie w postaci schronu na wypadek wojny? Mam nadzieję, że tego typu pytania zaostrzą Wam apetyt na dalszą wyprawę ze mną, w głąb Kijowa, ale i nie tylko.


 

B jak busiki

No to jedziemy dalej, a właśnie może słów kilka o komunikacji miejskiej. Po Kijowie można poruszać się na różne sposoby, ale dla mnie najbardziej retro i jednocześnie pełne adrenaliny są żółte busiki, określanymi tu jako marszrutki. Za każdym razem, gdy do nich wsiadałem, myślałem tylko czy dojadę do celu? Na wszelki wypadek polecam się dobrze ubezpieczyć, szeroko uśmiecham się właśnie teraz z opcją reklamy na moim blogu podróżniczym do lokalnych ukraińskich ubezpieczycieli 😀 Wróćmy jednak do zmartwień, bo te wynikały nie tylko ze stanu technicznego środka lokomocji. Zawsze miałem sporo szczęścia w życiu, tak i tym razem również ono mi sprzyjało. Musicie bowiem wiedzieć, że na samych przystankach, niestety nie uraczycie informacji o numerach zatrzymujących się przy nich marszrutek. Dodatkowo możecie sobie podnieść lekko ciśnienie, gdy okaże się iż właśnie minęliście przystanek, na którym powinniście byli wysiąść. By uchronić się od zbędnych skoków adrenaliny, bądźcie czujni, a najlepiej powiedzcie kierowcy, gdzie chcielibyście wysiąść, Ci zwykle nie znają angielskiego więc starajcie dogadać się na migi lub w języku polskim, no chyba, że jest z Wami ktoś mówiący po ukraińsku – to znacznie uprości Wam sytuację. Warto dodać, że koszt przejazdu marszrutką jest zależny od numeru, którym jedziemy, ale wydatek nie jest duży i plasuje się od 5 do 8 UAH. Nie martwcie się tym ile pieniędzy należy przygotować, bo zazwyczaj informacja o cenie biletu widnieje przy szybie przed wejściem do naszego środka lokomocji. Pamiętajcie również, że w przeciwieństwie do taksówek, w których o cenie decyduje taksometr, w marszrutce cena biletu jest stała, niezależnie od długości przejechanej trasy. Jednocześnie cena za przejazd jest zawsze niższa od cen w taksówkach. Alternatywnie możecie również po mieście poruszać się metrem, autobusami lub trolejbusami, a koszt przejazdu  wynosi 8 UAH. Z resztą więcej o samych cenach będzie już za moment.

C jak ceny

Czas na opisanie szerzej cen, z którymi musicie się liczyć w Kijowie. Przy każdym wyjeździe warto zrobić sobie przybliżony kosztorys wydatków. Research cenowy miejsca do którego się wybieramy, często pozwoli uniknąć nam rozczarowań i wielu niezręcznych sytuacji. Zawsze zakładam jakiś określony budżet, z możliwością pewnych zmian i Wam również to polecam. Dla przykładu przygotowałem dla Was kilka wydatków z mojego wyjazdu do Kijowa, byście mogli uzmysłowić sobie ile pieniędzy będziecie potrzebowali na Waszą wyprawę. W uproszczeniu mogę powiedzieć, że koszty są zbliżone do tych w Polsce, choć naturalnie znajdziecie eleganckie drogie restauracje, jak i miejsca, gdzie można zjeść dużo, smacznie i tanio, albo i mniej smacznie. Poniżej przykładowe ceny:

  • Przejazd metrem, kolejką czy autobusem to koszt około 1 PLN
  • Kawa w budce czy restauracji od około 2 PLN do 10 PLN(zależnie od miejsca, jakości budki i oczywiście rodzaju samej kawy)
  • Piwo 0,5l – w sklepie i restauracji cena wacha się od około 2 PLN do 15 PLN
  • Wódka 0,5l– w sklepie butelka kosztuje nawet od około 7 PLN do 30 PLN
  • Woda mineralna 1,5lw sklepie około 2 PLN
  • Obiad w restauracji około od około 10 PLN do 30 PLN
  • Fast food od około 3PLN do 15 PLN
  • Deser w restauracji około 10 PLN
  • Słodycze Roshen od około 1 PLN za batonik, po nawet 50 PLN za przepyszne duże torty, a cukierki za 1kg znajdziecie w cenach od 7 PLN do około 20 PLN
  • Bilety do muzeów wyniosą od kilku do maksymalnie kilkudziesięciu PLN
  • Karta sim prepaid z internetem ok. 15 PLN (Internet z polskiej karty sim się Wam zupełnie nie opłaci, a warto mieć dostęp do sieci i tego chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć).


