

W zależności od wysokości Twojego wsparcia, mam dla Ciebie różne prezenty w ramach podziękowania:
0 zł / miesiąc
✅ Nie możesz pomóc materialnie, nie ma najmniejszego problemu. Miło mi będzie, jak napiszesz wiadomość prywatną, że lubisz mój blog (oczywiście tylko jeśli Ci się on rzeczywiście podoba). Myślę, że cenny feedback od czytelników jest bardzo ważny dla każdego twórcy. Bardzo ucieszę się również, jeśli udostępnisz moją stronkę www.rafalbil.eu/podroze w swoich social mediach lub wrzucisz tam link z moim Patronite. Ta forma wsparcia też będzie dla mnie bardzo wiele znaczyć i bardzo Ci za nią już teraz dziękuję.
10 zł / miesiąc
✅ Twoje wsparcie jest dla mnie ważne. Dziękuję, że mi ufasz i doceniasz to, co robię i chcesz, bym tworzył nadal. Strasznie mnie to cieszy, motywuje i nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ogromnie to doceniam! Twoje imię i nazwisko lub jeśli wolisz ksywka, pojawi się pod minimum jednym wpisem podróżniczym w miesiącu, który opublikuję na moim blogu. Postaram się wyróżnić Cię na moim fanpage, ale w jaki sposób, niech pozostanie niespodzianką. Dodatkowo możesz liczyć też na osobistego e-maila ode mnie z podziękowaniem za Twoje wsparcie!
20 zł / miesiąc
✅ Wielkie dzięki, za zaufanie, umożliwienie rozwijania bloga i przede wszystkim za to, że mogę liczyć na tak duże wsparcia! Twoje imię i nazwisko lub jeśli wolisz ksywka, pojawi się pod minimum dwoma wpisami podróżniczymi w miesiącu, które opublikuję na moim blogu. Dodatkowo możesz liczyć też na osobistego e-maila ode mnie z podziękowaniem za Twoje wsparcie. Otrzymasz w nim również informacje z jakiego miejsca na ziemi będą moje kolejne wpisy podróżnicze. Wyróżnię Cię również na moim fanpage, ale w jaki sposób, niech pozostanie niespodzianką.
50 zł / miesiąc
✅ To się nie dzieje! Nawet nie wiem jak podziękować Ci za tak ogromne wsparcie, które, umożliwi mi rozwijanie bloga. Twoje imię i nazwisko lub jeśli wolisz ksywka, pojawi się pod minimum dwoma wpisami, które opublikuję na moim blogu. Dodatkowo możesz liczyć też na osobistego e-maila ode mnie z podziękowaniem za Twoje wsparcie. Przygotuję też wcześniej dla Ciebie informacje z jakiego miejsca na Ziemi będą moje kolejne wpisy podróżnicze. W drugim miesiącu wsparcia otrzymasz ode mnie również na e-mail autorską fotografię z moich podróży. Dodatkowo w oryginalny sposób wyróżnię Cię również na moim facebookowym fanpage.
75 zł / miesiąc
✅ To jest już nierealne. Gigantycznie Ci dziękuję za wsparcie! W podziękowaniu za to, otrzymasz ode mnie maila z osobistym listem, Twoje imię i nazwisko czy jeśli wolisz ksywka, pojawi się oczywiście na końcu każdego mojego wpisu podróżniczego na blogu. Otrzymasz w nim również przed wszystkimi innymi informacje z jakiego miejsca na Ziemi będą moje kolejne wpisy podróżnicze. Dodatkowo podaj mi koniecznie adres, na jaki mógłbym wysyłać Ci w drugim miesiącu wsparcia upominki czy pamiątki z moich podróży, a na Twoim e-mailu nie zabraknie również autorskiego zdjęcia w podziękowaniu za tak duże wsparcie. Zostaniesz również wyróżniony na moim facebookowym fanpage.
100 zł / miesiąc
✅ Cuda czasami się zdarzają! Teraz to już kompletnie nie wiem, jak powiedzieć Ci DZIĘKUJĘ. Nie spodziewałem się, że chcesz mnie tak bardzo wesprzeć. Myślę, że nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele to dla mnie znaczy. W podziękowaniu za to wsparcie, otrzymasz ode mnie wszystko to, co Patroni powyżej. Dodatkowo, podczas mojego pobytu w Twoim mieście (lub okolicy) chciałbym zaprosić Cię na piwo/sok/kawę czy herbatę. Jeśli zbłądzisz na lubelski dziki wschód, koniecznie odezwij się do mnie, byśmy mogli na spokojnie spotkać się i porozmawiać o fotografii czy podróżach. W tym progu masz również możliwość zasugerowania tematu wpisu na moim blogu. Chciałbym byś mógł poczuć się nie tylko jako Patron, ale i byś miał realny wpływ na kreowanie mojego bloga.
200 zł / miesiąc
✅ To jest więcej niż cud! Nie ma takich słów by Ci podziękować! Tak wielka pomoc w tworzeniu materiałów, treści na www oraz zdjęć jest dla mnie bardzo zobowiązująca. Naturalnie otrzymasz ode mnie oprócz rzetelnej pracy i dostarczania regularnych materiałów na www, wszystko to, co Patroni powyżej. Dodatkowo, podczas mojego pobytu w Twoim mieście (lub okolicy) chciałbym koniecznie udać się z Tobą na obiad czy kolację. Zapraszam Cię nie tylko żeby Ci osobiście podziękować, ale i chciałbym Cię bliżej poznać i porozmawiać o podróżach. Może uda zaplanować się wspólną wyprawę. Co ważne, od czasu do czasu w Twojej skrzynce pocztowej, pojawi się coś oryginalnego z moich wypraw. Naturalnie podzielę się z Tobą również wykonaną przeze mnie fotografią z moich eksploracji, bo to obok poznanych ludzi i wspomnień uważam za najcenniejsze, co mam z moich wypraw.

