
Czy jest czego się bać gdy udacie się na wystawę STRACHY Daniela Rycharskiego do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie? To właśnie tu do 22.04.2019 roku prezentowana jest indywidualna wystawa tego artysty. Twórca ten działa na styku kilku aspektów życia, co bezpośrednio przenosi w swoją twórczość. Łączy w swym wyrażaniu elementy styku wsi, kultury queer i religii. Co jest efektem tej ekspresji najlepiej zobaczcie sami – dziś zabieram Was na małe ABC do świata sztuki nowoczesnej.

A jak architektura
Na początek słów kilka o samym Muzeum nad Wisłą – jego budynek to prosta architektoniczna bryła położona na Powiślu. Tuż obok znajduje się Centrum Nauki Kopernik i Biblioteka Uniwersytecka Uniwersytetu Warszawskiego. Fasada tego Muzeum, zgodnie z wolą architekta Adolfa Krischanitza, pokryta jest kompozycją malarską. Wykonał ją artysta Sławomir Pawszak. W samym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, oprócz sali wystawowej, znajdują się kawiarnia, księgarnia oraz niewielkie centrum edukacyjne. Zatem wchodzę do środka, wpłacam symboliczne 5 zł za zwiedzanie wystawy. Zaraz zobaczymy co czeka tym razem za drzwiami tego budynku – zapraszam.


B jak bać się czy nie?
Wcześniej słychać było w przestrzeni publicznej dużo sprzecznych opinii na temat ekspozycji tego artysty. Jedni oceniali je jako lewackie i antyreligijne, inni wręcz odwrotnie – dopatrywali się w nich osobistych opowieści autora o jego rozumieniu religii i nadawali im wymiar duchowy. Bez wątpienia wystawa ta jest swoistą relacją z wielu lat twórczości artysty. Zapewne jest też zbiorem Jego doświadczeń i wyrażeniem intymnych emocji czerpanych z kultury popularnej, swoistego rodzaju aktywizmu oraz działań animacyjnych autora.
Warto starać się tę wystawę obejrzeć w samotności, gdy nie ma tłumów, by mieć chwilę ciszy dla wypracowania własnej interpretacji. Dlaczego tak uważam, gdyż wtedy przynajmniej mi, łatwiej jest skupić myśli na tym co istotne w niej samej dla mnie osobiście. Prościej jest wówczas też podjąć próbę jej zrozumienia i odszukania własnej interpretacji, gdy uwagi od głównego tematu nie odciągają inni zwiedzający. W mojej ocenie ważne jest by znaleźć tu osobiste sposoby odczytania i odczuwania tej wystawy i wykreowania własnej opinii na jej temat. Wystawa niewątpliwie wzbudzać może różne emocje, zarzuca się jej kontrowersyjny przekaz. To m.in. dlatego najlepiej zobaczyć ją na własne oczy.
Gdy zapytacie czy ja się obawiałem, odpowiem – sztuki nie należy się bać. Sama wystawa w mojej ocenie skłania do przemyśleń dotyczących tożsamości oraz granic przynależenia do wspólnoty wiary. Pozwala też wrócić do dyskusji na tematy tabu w sztuce, ale i w życiu. Wiele osób w mojej ocenie może też zaraz po wejściu na wystawę szybko się zszokować widokiem krzyża z grobu z cmentarza stojącego na łóżku, dla niektórych może być to przesada w wyrażaniu ekspresji i własnych emocji. Dla mnie zdecydowanie nie, należy tylko wiedzieć, że ekspozycja ta ma symbolizować mroczny aspekt życia na wsi. Autor nawiązuje w niej do przytłaczającej samotności, która jest jedną z wielu obaw Jego samego. Czy instalacja ta szokuje? Zdecydowanie tak, czy gorszy bardziej niż samotność, tego nie wiem.


Moją uwagę od razu zwróciła też wykonana ze stali tarcza na której umieszczono cytat księdza Józefa Tischnera odnoszący się wprost do konieczności bycia sobą w obliczu spraw ostatecznych. To kolejna z prac przypominająca o wiejskim pochodzeniu artysty i nawiązaniu do kwestii religijnych.

Tuż obok łóżka spotkamy kolejny krzyż, generalnie trzeba przyznać, krzyży na tej wystawie nie brakuje. Czy krzyża obawia się sam Rychalski? Tego też nie wiem, ale warto byłoby Go kiedyś o to zapytać. Jest więc sporo pytań, które dziś pozostaną bez odpowiedzi. Jedno jest pewne, to właśnie z drzewa, na którym powiesiła się homoseksualna para. Daniel osobiście wystrugał krzyż i ubogacił w piękne zdobienia, a następnie poszedł z nim pod Pałac Prezydencki. Dziś ten sam krzyż stoi i rzuca cień w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Osoby homoseksualne, które noszą swój krzyż to pewna symbolika, która staje się mianownikiem całości wystawy i powraca też w wielu wymiarach twórczości artysty.