D jak Dniepr          

Spacer nad brzegiem Dniepru to warunek sine qua non udanego wypadu do Kijowa, ta chwila przyjemności należy się Wam jak nagrody polskim ministrom ostatnimi czasy. Pozwoli Wam to uciec na moment od wielkomiejskiego zgiełku. Ja w Kijowie byłem zimą, więc nie pozwoliłem sobie na długi spacer, ale słyszałem legendy o  unikatowej siłowni na powietrzu i plaży naturystycznej, która znajduje się właśnie nad Dnieprem. Latem można również pograć w siatkówkę plażową w tutejszym Hydroparku, „przefrunąć” Dniepr lub skorzystać z rejsów widokowych po rzece. Z perspektywy czasu uważam, że warto jest mieć do czego wracać, więc może i dobrze, że jeszcze nie wszystko tu widziałem. Będzie to świetna motywacja, by tu wrócić, by chociażby zobaczyć Kijów latem. Mam na względzie też to, że pewnych rzeczy lepiej nie widzieć, bo jak to mawiają mądrzy ludzie, potem nie da się odzobaczyć. Bez wątpienia spacerując wzduż Dniepru polecam Wam zobaczyć Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, która znajduje się na wodzie, co dodaje jej uroku.

E jak Euromajdan

Majdan Niezależności to wyjątkowe miejsce na Ziemi. To dziś nie tylko miejsce spotkań Ukraińców, czy punkt do odhaczenia dla turystów z całego świata. To miejsce pamięci, które chyba za sprawą wydarzeń z grudnia 2014 roku znamy wszyscy chociażby z prasy czy telewizji. Pierwsze protesty, pierwsze strzały, pierwsze ofiary i to wszystko w XXI wieku po prawej granicy Polski. Dziś Majdan Niezależności to coś więcej niż centralny plac w Kijowie, który pełni rolę handlową. Dla mnie to przede wszystkim miejsce pamięci po walce o godność, wolność, równość, lepsze życie, ale i szacunek obywateli w starciu z władzą. Walce, która zmieniła nie tylko Ukrainę, ale i spojrzenie całego świata – bo jeśli to co wydarzyło się podczas pomarańczowej rewolucji wydarzyło się naprawdę kilka lat temu, niespełna 700 km od Warszawy, wydarzyć się może wszędzie na Ziemi. Spacerując po Majdanie nawet nie wiesz, że możesz spojrzeć w oczy tych, których bliscy zginęli za swoje przekonania, lub oni sami walczyli marząc życiu w lepszej ojczyźnie. Nawet teraz gdy o tym piszę i przypominają mi się spoglądające na mnie z murów portrety Ukraińców, którzy zginęli w „pomarańczowej rewolucji”, mam na ciele dreszcze. Z uwagi, że przychodzi tutaj wielu turystów, nie brakuje tu również ludzi przebranych za niedźwiedzie, zebry, małp czy hodowlanych gołębi, z którymi można zrobić sobie zdjęcia. Dla mnie to nie miejsce i nie czas, ale Wam pozostawiam własną interpretację tego tematu, ale sam Euromajdan uważam, za miejsce do obowiązkowego zobaczenia, jeśli będziecie w Kijowie.