Jak działa Patronite w trzech prostych krokach?
👍 Wchodzisz na profil Patronite osoby, którą chcesz wesprzeć, następnie wybierasz kwotę, którą chcesz wpłacić i dokonujesz płatności💸
✌ Po wszystkim zostajesz Patronem tej osoby 🤝
🤟 Otrzymujesz nagrody, które dla Ciebie przygotowała🎁
Jeśli podoba Ci się to, co robię i chcesz dorzucić coś do kolejnych podróży oraz wesprzeć mojego podróżniczego bloga, zapraszam Cię do zostania moim Patronem. To dzięki Twojemu wsparciu będę miał większą swobodę działania i poczucie, że to co tworzę jest wartościowe. Jeżeli chcesz mnie wesprzeć kliknij w ten link do mojego profilu na Patronite. Tutaj przeczytasz jak zostać moim Patronem.



Jestem Rafał i jestem blogerem, fotografem, pasjonatem podróży i saunowania w jednej osobie. Jestem też wielbicielem słodyczy, kiepskiego poczucia humoru i dobrej muzyki. Miło mi, że trafiłeś na moją stronę. Liczę, że niedługo poznamy się lepiej. Na swoim blogu dzielę się wiedzą i fotografiami, tworząc content dla osób kochających podróże jak ja. 














Musicie też wiedzieć, że badania podejmowano nie tylko w jedną stronę i nie tylko po całym zajściu. 
O dziwo, przez wiele lat nikt nie starał się podważać badań słynnego ufologa. Dopiero w 2012 sprawie wnikliwie przyjrzał się Bartosz Rdułtowski, publicysta i autor książek poświęconych głównie II wojnie światowej i tajemnicom z nią związanymi. W swojej książce „Tajne operacje. PRL i UFO” stara się udowodnić, że badania Blani były nierzetelne, a cała sprawa jego zdaniem okazała się mistyfikacją. W jego ocenie była to próba zemsty jednego ufologa na drugim, choć jak sugeruje w swej książce autor, nie potoczyła się do końca tak, jak to miało być zamierzone. Kluczową osobą w całej tej sprawie miał być Witold Wawrzonek, ufolog który jako pierwszy dotarł do Wolskiego i powiadomił o przypadku Zbigniewa Blanię. Rdułtowski uważa, że całe „śledztwo” Blani nie było obiektywne, a prowadzono badania wyłącznie w duchu amerykańskiego hasła „I want to believe”.




¡Hola!, witajcie, dziś przybliżę Wam kilka podstawowych informacji na temat świętowania Wielkanocy w hiszpańskiej Andaluzji. Przeniosę Was wirtualnie do samej Sewilli, która jest stolicą tej południowej części Hiszpanii. W tym roku Semana Santa nie będzie jak dotychczas obchodzona tak hucznie, a głównym powodem jest oczywiście globalna pandemia koronawirusa. O ile sama decyzja o odwołaniu uroczystych pochodów jest zrozumiała i wg mnie rozsądna, tak w głębi serca, żałuję, że tak się to wszystko potoczyło, szczególnie iż w tym roku, miałem w tych uroczystościach po raz kolejny uczestniczyć. Mając na uwadze to co dzieje się obecnie w Hiszpanii, nie było jednak wyjścia, bilety linii lotniczych będą musiały jeszcze poczekać na mój kolejny lot do tej części Europy. Wróćmy jednak do tego co najistotniejsze. Hiszpański rząd nakazuje obywatelom pozostanie w domach. Gdyby nie pandemia już od 3 kwietnia bractwa zaczęłyby wychodzić z dzielnic Sewilli, by pielęgnować kilkusetletnią tradycję, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Pozostaje mi sięgnąć do wspomnień i zdjęć, które udało mi się wykonać, kiedy pierwszy raz mogłem uczestniczyć w tych niezwykle spektakularnych, nie tylko dla mojego obiektywu wydarzeniach. Będę z Wami szczery, tego nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć i zobaczyć na własne oczy. Postaram się Wam w krótkim ABC o Semana Santa za pomocą moich zdjęć oddać namiastkę tego wyjątkowego klimatu i atmosfery miejsca, którą tam w przeszłości zastałem podczas obchodów Wielkiego Tygodnia.