Idąc dalej zobaczymy wiszącą zaraz przy wejściu tablicę, na której znajduje się cytat z Katechizmu Kościoła Katolickiego o osobach homoseksualnych: „Powinno je się traktować z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”. Kilka lat temu artysta ten stanął z tablicą pod kościołem dominikanów na ulicy Freta na warszawskim Nowym Mieście, z którego był przeganiany przez przechodniów i samych zakonników. Co miał na celu artysta – czy chodziło o pokazanie problemu dialogu w tym kontrowersyjnym temacie? Być może chciał pokazać, że osoby homoseksualne nie są akceptowane w Kościele.

Kiedy udamy się dalej w głąb Muzeum Sztuki Nowoczesnej, przekonamy się, że motywy religijne są niemalże głównym, choć nie jedynym motywem wystawy. Tym razem trafiam na ekspozycję kilku sztuk różańców. Na pierwszy rzut oka nic zaskakującego, dopiero, gdy przyjrzymy się bliżej zauważyć można, że część z nich zawiera w swojej strukturze nie paciorki, a leki antydepresyjne, część jak się dowiedzieć można z opisu, powstała ze szlachetnych żywic zmieszanych z krwią (osób wierzących i homoseksualnych). Tu znów powraca temat otwartości Kościoła i związanych z tym problemów osób nieheteronormatywnych. Silna chęć przynależności do tej wspólnoty i odrzucenie powraca po raz kolejny w ekspresji autora.



Idę dalej, podnoszę lekko głowę i widzę patrona spraw beznadziejnych z twarzą Rycharskiego, który pociesza: „Nie trwóżcie się! W domu Ojca Mego jest mieszkań wiele”. Artysta zapisał się do rolniczego związku zawodowego. Uszył dla niego oficjalny sztandar. Przedstawia on postać płonącego mężczyzny trzymającego w dłoni krzyż. Na płótnie nawiązał do zmarłego Andrzeja Filipiaka, który podpalił się przed Kancelarią Premiera w 2013 roku. Sztandar nawiązuje też do tematu wsi, który jest kolejnym istotnym elementem twórczości Rycharskiego.



Spaceruję dalej i widzę uszyty z katolickich szat liturgicznych strój przypominający kostiumy Ku Klux Klanu. Artysta nie porzuca więc chrześcijańskich inspiracji i łączy je w kontrowersyjny sposób. Ta forma buntu względem duchownych Kościoła jest mocnym wyrazem sprzeciwu artysty. Być może nawiązuje w ten sposób do kwestii nietolerancji i powracającego znów braku akceptacji lub ma ku temu inne osobiste powody. Szaty liturgiczne, jak się okazało, pozyskane zostały od osób duchownych, w tym tych, które odeszły z instytucji Kościoła. Czy w ten sposób autor chce uwikłać duchowieństwo w przemoc i wspieranie w Polsce zachowań sprzecznych z ideą miłosierdzia? Co skrywa się pod tą szatą? Myślę, że i o to warto zapytać samego autora.
Pokrywy są kolejnym obiektem w twórczości Rycharskiego, który napotykam na swojej drodze. Kolejny projekt obraca się wokół tematu wykluczenia i nietolerancji, który jest tematem do dyskusji. Sam dyskurs ma mieć swój punkt wyjścia za pośrednictwem włazu, które stają się bramą do ukrytych lęków czy problemów autora.



Witraż z superbohaterem niczym z komiksu Marvela, gurującego nad nazistami i jest to kolejny szokujący element wystawy. Zderzone zostały tu ze sobą intensywne kolory i kontrowersyjne symbole w celu skupienia uwagi i komunikacji z widzem. Nawiązanie do walki z totalitaryzmami w rysunkowej formie i wplecione w nią cytaty, nie pozawalają finalnie przejść obok niego obojętnie, szczególnie, że odnoszą się do istoty wiary i posiadają specyficzne poczucia humoru.

Kolejna ekspozycja to brama upamiętniająca wyzwolenie chłopów. Wpisuje się ona w krajobraz wsi i folkloru o czym świadczą m.in. żywe barwy. Naturalnie można je określić jako tęczowe kolory, ale to już jak kwestia indywidualnej interpretacji. Zdecydowanie bardziej intrygujące jest to, co znajdziemy po jej przekroczeniu, ale o to zostawiłem specjalnie na koniec.