F jak Funikular

Funikular to kolejka linowo terenowa łącząca 2 części miasta – stary Kijów i Padół. Jeśli chcesz poczuć emocje, które w najmocniejszych momentach można porównać do zbierania grzybów lub gotowania jajek na miękko, to koniecznie powinieneś przejechać się tą szynową kolejką. Wyprawa ze stacji niebieskiej linii metra Poshtova Ploshcha w okolice monasteru (lub na odwrót), to coś co może nie pozostanie w Waszej pamięci do końca życia, ale przynajmniej trwa krótko i kosztuje niewiele, bo 8 UAH. Sam bilet nabyć można w kasie przy kolejce. Nastawcie się więc na oszałamiającą prędkością 2m/s i trasę, której długość wynosi ponad 200 metrów. Macie jeszcze siłę ruszać ze mną dalej?

 

G jak głód

O biedzie na Ukrainie można napisać oddzielny wpis. Ja jednak sięgnę dziś tylko do historii, gdyż będąc w Kijowie udałem się pod Pomnik Ofiar Wielkiego Głodu. Nie sposób jest nie odnieść się do wydarzeń wywołanych przez Stalina i ZSRR na narodzie ukraińskim w latach 30. XX wieku. Akt ten Polska wraz z 26 innymi państwami uznała, za ludobójstwo. Według różnych szacunków Wielki Głód spowodował śmierć kilku milionów ludzi. Klęska głodu trwała w latach 1921-1947. Sięgając do różnych statystyk powraca niewyobrażalna liczba, z której wynika, że życie straciło wówczas około 10 milionów mieszkańców Ukrainy. Przerażający jest więc i pomnik dziewczynki cierpiącej z powodu głodu. Jej wyraz twarzy mówi sam za siebie. Za pomnikiem dziewczynki znajduje się muzeum i kolejny, bardzo duży pomnik pamięci ofiar tej tragedii. Wszystko to jest dziś świadectwem dokonanego okrucieństwa przez Stalina. Samo muzeum znajduje się na wzgórzu, skąd rozciągają się również ładny widok na prawobrzeżną część Kijowa. Warto tu przyjść, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, nie tylko o sprawach przyziemnych, tym bardziej, że jest to miejsce, które upamiętnia jedną z największych zbrodni popełnionych przez Związek Radziecki.

H jak hrywna

Czym zapłacimy w Kijowie? Walutą Ukrainy jest UAH czyli hrywna, ale w stolicy bez problemu niemalże wszędzie zapłacicie kartą, także nie martwcie się, gdy skończy Wam sie gotówka. Musicie pamiętać, że złotówki czy posiadane dolary, bez problemu wymienimy w kantorach, ale zawsze dopytajcie o przelicznik, gdyż często są spore różnice w różnych kantorach i pomoże Wam to uniknąć niekorzystnych przeliczników. Na dzień dzisiejszy 1UAH to około 0,15 PLN (stan na kwiecień 2020), miejcie jednak na uwadze, że kursy walut są zmienne. Hrywna weszła do obiegu w 1996 roku w związku z reformami ekonomicznymi, zastępując karbowańca. Ciekawostką jest to, że nazwa pochodzi od średniowiecznej miary srebra, określanej jako grzywny. 

I jak internet

Kiedy wylądujecie na lotnisku w Kijowie, warto z uwagi na wysokie opłaty wyłączyć sobie przesyłanie transmisji danych w polskiej sieci. Jeśli chodzi o zaopatrzenie się w kartę prepaid z ukraińskim numerem i co najważniejsze, pakietem danych, polecam wstrzymać się z tym z dotarciem do centrum miasta, dzięki temu kupicie tańszą kartę lub korzystniejszy pakiet internetu np. nielimitowanym, co nie zawsze jest możliwe na samym lotnisku. Instalacja i aktywacja pakietu danych trwa dosłownie kilka minut i na pewno pomoże w niej sprzedawca, u którego nabywamy kartę. Wystarczy się uśmiechnąć i grzecznie poprosić o pomoc – w moim przypadku zadziałało. Pamiętać też trzeba, że opłaty za połączenia czy smsy/mmsy do Polski z naszej rodzimej sieci są dość wysokie, dlatego rozsądnym jest kupno karty prepaid już za granicą RP, warto też sugerując się naszymi potrzebami doradzić sprzedawcy, która z kart i z jakim pakietem będzie dla nas najkorzystniejsza. Mamy już walutę, mamy już internet, trzeba więc pomyśleć o czymś przyziemnym jak pożywienie. W końcu nie samym internetem bloger żyje. Ale dostęp do sieci znacznie ułatwi poszukiwanie restauracji, knajp, pubów i innych punktów gastronomicznych, które pozwolą przetrwać ten mroźny klimat, w którym przyszło mi poznawać Kijów.