Zanim wyjaśnię jaką rolę odgrywa Antonio Banderas w Semana Santa, opowiem jak to się wszystko zaczęło. Aby Was nie zanudzić historią, ale zachować pewną chronologię sięgnąć muszę pokrótce do końca XVI i XVII wieku, czyli okresu początków procesji Wielkiego Tygodnia w Sewilli. W 1604 roku kardynał Fernando Niño de Guevara postanowił, że bractwa będą udawały się do katedry, aby celebrować mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Jednym z członków hiszpańskich bractw jest sam Antonio Banderas. W związku z tym faktem od wielu lat uczestniczył i on w pochodach w ramach Semana Santa. W tym roku aktor włączył się natomiast w pomoc finansową wraz z hiszpańskim bankiem i dwiema fundacjami w sporej łącznej kwocie 53 000 euro na inicjatywę społeczną bractw. Cel jałmużny, bo tak wypada nazwać tą ofiarę jest przeznaczony na walkę z koronawirusem. Za pieniądze te zakupione zostaną fartuchy i materiały niezbędne dla pracowników w szpitalach w Maladze. W ten sposób aktor chce sam przyczynić się do „epidemii solidarności”, która ma miejsce w całym kraju i jednocześnie zachęcić innych do udziału w dzieleniu się tym co mamy z potrzebującymi. Podkreślić warto, że we wcześniejszych latach, można było spotkać Antonio Banderasa w pochodach w Maladze, gdzie aktor odgrywał ważną rolę, jako jeden z nazarejczyków dzwoniących w dzwon nadających tempa, oraz nawoływał osoby odpowiedzialne do podnoszenia platform, które potrafią ważyć nawet około pół tony, a niektóre znajdujące się na nich figury, pamiętają czasy średniowiecza. Naturalnie wiele osób widziało w tym zachowaniu aktora działanie na pokaz, mające poprawiać jego wizerunek. Ja nie zamierzam tego oceniać, gdyż nie taka rola jest tego wpisu, jednak na jedno zwrócę uwagę. W tym roku ze względu na zagrożenie epidemiologiczne, aktor, podobnie jak i inni Hiszpanie czy członkowie bractw, zmuszeni są pozostać w domach, a huczne pochody zostały zawieszone. Jeśli chodzi o spójność w walce z pandemią nie podlega wątpliwości, że jest to słuszna decyzja, którą poparli reprezentanci wszystkich bractw oraz decydenci Hiszpanii. Dziś nie podlega wątpliwości, że ustanawiane prawa w walce z COVID 19 powinny być spójne dla wszystkich, bez względu, czy jest się słynnym aktorem, czy pełni inne zaszczytne funkcje. Wirus ten przecież nie zwraca uwagi na status społeczny, czy pełnione funkcje, o czym świetnie przekonał się premier Wielkiej Brytanii. Zostawmy jednak politykę. Należy Wam się jeszcze wyjaśnienie czym w ogóle są te bractwa i jaką rolę odgrywają w Semana Santa?
Przyznam się Wam, że widząc pierwszy raz nazarenos (nazarenos określani są też jako nazaredczycy, a nazwa ich pochodzi od bractwa pod wezwaniem Chrystusa z Nazaretu) w tradycyjnych strojach, moje skojarzenie, choć nietrafione, ale było bardzo jednoznaczne. Byłem niemal przekonany w 100%, że przypadkiem spotkałem członków Ku Klux Klan. Dla niewtajemniczonych w dużym uproszczeniu napiszę, tylko, że KKK to organizacja rasistowska, utworzona w Stanach Zjednoczonych, częściowo zakonspirowana, walcząca o utrzymanie supremacji białych w USA i dążąca do ograniczenia praw innych grup rasowych i etnicznych. Teraz żebyśmy mieli jasność Ku Klux Klan nie ma zupełnie nic wspólnego z hiszpańskimi bractwami, a jedyne co ich łączy to zapożyczony w wyglądzie od Hiszpanów strój członków tej rasistowskiej organizacji. Wracając jednak do bractw – podczas Semana Santa Hermandades, określa się je także pod nazwą cofradías penitenciales i są to stowarzyszenia (wspólnoty, bractwa) osób, które biorą udział w procesjach Wielkiego Tygodnia. Poszczególne bractwa skupione są wokół konkretnej parafii. Niektóre z nich działają nieprzerwanie nawet od XV wieku. Każde z bractw posiada charakterystyczny dla siebie kolor szat i maszerując w otoczeniu konkretnej platformy, dzięki czemu obchody te są różnorodne i barwne, przez co dla mnie osobiście i mojego aparatu ciekawe. Paleta kolorów jest całkiem szeroka – od bieli przez różne odcienie fioletu czy niebieskiego po biskupią purpurę, zieleń, czerwień, brąz, czerń, a nawet złoto. Musicie też zdawać sobie sprawę, że przynależność do bractwa stanowi spore obciążenie dla finansów Hiszpanów. To nie tylko zaangażowanie swojego czasu. Bardzo dużym wydatkiem jest koszt samego stroju (nawet kilka set euro), a dodatkowym wydatkiem są jeszcze opłaty związane z działalnością Cofradías. W 2020 roku bractwa hiszpańskie odpowiadają za organizację codzienną wirtualnych stacji pokutnych w celu umożliwienia współbraciom symbolicznego uczestnictwa online w tych ważnych dla wielu wiernych obchodach. Wszystko to ma stworzyć choć namiastkę świętowania tych wyjątkowych nie tylko dla Hiszpanów wydarzeń. Mam też nieodparte wrażenie, że z dużym smutkiem i pokorą muszą znieść oni fakt, że w tym roku święta te będą wyglądały zdecydowanie inaczej.