Tuż za bramą zobaczyć można tytułowe STRACHY, czyli poubierane w odzież od osób LGBT stroje na różnokolorowych i różnorodnych krzyżach. Docelowo miały stanąć one na polach Kurówka, jako strachy na dziki. Wieś ta, to rodzinne strony autora wystawy i to tam twórca stara uczyć się sąsiadów tolerancji i zrozumienia względem mniejszości seksualnych, a do tego celu używa narzędzia jakim jest sztuka.






C jak całość
Czas na podsumowanie całości. Na początek kilka uwag natury technicznej. Pamiętajcie, że sztuki nowoczesnej nie należy się bać, podobnie jak i kontrowersyjnych tematów czy łączenia kwestii, które na pierwszy rzut oka wydają się nie do pogodzenia. Danielowi się to w pewnym stopniu udaje, jest w tym autentyczny i tego nie należy mu odmówić. To m.in. dlatego warto poznać bliżej Jego twórczość, bo nie należy oceniać książki po samej okładce, a nawet nad trudną, ciekawą, kontrowersyjną lub nudną lekturą warto się chwilę zastanowić i pomyśleć co autor chce nam tak naprawdę przez swą twórczość przekazać, bo być może jest tam głębsza i ciekawsza treść niż ta, którą wiele osób zobaczy na pierwszy rzut oka. No więc właśnie, jest spore ryzyko, że pierwsze wrażenie po wejściu na wystawę, określiłbym słowem skromna i nie chodzi mi tylko o treść, a o formę. Na spory budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej znalazło się tu tylko kilkanaście prac Daniela.
Po zobaczeniu całości zmieniam zdanie na temat skromności tej przestrzeni wystawienniczej. Zatrzymywałem się przy kolejnych elementach wystawy, poznając ich historię wystawa nabiera nieco innego wymiaru, staje się bardziej spójna i zrozumiała. Dzięki temu łatwiej jest mi pojąć o co chodzi autorowi, w którym kierunku zmierza, zastanawiam się tylko, czy na twórczość autora nie miały wpływu różne stany depresyjne, gdyż sama wystawa nie należy i chyba nie miała należeć do tych, z których wychodzi się z uśmiechem na twarzy. Odrzucenie, brak akceptacji, samotność, przemoc, wykluczenie i w końcu homofobia, ale i aktywizm, czy odmienny światopogląd – to właśnie te elementy niemalże namacalnie tutaj znajdziecie.
Można więc śmiało uznać, że wystawa ta jest osobistym zbiorem doświadczeń i formą wyrażenia Jego własnych emocji i spostrzeżeń, za co już artyście należy się duży plus, bo dla mnie wiarygodność i pewna autentyczność jest bardzo istotna w tworzeniu sztuki. W swoich pracach On sam mierzyć się musi z licznymi społecznymi strachami i uprzedzeniami, to chyba to jest jedną z przyczyn do powstania i finalnego efektu tej właśnie wystawy.
Warto się na koniec zastanowić, czy prowokacyjnych wystaw należy się bać? Czemu ta wystawa ma służyć? Czy w ogóle jest ona prowokacyjna? A może rzeczywistość, w której przyszło żyć i tworzyć Danielowi prowokuje go do takich właśnie działań i zachowań? Myślę, że każdy sam musi odpowiedzieć sobie na te pytania, gdy odwiedzi wystawę w Muzeum nad Wisłą. Warto to uczynić czym prędzej i spróbować ją zrozumieć, a na pewno przynajmniej zobaczyć, by otworzyć umysł na pewną odmienność. Inny punkt widzenia nie musi być groźny. Gdy spytacie mnie czy mi się podobało na tej wystawie? Odpowiem, że ta wystawa nie ma się podobać, tylko ma dać do myślenia i w tej kategorii odpowiem, że to się jej autorowi udało. Czy pokazałem Wam całość wystawy? Celowo nie i to tylko dlatego, by zachęcić Was do zobaczenia tego co jeszcze zostało niedopowiedziane.
Dla wielu wystawa ta będzie pełna sprzeczności, ale wg mnie skrywa w sobie wiele spójnych elementów, wystarczy poświęcić jej czas, otworzyć umysł, odpowiednio ją zinterpretować i postarać się zrozumieć. Warto ją też odnieść do kontekstu kulturowego i doświadczeń samego twórcy, wszystko to zdecydowanie pomoże w jej interpretacji. Nie brakuje tu elementów poruszających kwestię tożsamości samego autora, ale i współczesnej wsi gdzie tworzy. Czyni to „Strachy” jeszcze bardziej autentycznymi i interesującymi.