J jak jedzenie

Trochę pozwiedzaliśmy więc pora pomyśleć, gdzie i czym naładować akumulatory w czym pomoże na pewno jedzenie. Na start polecam spróbować lokalnego specjału, czyli tradycyjnego pączka z parówką w środku. Jak dla mnie dość wariacka finezja piekarzy z Kijowa w kwestii „hot-doga”. Trzeba jednak zrozumieć, że w końcu to Słowianie, więc nie dziwi mnie ich gastronomiczna fantazja. Jeśli starter mamy za sobą, trzeba pomyśleć o czymś konkretniejszym. W poszukiwaniu ciekawszych miejsc na kulinarnej mapie Kijowa ja udałem się za jedzeniem do Pyzatej Chaty w której jakość dobrze zestawia się z ceną. To tu zjecie m.in. tradycyjne pierogi czy barszcz ukraiński do tego dobieracie kompot i za całość zapłacicie około 10 PLN. Jeśli nie lubicie barszczu, alternatywnie możecie spróbować zupy soljanki, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. To zupa rybna w bulionie warzywnym z cytryną, oliwkami i z dodatkiem kwaśnej śmietany. Jeśli chodzi tradycyjne pierogi, określa się je jako wareniki. Przekornie udałem się też na jedzenie do restauracji gruzińskiej, tak gruzińskiej i tu może Was zaskoczę, gdyż w Kijowie są one bardzo popularne. Jak zjecie tu chinkali, czy tradycyjnego chaczapuri, szybko zrozumiecie, dlaczego tak dobrze podbija serca społeczności lokalnej. Do zjedzenia polecam Wam też ukraińskie słodycze. Wchodząc do sklepów firmowych Roshen poczujecie się jak w raju (przynajmniej ja mam takie wyobrażenie nieba). Ciastka, cukierki, torty, żelki, bezy, czekolady i wiele innych pysznych słodkości, które mogą przysporzyć o zawrót głowy.  Ten kto próbował chociażby ukraińskich krówek wie o czym teraz mowa. Warto też wspomnieć, że nie samymi słodyczami Ukraina jest silna, polecam też skosztować tutejszy kwas chlebowy czy kawior, a jeśli lubicie kawę, znajdziecie jej ogromny wybór na najsłynniejszej ulicy Kijowa.

K jak kompot to tylko w Kompocie

Pojedliście, to teraz dla odmiany pójdziemy się napić – tu jest Ukraina, tu się pije. Czas na lokowanie produktów 😉 jak pić to ukraińską wódkę, wina, piwa, albo … kompot, a jak kompot to koniecznie w Kompocie, czyli w restauracji sieciowej, która wywodzi się z Odessy, a znajdziemy ją i w Kijowie. Dużym atutem tego miejsca jest doskonała lokalizacja – z  lokalu można podziwiać Dniepr. Restauracja ta ma również oryginalny wystrój. Poza ciekawym wyglądem wnętrz i słojami pysznych kompotów polecam inspirować się tu również czymś smacznym do zjedzenia.

L  jak lotniska

W Kijowie działają dwa porty lotnicze. Pierwszy z nich to port lotniczy Kijów-Żulany. Tu Was zaskoczę, bo mieści się on w dzielnicy Żulany 😉 Każdego roku obsługuje około milion pasażerów. Lotnisko to obsługuje głównie, ale nie tylko połączenia krajowe. Głównym portem jest Kijów-Boryspol znajdujące się 29 km na wschód od centrum miasta. Lotnisko w Boryspolu jest najpopularniejszym, a zarazem największym międzynarodowym i krajowym portem lotniczym na Ukrainie. W 2008 roku lotnisko to obsłużyło ponad 6 milionów pasażerów.