Dziś zabiorę Was na wirtualną wyprawę do największego miasta Ukrainy. Wyprawa do Kijowa będzie zderzeniem z miastem liczącym oficjalnie około 3 mln osób, a w rzeczywistości licząc z przyjezdnymi nawet do około 5 mln ludzi. Aglomeracja ma ponad 800 km kwadratowych i plasuje się wśród największych metropolii Europy na 7 miejscu. Dziś postaram się zmierzyć ze stereotypami, tego jednego z najstarszych miast w Europie Wschodniej. Zweryfikujemy czy Kijów to wyłącznie tania wódka, złe drogi i piękne kobiety. Jedno jest pewne, czeka nas wyprawa do miasta pełnego kontrastów, w którym wyczuwalna jest unikatowa atmosfera oraz aromat kawy i napojów procentowych. Jeżeli Wasze głowy i wątroby są na to gotowe, to zapraszam. Pamiętajcie tylko, że Ukraina nie jest członkiem UE także zabierzcie ze sobą paszporty. Dodatkowo, musicie wiedzieć, że gdybyście zdecydowali się na przyjazd tu samochodem, niezbędnym będzie załatwienie kilku dokumentów m.in. zielonej karty czy odpowiedniego ubezpieczenie pojazdu. Przy przejściach granicznych czy kontrolach policyjnych możemy liczyć się z dodatkowymi „opłatami”, chyba że będziecie wytrwali w swojej postawie, to może uda się Wam ich uniknąć. Z uwagi na powyższe oraz, że stan dróg pozostawia czasem wiele do życzenia, zdecydowanie doradzam wybrać podróż samolotem. I tu jest idealne miejsce na reklamę linii lotniczych – Wizzair, Ryanair, LOT – cierpliwie czekam na Wasze propozycje 🙂 Lećmy dalej, bo się i tak nie doczekam, a chcę Wam dziś pokazać Kijów i to od A do Z. Pamiętajcie tylko o zmianie wskazówek w zegarkach, które należy przesunąć o godzinę do przodu. Nie tracąc czasu, synchronizujemy sikory i startujemy.



Podróż zacznijmy najniżej jak tylko w Kijowie się da, po to by następnie piąć się tylko w górę. Wszystko to robię, byście mogli wraz z upływem czasu czerpać garściami ze szczytu ukraińskiego prestiżu, przy założeniu, że z podstawowym budżetem jaki miałem zaplanowany na ten wyjazd, można mówić o jakimkolwiek luksusie czy prestiżu. Wspomnę Wam tylko, że za lot w obie strony zapłaciłem nieco ponad 80 PLN, ale nie traćcie nadziei. Wróćmy jednak do naszej największej i jednocześnie najgłębszej stacji metra, o czym dowiecie się niemal na większości blogów polecających atrakcje w Kijowie. Zjeżdżając ponad 100 metrów w dół docieramy w końcu na przystanek Metro Arsenalna. Sam zjazd ruchomymi schodami trwał około 4 minuty i kosztował tylko 8 UAH, ale nie to jest najważniejsze. Jeśli nadal szukacie człowieka, który będzie relacjonował Wam ile dolarów wydał w sklepach z markową odzieżą i jak drogimi limuzynami się woził, to jest ten moment, w którym powinniście zamknąć przeglądarkę. Tym co ze mną pozostali wynagrodzę cennymi informacjami, tak byście mogli poznać dziś Kijów od A do Z, oczywiście wyłącznie po mojemu. Już na starcie zdradzę Wam, że tunele metra znajdują się nie bez powodu tak głęboko i skrywają w sobie pewną tajemnicę. Mówi się









Spacer nad brzegiem Dniepru to warunek sine qua non udanego wypadu do Kijowa, ta chwila przyjemności należy się Wam jak nagrody polskim ministrom ostatnimi czasy. Pozwoli Wam to uciec na moment od wielkomiejskiego zgiełku. Ja w Kijowie byłem zimą, więc nie pozwoliłem sobie na długi spacer, ale słyszałem legendy o unikatowej siłowni na powietrzu i plaży naturystycznej, która znajduje się właśnie nad Dnieprem. Latem można również pograć w siatkówkę plażową w tutejszym Hydroparku, „przefrunąć” Dniepr lub skorzystać z rejsów widokowych po rzece. Z perspektywy czasu uważam, że warto jest mieć do czego wracać, więc może i dobrze, że jeszcze nie wszystko tu widziałem. Będzie to świetna motywacja, by tu wrócić, by chociażby zobaczyć Kijów latem. Mam na względzie też to, że pewnych rzeczy lepiej nie widzieć, bo jak to mawiają mądrzy ludzie, potem nie da się odzobaczyć. Bez wątpienia spacerując wzduż Dniepru polecam Wam zobaczyć Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, która znajduje się na wodzie, co dodaje jej uroku. 