#sztukiwizualne #danielrycharski #strachy #muzeumsztukinowoczesnej #warszawa
![]()
Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje WYPRAWY
Zajrzyj po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM
Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u
Zostań moim PATRONEM
Fotograf Ślubny Lublin | Płock | Warszawa | Fotografia Ślubna | Fotografia | Podróże | Cała Polska | Zdjęcia Ślubne | Fotograf Lublin | Fotograf Warszawa | Fotograf Płock | Fotografia Ślubna Lublin | Fotografia Ślubna Warszawa | Fotografia Ślubna Płock | Fotografia Biznesowa | Fotografia Okolicznościowa | Fotografia Reklamowa | Fotografia Wnętrz i Budynków | Fotografia Dziecięca | Fotografia Rodzinna | Fotografia Aktu | Fotografia Koncertowa | Retusz Zdjęć | Renowacja Zdjęć | Fotografia



























Dziś wybieram się z Wami w emocjonalną podróż, zupełnie inną niż wszystkie dotychczasowe, dlaczego – gdyż zabieram Was do miasta w którym spędziłem prawie połowę swojego życia. Postanowiłem wyeksplorować najciekawsze atrakcje oraz najskrytsze zakamarki Lublina, by udowodnić nie tylko Wam, ale i przede wszystkim sobie, że często cudze chwalicie, a swego nie znacie. Jesteście gotowi na kolejną wirtualną podróż po wyjątkowym mieście, tym razem mieście inspiracji? Tradycyjnie omówię co warto zobaczyć w Lublinie tak od A do Z. Nietradycyjnie natomiast postaram się Wam przybliżyć też kim jest brejdaczka, czym jest przejazdówka na której można się kajtnąć po mieście lub jak należy się rozbuwać z ciap lub co trzeba nadusić, gdy chce się gdzieś zadzwonić, bo jeśli to czytacie i nie wiecie o czym mowa to pewnie nie wiele wiecie o Lublinie. Te charakterystyczne zwroty dla lubelszczyzny współtworzą pewną wyjątkowość tego regionu. Przybliżę Wam choć trochę tej wschodniej wrażliwości, która jest zdecydowanie odmienna niż w innych regionach kraju. Oczywiście wszystko to niezmiennie subiektywnym zdaniem i obiektywnym obiektywem. Gotowi poznać kolory, smaki i zapachy Lublina? Zapraszam zatem na spacer po wielokulturowym mieście o niezwykłym kolorycie w którym spotyka się wschód z zachodem. Pamiętajcie, że Lublin choć jest największym miastem na wschód od Wisły diametralnie różni się od innych wielkich miast w Polsce. Dziś poznacie jego kontrasty. Zabieram Was do miasta piłki ręcznej, słynnego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Bajmu czy Budki Suflera, piwa Perły oraz miasta w którym mój dziadek był jako młody chłopiec więziony w obozie koncentracyjnym na Majdanku. To tylko dlatego, że z niego uciekł dziś mogę Wam zdać relację, o tym co warto zobaczyć w Lublinie. Czas odkryć przed Wami magię Koziego Grodu – niech mapa tego wpisu będzie podpowiedzią, co warto tu zobaczyć. Specjalnie dla Was zebrałem crème de la crème atrakcji Lublina, który liczy ponad 700 lat.








































Teraz coś dla fanów łyżwiarstwa. Lodowisko Icemania to sezonowy raj dla fanów jazdy nie tylko figurowej na lodzie. Przy lodowisku działa wypożyczalnia sprzętu, co znacznie ułatwia życie fanom tej dyscypliny sportowej. Wymiary lodowiska to 30 x 60 metrów, dzięki czemu spełnia wszystkie wymogi, by można na nim było rozgrywać mecze hokeja. Płyta hali lodowej w okresie letnim się teoretycznie nie marnuje, przeznaczona jest na potrzeby Miasteczka Ruchu Drogowego, tzw. Akademia Małego Szofera oraz od niedawna jest tam rollmania gdzie można jeździć na wrotkach jak w amerykańskich filmach. Ja ani latem, ani zimą nie korzystam z tych atrakcji, bo znając życie zaraz połamałbym nogi, ale co odważniejszym polecam.