Ł jak Ławra Peczerska

Jednym z najcenniejszych zabytków Kijowa, który koniecznie będąc tutaj należy zobaczyć, jest niesamowita  Ławra Peczerska. Klasztor  wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO i na mnie zrobił ogromne wrażenie. Uprzedzę już Wasze pytania i nie jestem nekrofilem, a mroczne katakumby, rozciągające się pod całym kompleksem, mi podobały się już nieco mniej. Ze zdumieniem patrzyłem również jak ludzie całują szklanych wiek trumienek, w których znajdywały się ciała zmarłych w tym świętych i możnowładców. Być może na to co piszę, ma wpływ czas pandemii koronowirusa, z którym się borykamy obecnie na świecie, ale i wcześniej też nie wyobrażałem sobie wymieniać pocałunków z szybami pod którymi znajdują się zmarli, szczególnie, że robiły to przede mną niezliczone rzesze wiernych, turystów i fetyszystów. Różnice kulturowe pewnie jeszcze nie raz mnie zaskoczą. Nie podobała mi się oddzielna opłata za fotografowanie, którą musiałem uiścić przy wejściu, szczególnie, że jest ona wygórowana, nie tylko dla kieszeni Ukraińców. Koszt  to 200 UAH i jak się potem okazuje, pomimo uiszczenia opłaty nie wszędzie uprawnia do robienia zdjęć. Zdenerwowany tym faktem, zacząłem dość przekornie, to może teraz słów kilka o tym, co mi się spodobało, żeby ta część wpisu nie zapachniała cebulą. Przejdźmy zatem do tego, co mi się podobało. Po pierwsze kapitalny jest sam klimat i mistyczność tego miejsca. Bardzo spodobały mi się też złote kopuły, które pięknie mienią się w słońcu, a i opcja zakupu przyrządów do umartwiania się, ludzie o preferencjach bdsm na pewno znajdą tu coś dla siebie. Sam kompleks składa się z ławry dolnej i ławry górnej, a z cennych rad podpowiem, że zwiedzanie ich możliwe jest dla Pań w nakryciu głowy. Jeśli chodzi o ceny biletów dla ludzi bez aparatów, lub tych co je mają, ale nie będą z nich korzystać to liczcie się z uczciwą opłatą 40 UHA za część zewnętrzną lub 80 UHA ze wstępem do wewnątrz obiektów i podziemi. Na terenie Ławry znajduje się wiele więcej budynków warto więc zarezerwować trochę więcej czasu, by wszystko na spokojnie zwiedzić. Całość jest bowiem największym kompleksem klasztornym na całej Ukrainie. Jeśli spytacie mnie, czy miejsce to pomogło mi lepiej poznać kulturę i religię naszych sąsiadów, odpowiem tak, ale jeśli spytacie, czy pomogło mi ją zrozumieć, a szczególnie ludzi, których tu spotkałem, odpowiem szczerze, że nie. Bez dwóch zdań jednak warto jest to miejsce odwiedzić dla dostępnych tutaj zabytków i obcowania z prawosławiem.

M jak Muzeum historii Ukrainy w II Wojnie Światowej

Muzeum historii Ukrainy w II Wojnie Światowej to placówka muzealna znajdująca się w dzielnicy Peczersk i na jej terenie znajduje się ponad kilkaset tysięcy eksponatów w tym sprzętów wojskowych. Fani militariów na pewno się tu odnajdą. Eksponaty znajdują się na ogromnym obszarze zajmującym ponad 10ha. Liczby te sprawiają, że Muzeum to jest największą tego typu placówką na Ukrainie i można w nim spędzić naprawdę sporo czasu.