Majdan Niezależności to wyjątkowe miejsce na Ziemi. To dziś nie tylko miejsce spotkań Ukraińców, czy punkt do odhaczenia dla turystów z całego świata. To miejsce pamięci, które chyba za sprawą wydarzeń z grudnia 2014 roku znamy wszyscy chociażby z prasy czy telewizji. Pierwsze protesty, pierwsze strzały, pierwsze ofiary i to wszystko w XXI wieku po prawej granicy Polski. Dziś Majdan Niezależności to coś więcej niż centralny plac w Kijowie, który pełni rolę handlową. Dla mnie to przede wszystkim miejsce pamięci po walce o godność, wolność, równość, lepsze życie, ale i szacunek obywateli w starciu z władzą. Walce, która zmieniła nie tylko Ukrainę, ale i spojrzenie całego świata – bo jeśli to co wydarzyło się podczas pomarańczowej rewolucji wydarzyło się naprawdę kilka lat temu, niespełna 700 km od Warszawy, wydarzyć się może wszędzie na Ziemi. Spacerując po Majdanie nawet nie wiesz, że możesz spojrzeć w oczy tych, których bliscy zginęli za swoje przekonania, lub oni sami walczyli marząc życiu w lepszej ojczyźnie. Nawet teraz gdy o tym piszę i przypominają mi się spoglądające na mnie z murów portrety Ukraińców, którzy zginęli w „pomarańczowej rewolucji”, mam na ciele dreszcze. Z uwagi, że przychodzi 


Funikular to kolejka linowo terenowa łącząca 2 części miasta – stary Kijów i Padół. Jeśli chcesz poczuć emocje, które w najmocniejszych momentach można porównać do zbierania grzybów lub gotowania jajek na miękko, to koniecznie powinieneś przejechać się tą szynową kolejką. Wyprawa ze stacji niebieskiej linii metra Poshtova Ploshcha w okolice monasteru (lub na odwrót), to coś co może nie pozostanie w Waszej pamięci do końca życia, ale przynajmniej trwa krótko i kosztuje niewiele, bo 8 UAH. Sam bilet nabyć można w kasie przy kolejce. Nastawcie się więc na oszałamiającą prędkością 2m/s i trasę, której długość wynosi ponad 200 metrów. Macie jeszcze siłę ruszać ze mną dalej?
O biedzie na Ukrainie można napisać oddzielny wpis. Ja jednak sięgnę dziś tylko do historii, gdyż będąc w Kijowie udałem się pod Pomnik Ofiar Wielkiego Głodu. Nie sposób jest nie odnieść się do wydarzeń wywołanych przez Stalina i ZSRR na narodzie ukraińskim w latach 30. XX wieku. Akt ten Polska wraz z 26 innymi państwami uznała, za ludobójstwo. Według różnych szacunków Wielki Głód spowodował śmierć kilku milionów ludzi. Klęska głodu trwała w latach 1921-1947. Sięgając do różnych statystyk powraca niewyobrażalna liczba, z której wynika, że życie straciło wówczas około 10 milionów mieszkańców Ukrainy. Przerażający jest więc i pomnik dziewczynki cierpiącej z powodu głodu. Jej wyraz twarzy mówi sam za siebie. Za pomnikiem dziewczynki znajduje się muzeum i kolejny, bardzo duży pomnik pamięci ofiar tej tragedii. Wszystko to jest dziś świadectwem dokonanego okrucieństwa przez Stalina. Samo muzeum znajduje się na wzgórzu, skąd rozciągają się również ładny widok na prawobrzeżną część Kijowa. Warto tu przyjść, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, nie tylko o sprawach przyziemnych, tym bardziej, że jest to miejsce, które upamiętnia jedną z największych zbrodni popełnionych przez Związek Radziecki.

Czym zapłacimy w Kijowie? Walutą Ukrainy jest UAH czyli hrywna, ale w stolicy bez problemu niemalże wszędzie zapłacicie kartą, także nie martwcie się, gdy skończy Wam sie gotówka. Musicie pamiętać, że złotówki czy posiadane dolary, bez problemu wymienimy w kantorach, ale zawsze dopytajcie o przelicznik, gdyż często są spore różnice w różnych kantorach i pomoże Wam to uniknąć niekorzystnych przeliczników. Na dzień dzisiejszy 1UAH to około 0,15 PLN (stan na kwiecień 2020), miejcie jednak na uwadze, że kursy walut są zmienne. Hrywna weszła do obiegu w 1996 roku w związku z reformami ekonomicznymi, zastępując karbowańca. Ciekawostką jest to, że nazwa pochodzi od średniowiecznej miary srebra, określanej jako grzywny. 









W Kijowie działają dwa porty lotnicze. Pierwszy z nich to port lotniczy Kijów-Żulany. Tu Was zaskoczę, bo mieści się on w dzielnicy Żulany 😉 Każdego roku obsługuje około milion pasażerów. Lotnisko to obsługuje głównie, ale nie tylko połączenia krajowe. Głównym portem jest Kijów-Boryspol znajdujące się 29 km na wschód od centrum miasta. Lotnisko w Boryspolu jest najpopularniejszym, a zarazem największym międzynarodowym i krajowym portem lotniczym na Ukrainie. W 2008 roku lotnisko to obsłużyło ponad 6 milionów pasażerów. 

