N jak noclegi

Ja tym razem nocowałem w hotelu z pięknym widokiem na stadion olimpijski. Uwielbiałem tutaj poranki nie tylko za to co widziałem po wschodzie słońca za szybą. Dużym atutem tego hotelu były też śniadania. Czekały na mnie sowicie zastawione stoły, niczym jak na weselach i to dosłownie. Nie brakowało na nich nawet śledzi, tak dokładnie śledzi podawanych na kilkanaście sposobów. Przyznam Wam też, że hotele na Ukrainie wcale nie są tanie, dlatego alternatywną i jednocześnie tańszą opcją jest oferta Airbnb. Wybierając ją możecie skorzystać z poniższej zniżki na pierwszą rezerwację – wystarczy kliknąć tutaj lub w baner znajdujący się na końcu wpisu. Dzięki niej możecie obniżyć swoje koszty pobytu nawet o 100 PLN i to nie tylko w Kijowie. Jeśli chcecie, by było jeszcze taniej, możecie skorzystać z hosteli. Warto wcześniej jednak sprawdzić ich standard, by na miejscu nie być zszokowanym, bo z ultra niską ceną często idzie bardzo niska jakość i to jest, a przynajmniej powinno być zrozumiałe. Naturalnie nie należy przez to rozumieć, że hostele to zło, ale bądźcie ostrożni na zbyt korzystne cenowo oferty, czytajcie opinie na temat danego miejsca i przeglądajcie zdjęcia, po to by uniknąć zbędnych rozczarowań.

O jak ogród Alicji z Krainy Czarów

Kolejne ciekawe miejsce na mapie Kijowa to Aleja Pejzażowa. Jeśli chcesz poczuć się jak w creepy ogrodzie z Krainy Czarów, przy czym bez Alicji, to koniecznie się tu wybierz. Gdy pierwszy raz zobaczyłem to miejsce, do głowy przyszła mi jedna myśl, Gaudi tu był i sporo pił. Być może latem wygląda to miejsce pogodniej, ale zimą miejsce to wydało mi się dziwne. Na szczęście nie jest to jedyny ogród w Kijowie. Stolica Ukrainy jest znana jako najbardziej zielone miasto. Obszar zielonej strefy obejmuje 43600 hektarów, z czego ponad połowę zajmują lasy, ogrody publiczne, ogrody botaniczne, parki czy bulwary pokryte drzewami. Połowa terytorium Kijowa jest zajęta przez zieleń, parki czy ogrody, także nie musicie zmuszać się akurat do Alei Pejzażowej, jeśli oczywiście nie chcecie.

P jak Pomnik Matki Ojczyzny

USA ma Statuę Wolności, a Ukraina ma Pomnik Matki Ojczyzny, który stanął w Kijowie w 1981 roku. Jest faktycznie monumentalny i mierzy nieco ponad 100 m i jeśli mówi się w kuluarach, że planowano w tym miejscu zbudować pomniki Lenina i Stalina, gdzie każdy z nich miał mieć po 200 metrów wysokości, to nie jestem sobie w stanie tego wizualizować. Co ciekawe czubek miecza sięgał pierwotnie 108 m, ale po 1991 roku został on skrócony o 6 metrów, ponieważ sięgał ponad najwyższy krzyż na Ławrze Peczerskiej. Dzisiaj, po tym jak rozpadło się ZSRR, Matka Ojczyzna jest traktowana na Ukrainie trochę tak, jak Polacy postrzegają Pałac Nauki i Kultury w Warszawie. Jedni się przyzwyczaili i już nie wyobrażają sobie krajobrazu bez tego pomnika, inni najchętniej przetopiliby go na stal nierdzewną, a jest co topić, bo ta stalowa konstrukcja waży 560 ton, a jej sam miecz ważny ponad 6 ton. Pomnik wzbudza do dziś tyle kontrowersji wśród społeczności lokalnej, ile emocji wśród odwiedzających Kijów turystów. Autorem projektu jest Jewgienij Wuczeticz, który zaprojektował także pomnik „Matka Ojczyzna Wzywa” w Wołgogradzie. To czego żałuję, to to, że nie mogłem wejść do jej wnętrza, by zrobić zdjęcia z jednej z dwóch platform widokowych. Niższa na poziomie 36,6 m (wejście kosztuje 50 hrywien). Ta wyższa znajduje się na górnej części tarczy, na wysokości 91 metrów (wejście kosztuje 300 hrywien). Nie wszedłem tylko z uwagi, że było nieczynne, ale to kolejny z punktów do którego muszę tu wrócić.

R jak Rynek Bezarabski

Kochacie bazary, pamiątki, jedzenie, jeśli choć jedna odpowiedź jest pozytywna wybierzcie się na Bessarabski Market. Znajdziecie tu owoce, kawior, słoninę, warzywa, orzechy, mięso, ryby, sery i mnóstwo innych produktów. Warto wiedzieć, że budynek bazaru zaprojektował polski architekt Henryk Julian Gay. Wg minie warto tu przyjść gdyż jest to miejsce z ciekawym klimatem, ale ludzie nie bardzo lubią być tu fotografowani.

 

S jak Sobór Mądrości Bożej

Kolejnym miejscem, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc w Kijowie jest Sobór Mądrości Bożej, nazywany również Soborem Sofijskim. Jest to jedna z najstarszych świątyń spośród tych, które na Ukrainie zachowały się do naszych czasów. Sobór Sofijski mieni się zielono-złotymi kopułami, a cały budowla jest śnieżnobiała. Bez wątpienia jest to jedno z najpiękniejszych dzieł architektonicznych w tym kraju. Obecnie, we wnętrzach Soboru Mądrości Bożej nie odprawia się nabożeństw. Mieści się tu natomiast państwowe muzeum architektoniczne, które zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W pobliżu Soboru znajduje się m.in. pomnik Bohdana Chmielnickiego oraz Akademia Mohylańska.

T jak tęcza

Jednym z symboli Kijowa jest Łuk Przyjaźni Narodów określany przez mieszkańców stolicy: tęczą. Pomnik znajduje się w najwyższym punkcie miasta na prawym brzegu Dniepru w Parku Maryjskim, to tu znajdziecie też wspaniały widok na Kijów. Główną ideą kompozycji było utrwalenie za pomocą tego pomnika braterskich relacji między Ukraińcami i Rosjanami. Odsłonięto w listopadzie 1982 roku, a dziś widać w nim pewne pęknięcie, które ma swój symboliczny, ale wymowny przekaz. Łuk oczywiście wygląda okazale, bo wznosi się na 30 metrów, a pod nim znajdują się posągi przedstawiające robotników, ukraińskiego i rosyjskiego, którzy wznoszą ku niebu Order Przyjaźni Narodów oraz z granitowej rzeźby z sygnatariuszami ugody perejasławskiej z 1654 roku. Całość pachnie socjalizmem, długo tu więc nie zagoszczę, bo nawet tęcza jest tu jakaś bezbarwna. Czas ruszać dalej, kierunek główna arteria miasta.

 

U jak Ulica Chreszczatyk

Nie można być w Kijowie i nie udać się na jej główną aleję. Przyszedł czas na spacer ulicą Chreszczatyk. Uznawana jest za jedną z najszerszych ulic w Europie, jeśli chodzi o tego typu ulice w centrach miast. Co ciekawe jest zamykana na weekendy, więc można swobodnie nią spacerować. Przechadzając się wzdłuż niej zobaczymy m.in.  Kijowską Miejską Administrację Państwową, znajduje się tu też Hotel Ukraina, który dawniej  stał tu pod nazwą Moskwa. Podobały mi się tu również liczne przedstawienia uliczne, nie brakowało muzyków, tancerzy. Jest to więc enklawa artystów, ale i różnorodnych lokali gastronomicznych.

W jak wiśnia

Jeśli mowa o czymś dla ciała i ducha, to czas wspomnieć o Pijanej Wiśni. Jest to raj dla fanów co tu ukrywać – wiśniówki. Każdy wielbiciel słodkich trunków się tu odnajdzie, ale czy odnajdzie drogę do domu po wyjściu z tego miejsca, tego nie obiecam. Zimnym wieczorem trafiłem tu na sporą kolejkę do baru, być może nie tylko ja potrzebowałem się czymś procentowym rozgrzać. Koszt kieliszka to tylko 40 UAH lub 60 UAH (zależnie od gramatury). Mimo, że nie jestem fanem alkoholi i co więcej Pijana Wiśnia mi za to nie płaci, to i tak polecam odwiedzić to miejsce. Gdyby, ktoś z Pijanej Wiśni chciał się tu mocniej zareklamować, kontakt do mnie znajdziecie na stronie. Barter mile widziany 😉