Kolejne ciekawe miejsce na mapie Kijowa to Aleja Pejzażowa. Jeśli chcesz poczuć się jak w creepy ogrodzie z Krainy Czarów, przy czym bez Alicji, to koniecznie się tu wybierz. Gdy pierwszy raz zobaczyłem to miejsce, do głowy przyszła mi jedna myśl, Gaudi tu był i sporo pił. Być może latem wygląda to miejsce pogodniej, ale zimą miejsce to wydało mi się dziwne. Na szczęście nie jest to jedyny ogród w Kijowie. Stolica Ukrainy jest znana jako najbardziej zielone miasto. Obszar zielonej strefy obejmuje 43600 hektarów, z czego ponad połowę zajmują lasy, ogrody publiczne, ogrody botaniczne, parki czy bulwary pokryte drzewami. Połowa terytorium
USA ma Statuę Wolności, a Ukraina ma Pomnik Matki Ojczyzny, który stanął w Kijowie w 1981 roku. Jest faktycznie monumentalny i mierzy nieco ponad 100 m i jeśli mówi się w kuluarach, że planowano w tym miejscu zbudować pomniki Lenina i Stalina, gdzie każdy z nich miał mieć po 200 metrów wysokości, to nie jestem sobie w stanie tego wizualizować. Co ciekawe czubek miecza sięgał pierwotnie 108 m, ale po 1991 roku został on skrócony o 6 metrów, ponieważ sięgał ponad najwyższy krzyż na Ławrze Peczerskiej. Dzisiaj, po tym jak rozpadło się ZSRR, Matka Ojczyzna jest traktowana na Ukrainie trochę tak, jak Polacy postrzegają Pałac Nauki i Kultury w Warszawie. Jedni się przyzwyczaili i już nie wyobrażają sobie krajobrazu bez tego pomnika, inni najchętniej przetopiliby go na stal nierdzewną, a jest co topić, bo ta stalowa konstrukcja waży 560 ton, a jej sam miecz ważny ponad 6 ton. Pomnik wzbudza do dziś tyle kontrowersji wśród społeczności lokalnej, ile emocji wśród odwiedzających Kijów turystów. Autorem projektu jest Jewgienij Wuczeticz, który zaprojektował także pomnik „Matka Ojczyzna Wzywa” w Wołgogradzie. To czego żałuję, to to, że nie mogłem wejść do jej wnętrza, by zrobić zdjęcia z jednej z dwóch platform widokowych. Niższa na poziomie 36,6 m (wejście kosztuje 50 hrywien). Ta wyższa znajduje się na górnej części tarczy, na wysokości 91 metrów (wejście kosztuje 300 hrywien). Nie wszedłem tylko z uwagi, że było nieczynne, ale to kolejny z punktów do którego muszę tu wrócić.













Jednym z symboli Kijowa jest Łuk Przyjaźni Narodów określany przez mieszkańców stolicy: tęczą. Pomnik znajduje się w najwyższym punkcie miasta na prawym brzegu Dniepru w Parku Maryjskim, to tu znajdziecie też wspaniały widok na Kijów. Główną ideą kompozycji było utrwalenie za pomocą tego pomnika braterskich relacji między Ukraińcami i Rosjanami. Odsłonięto w listopadzie 1982 roku, a dziś widać w nim pewne pęknięcie, które ma swój symboliczny, ale wymowny przekaz. Łuk oczywiście wygląda okazale, bo wznosi się na 30 metrów, a pod nim znajdują się posągi przedstawiające robotników, ukraińskiego i rosyjskiego, którzy wznoszą ku niebu Order Przyjaźni Narodów oraz z granitowej rzeźby z sygnatariuszami ugody perejasławskiej z 1654 roku. Całość pachnie socjalizmem, długo tu więc nie zagoszczę, bo nawet tęcza jest tu jakaś bezbarwna. Czas ruszać dalej, kierunek główna arteria miasta.













Na koniec wspomnę, że choć wpis jest o Kijowie od A do Z, to przyznam, że nie opisałem wszystkich atrakcji, które na Was tu czekają. Jak wrócę tu kolejnym razem może uda mi się zrobić pewien upgrade. W tym wpisie zabrakło mi m.in. Muzeum Czarnobyla, złotych kopuł Monasteru św. Michała Archanioła, świątyni korupcji, czyli rezydencja Wiktora Janukowycza i jeszcze więcej prestiżu, luksusu chociażby z samego Pieczerska. Mam też nadzieję, że jednak nie było tanio i beznadziejnie, a udało mi się pokazać Kijów, właśnie takim, jakim go w krótkim czasie odkrywałem. Już dziś wiem, że wrócę tu jeszcze nie raz. Liczę, że i Wy dostrzegliście ten urok w różnorodności tego miasta. Dla mnie Kijów pełny jest ciekawych osób, inspirujących miejsc i zapachów, za którymi na pewno zatęsknię. Liczę, że moja wyprawa pozwoli Wam nabrać pewnego dystansu, do tego jak Wy postrzegaliście dotychczas tą przestrzeń. Pamiętajcie też, że Kijów to metropolia o bogatej, ale i trudnej historii, w którym niedawno ginęli ludzie, by ich kraj stał się częścią UE. Nam Polakom przyszło to dużo łatwiej i czego zauważam niestety często, nie doceniamy. Może warto się dziś w czasie epidemii koronawirusa nad tym przez chwilę zatrzymać i choć przez moment, poważnie zastanowić. Warto jest docenić to co mamy, bo nic nie jest dane nam na zawsze i co więcej, to co posiadamy i dla nas wydaje się normalne, dla niektórych nie jest, aż takim oczywistym luksusem. Jeśli szukaliście natomiast więcej kijowskiego prestiżu, o którym pisałem Wam na początku, przepraszam, że Was rozczarowałem – znajdziecie go być może w moich przyszłych wpisach z kolejnych wyjazdów do Kijowa. Pozostałym za dotrwanie do tego momentu – bardzo dziękuję i dla Was, najwytrwalszych mam dwa słowa – chapeau bas. Przeczytać tyle tekstu i cierpliwie tu dotrwać – szacun. Chyba strasznie się musi Wam nudzić, podczas tej epidemii 😉 Bądźcie zdrowi i mówcie o mnie dobrze, jak i o tym pięknym i dumnym mieście kontrastów.




Zabieram Was do Holandii. Dziś poznacie moje subiektywne ABC na temat Zaanse Schans, który znajduje się w regionie Zaan. Zachowała się tu zarówno kolekcja starych wiatraków, ale i klimatycznych domków. Być może niektórych zaskoczę, ale Zaanse Schans jest jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Holandii, którą moim zdaniem zdecydowanie warto zobaczyć. Ruszamy zatem do prowincji Holandia Północna, by odkryć jeden z najbardziej malowniczych regionów Holandii, w którym pachnie o dziwo nie ziołami, a aromatyczną czekoladą. Wyprawę po skansenie rozpoczynam, od wizyty w Laboratorium Kakao, w którym można samemu przyrządzić ten pyszny i aromatyczny czekoladowy napój i to wedle własnych preferencji.
Z kubkiem wyśmienitej czekolady w ręku wyruszam w drogę, by eksplorować ten sielski teren. Piękny krajobraz, drewniane domki i majestatyczne wiatraki wznoszące się nad miastem, wzdłuż leniwie płynącej rzeki Zaan – to wszystko, mimo fatalnej pogody, która mnie tu zastała i tak zapiera dech w piersi. Mam nieodparte wrażenie, że to co tu spotykam, jest kwintesencją oddającą holenderski klimat pozornej beztroski. Jesteście ciekawi jakie atrakcje tu na Was czekają? Mimo niesprzyjającej pogody, która mnie zastała zapraszam na spacer online do miejsca, które w ciągu roku odwiedza ponad milion turystów.
Na start skupmy się może na głównych atrakcjach, które tu spotkam, ale zacznijmy od początku, czyli skąd, kiedy i po co znalazły się tu wiatraki? Aby pozwolić na zachowanie unikalnego holenderskiego dziedzictwa, pomysłodawca skansenu, architekt Jaap Schipper, zadbał o zwiezienie wielu unikatowych budynków z całego regionu w jedno miejsce. Sami zobaczcie i oceńcie czy idea ta była słuszna. Miejcie na uwadze, że siła tego regionu wiązała się właśnie z wiatrem i to on napędzał fabryki oraz tutejsze zakłady pracy. Produkowano w nich wiele najróżniejszych produktów. Wytwarzano tu m.in. deski, papier, pigmenty do farb, ale i olej czy włókna. W niektórych zakładach produkowano żywność np. musztardę oraz przetwarzano kakao. Większość produktów była rozsyłana na cały świat z holenderskich portów, a dynamiczny rozwój przemysłu pozwolił rozwinąć się wówczas Holandii do poziomu światowej potęgi morskiej oraz handlowej.
Kiedy zapotrzebowanie na wiatraki zmniejszyła rewolucja przemysłowa, wiatraki stopniowo przestały być wykorzystywane. Wiele z nich zdemontowano, a pomimo, że region jest obecnie nadal znacznie uprzemysłowiony, to jednak energię czerpie z nowoczesnych źródeł energii. Niestety w związku z tym wiele przykładów unikalnej zabudowy przepadło, tym bardziej moim zdaniem, cennym posunięciem była realizacja pomysłu Schipper’a.

Zapytacie co potrafi mnie tak oczarować? Osobiście do gustu przypadł mi widok na panoramę wiatraków, które rozrzucone są na długości około kilometra wzdłuż rzeki Zaan. Pozostałe budynki skupiono na niewielkim obszarze, dlatego w sezonie przygotujcie się na tłumy turystów. Ja mimo deszczowej pogody i dotarcia tu poza sezonem też musiałem się uzbroić w cierpliwość, by wykonać kilka ujęć bez zbędnych turystów w kadrze. Strach jest pomyśleć, co dzieje się tu latem. Zostawmy te zmartwienia na później i przejdźmy lepiej do zabudowań. W budynkach rzemieślniczych dowiemy się w jaki sposób wytwarzane były produkty związane z regionem. Wewnątrz nich możemy zwykle też zakupić pamiątkowe produkty. Natomiast jeśli chodzi o tutejszą architekturę wyszczególnić trzeba m.in wiatraki.





