Z jak Złota brama

Spójrzmy trzeźwym okiem na Złotą Bramę w Kijowie. Na moje oko wzorowana jest na tej z Konstantynopola, a że dużo nie wypiłem, to chyba mam rację. To właśnie przez nią mieli wjeżdżać królowie, oraz zwycięskie wojska powracające z dalekich podbojów, choć może nie do końca przez tą, którą zobaczyłem. Musicie pamiętać, że to tylko rekonstrukcja z XX wieku. W roku 1982  z okazji 1500-lecia Kijowa wybudowano ją na nowo. Obok bramy zobaczycie posąg Jarosława I Mądrego. Sama brama znajduje się na terenie niewielkiego parku, a w cieplejszych miesiącach jest to tętniący życiem plac, na którym ludzie spędzają wolny czas.

Na koniec wspomnę, że choć wpis jest o Kijowie od A do Z, to przyznam, że nie opisałem wszystkich atrakcji, które na Was tu czekają. Jak wrócę tu kolejnym razem może uda mi się zrobić pewien upgrade. W tym wpisie zabrakło mi m.in. Muzeum Czarnobyla, złotych kopuł Monasteru św. Michała Archanioła, świątyni korupcji, czyli rezydencja Wiktora Janukowycza i jeszcze więcej prestiżu, luksusu chociażby z samego Pieczerska. Mam też nadzieję, że jednak nie było tanio i beznadziejnie, a udało mi się pokazać Kijów, właśnie takim, jakim go w krótkim czasie odkrywałem. Już dziś wiem, że wrócę tu jeszcze nie raz. Liczę, że i Wy dostrzegliście ten urok w różnorodności tego miasta. Dla mnie Kijów pełny jest ciekawych osób, inspirujących miejsc i zapachów, za którymi na pewno zatęsknię. Liczę, że moja wyprawa pozwoli Wam nabrać pewnego dystansu, do tego jak Wy postrzegaliście dotychczas tą przestrzeń. Pamiętajcie też, że Kijów to metropolia o bogatej, ale i trudnej historii, w którym niedawno ginęli ludzie, by ich kraj stał się częścią UE. Nam Polakom przyszło to dużo łatwiej i czego zauważam niestety często, nie doceniamy. Może warto się dziś w czasie epidemii koronawirusa nad tym przez chwilę zatrzymać i choć przez moment, poważnie zastanowić. Warto jest docenić to co mamy, bo nic nie jest dane nam na zawsze i co więcej, to co posiadamy i dla nas wydaje się normalne, dla niektórych nie jest, aż takim oczywistym luksusem. Jeśli szukaliście natomiast więcej kijowskiego prestiżu, o którym pisałem Wam na początku, przepraszam, że Was rozczarowałem – znajdziecie go być może w moich przyszłych wpisach z kolejnych wyjazdów do Kijowa. Pozostałym za dotrwanie do tego momentu – bardzo dziękuję i dla Was, najwytrwalszych mam dwa słowa – chapeau bas. Przeczytać tyle tekstu i cierpliwie tu dotrwać – szacun. Chyba strasznie się musi Wam nudzić, podczas tej epidemii 😉 Bądźcie zdrowi i mówcie o mnie dobrze, jak i o tym pięknym i dumnym mieście kontrastów.

linia

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Zostań moim PATRONEM

#Co warto zobaczyć w Kijowie  #Kijów #Ukraina #Co warto zobaczyć na Ukrainie

Fotograf Lublin | Kijów | Warszawa| Lublin| Fotografia Ślubna |  Fotografia | Podróże | Travel | Zdjęcia Ślubne | Fotograf Lublin | Fotograf Warszawa | Fotograf Płock |  Fotografia Ślubna Lublin | Fotografia Ślubna Warszawa | Fotografia Ślubna Płock | Fotografia Biznesowa | Fotografia Okolicznościowa | Fotografia Reklamowa | Fotografia Wnętrz i Budynków | Fotografia Dziecięca | Fotografia Rodzinna | Fotografia Aktu | Zwiedzaj online| Blog podróżniczy |Zostań w domu | Ukraina

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020