Na koniec jak już wiemy co i gdzie, to pozostało ustalić za ile. Wejście na teren Zaanse Schans jest darmowe, ale musimy liczyć się z pewnymi kosztami. Bez opłat możemy wejść do budynków rzemieślniczych oraz sklepów. Płatne są już natomiast znajdujące się tu wiatraki i muzea czy miejsca parkingowe. Koszt za cały dzień parkowania to 10€. Wejście do jednego z płatnych wiatraków wynosi 4€, dzieci do 6 lat wchodzą za darmo, natomiast od 6 do 12 lat za połowę ceny normalnego biletu, czyli za 2€. Pamiętajcie, że ceny się zmieniają, więc warto je sprawdzać na oficjalnej stronie Zaanse Schans. 
Jeśli zapomnicie o wygodnych butach, to alternatywnym sposobem na poznanie okolicy jest 45 minutowy rejs statkiem, podczas którego zobaczycie skansen z innej perspektywy. Rejsy odbywają się sezonowo od kwietnia do końca września. Cena dla osoby dorosłej to 7€, natomiast połowę tego zapłacicie za bilet dla dzieci do 12 lat. Istnieje też możliwość na krótszy kurs, czyli przepłynięcie na drugą stronę rzeki do Zaandijk, koszt kursu za 1€. Polecam Wam też kartę The Zaanse Schans Card. 










Reasumując moje ABC na temat koronawirusa, pamiętajcie, że bardzo ważny jest zdrowy rozsądek. Nie mówcie nie planowanym podróżom do miejsc gdzie nie stwierdzono przypadków zachorowań, ale mocno zastanówcie się nad wyprawami do państw, gdzie znajdują się ogniska epidemii. Ja zdecydowanie taką podróż bym odwołał. Koniecznie odżywiajcie się zdrowo uzupełniajcie suplementy i budujcie odporność. Nie zaszkodzi tran, witamina C i częste i higieniczne mycie rąk, przemywanie twarzy, trzymajcie się ciepło, byle nie za oczy czy usta. Uśmiechajcie się dużo i jeszcze więcej śmiejcie, bo śmiech to zdrowie. Można żartować np. z memów o koronawirusie, ale nigdy go nie lekceważcie.























Kombinacja kryształów soli i olejków nadaje z jednej strony skórze młodszy wygląd, łagodnie usuwając z jej powierzchni obumarłe komórki. Peeling z zastosowaniem soli z Morza Martwego oczyszcza pory i przyspiesza krążenie krwi. Sól doskonale nadaje się również do leczenia łupieżu skóry głowy. Należy jednak bardzo uważać na oczy, gdyż w kontakcie z tą częścią ciała, może być mało przyjemnie, a czasem nawet niebezpieczne. Podobnie nie polecam korzystania z Morza Martwego zaraz po depilacji czy goleniu, ze zrozumiałych względów. Nie polecam również zachłysnąć się tą wodą, ale to już kto co lubi, bo przecież są różne fantazje i fetysze. Nie oceniam, szanuję 😉















































Dziś w ostatnim dniu 2019 roku zabieram Was na wyjątkową wyprawę. Chcę pokazać Wam perłę Zachodniego Brzegu Jordanu i chyba nawet całej Palestyny. Zakładamy wygodne kapcie i zamiast osiołka dosiądźcie wygodnie Wasze komputerowe myszy, bo ruszamy na wyprawę, by poznać dość subiektywne abc o Betlejem, czyli mieście w którym narodziło się chrześcijaństwo. Postaram się dziś Wam zdradzić, co warto tu zobaczyć, co zjeść, gdzie kupić pamiątki i ile to wszystko mniej więcej będzie kosztowało. Betlejem jest chyba jedynym miastem Autonomii Palestyńskiej, które jest znane szerzej turystom, dlatego bez obaw możecie ze mną wyruszyć w tą wyprawę. To co, gotowi? Startujemy więc do miasta bardzo życzliwych ludzi. Gdyż już na starcie musicie wiedzieć, że w Betlejem naprawdę lubią Polaków i rozpoznają nas bez problemu, a cenię ich, że nie mylą nas z Rosjanami, co często zdarza się wielu Polakom w Izraelu.
Chyba każdy kto dociera do Betlejem zawita do Bazyliki Narodzenia Pańskiego (Church of Nativity) – to pierwszy kościół chrześcijański, jaki wybudowano na terenie tego miasta i jeden z najstarszych kościołów na świecie. Bazylika ta powstała na rozkaz cesarza Konstantyna Wielkiego. Wczesnochrześcijańska świątynia do dziś otwarta jest dla zwiedzających i pielgrzymów. Bazylika składa się z głównego kościoła z prawosławnym ołtarzem (niestety były powody do rozczarowań, ołtarz był w remoncie) oraz Groty Narodzenia, która znajduje się p




















Nie da się powiedzieć, że było się w Palestynie zwiedzając tylko katolickie kościoły. Wg mnie bardzo inspirująca jest również samo miasto. Kultura i dzielnice arabskie są nieodłącznym elementem, którego nie należy pominąć, gdy wybieramy się do Palestyny i nie można przejść obojętnie obok tej kuchni, muzyki i tych wyjątkowo życzliwych ludzi. Zapuszczając się w zatłoczone targowiska czy wchodząc do jednej z wielu restauracji, oferujących przepyszne falafele i inne dania kuchni bliskiego wschodu, możemy doświadczyć coś zupełnie innego niż w europejskich miastach. Dla mnie osobiście to doświadczenie jest wartością dodaną, z której należy czerpać jak najwięcej wyruszając właśnie w odległe miejsca. Samo miasteczko to już w zasadzie przedmieścia Jerozolimy. Moim zdaniem jest miejscem gwarnym, pełnym życia, z obfitującymi w smakołyki targowiskami, ale najbardziej urzekł mnie fakt, że spotykani tu przeze mnie ludzie byli bardzo sympatyczni. 