Lubelski koziołek znajdujący się na deptaku, nawiązuje do herbu Lublina, z którym wiąże się pewna legenda, a kto z Was nie lubi legend? Po najeździe tatarskim na gród lubelski, grupa dzieci schroniła się w wąwozie. Dzieci te ocalały dzięki temu, że koza wyżywiła je własnym mlekiem. Historia ta została przedstawiona Władysławowi Łokietkowi. Książę nadał miastu przywilej lokacyjny, czyniąc wówczas koziołka elementem herbu lubelskiego.




















Często, gdy wybieramy jakieś miasto, które chcemy zobaczyć, zastanawiamy się, kiedy je najlepiej odwiedzić. Jeśli mam Wam zasugerować, kiedy warto przyjechać do Lublina, to jednym z takich dni jest właściwie nie dzień, a noc i to NOC KULTURY. Wydarzenie to ma miejsce zwykle na początku czerwca i wtedy w Waszych kalendarzach rezerwować sobie czas na Lublin. Dlaczego spytacie? Bo wtedy ma miejsce jedno z największych wydarzeń kulturalnych odbywających się w Lublinie czyli magiczna noc, która nigdy nie powinna się kończyć. Rok rocznie jednej nocy mamy możliwość odwiedzenia wiele kulturalnych miejsc Lublina, takich jak Teatry, Zamek Lubelski itp. dodatkowo to czas setek różnych wydarzeń kulturalnych, które mają miejsce w przeciągu jednej nocy. Nie jest możliwym by to wszystko zobaczyć w jedną noc. Mimo to warto próbować, ja nieudolnie staram się to zrobić od wielu lat.















































































Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje 



































Ta wyjątkowa wystawa pozwala obudzić w sobie dziecko na nowo. Można ją obecnie oglądać zupełnie za darmo w CSK, czyli w Centrum Spotkań Kultur w Lublinie do dnia 27 lutego 2019 roku. Naszym zdaniem, tę wystawę warto zobaczyć i co więcej, jest ona w Lublinie bezpłatna i dedykowana jest nie tylko dla dzieci. 


























Imponujące jest to, że z elementów pochodzących z recyklingu można zrobić wyjątkową sztukę. Gallery of Steel Figures to niepowtarzalne miejsce na świecie, gdzie w jednym miejscu można spotkać rzeźby wykonane z elementów pochodzących bowiem właśnie z recyklingu stalowego. Jeżeli CSR łączy się ze sztuką, to bardzo prawdopodobnym jest, że będzie to nie tylko ładne, ale i dobre.
Żelazny Tron to tron królów w Siedmiu Królestwach, symbol królewskiej władzy. Król siedząc na nim, udziela audiencji i wymierza sprawiedliwość. W czasie nieobecności króla, na tronie może go zastąpić namiestnik. Żelazny Tron sam w sobie jest zimny i twardy, z wieloma ostrymi krawędziami. Bez obaw można jednak na nim usiąść w Lublinie – przynajmniej jeszcze przez kilka dni. Można też zrobić sobie na nim zdjęcia i poczuć się jak władca z tego kultowego amerykańskiego serialu fantasy.
















Złomowisko jest kolebką, w której zrodził się pomysł powstania Gallery of Steel Figures. Właśnie w złomowisku w Pruszkowie miejscu powstała pierwsza rzeźba z tej wystawy. W ówczesnej dobie kryzysu, który pojawił się na rynku złomowym, należało znaleźć pomysł na poprawę funkcjonowania firmy. Mając dostęp do materiału jakim jest złom, warto było wykorzystać go w trochę inny sposób, a inspiracje znajdowały się wszędzie. Były to przede wszystkim wspomnienia oraz marzenia. Kolejne pomysły i inspiracje podsuwali już zwiedzający Galerię. Cała wystawa powstała z tysięcy elementów ze złomu: fragmentów zawieszeń samochodów, silników, przekładni wszelkiego rodzaju, skrzyń biegów etc.. Od „Skup Złomu przy Czołgu w Pruszkowie” i głów pełnych pomysłów, wszystko się zaczęło, a dziś wystawa podróżuje po kraju i poza jego granice i cieszy się wielką popularnością. Za pomysł, wykonanie i kreatywność chapeau bas dla jej twórców. Niesamowicie jesteśmy ciekawi Waszych opinii na temat tej wystawy. Śpieszcie się by ją zobaczyć, gdyż to ostatnie dni, kiedy można zobaczyć ją na własne oczy w Lublinie, zanim odjedzie do innego miasta. Jak już z niej wrócicie napiszcie nam koniecznie w komentarzach, czy Wam się podobało?


Wędrując po różnych zakątkach Izraela trafiliśmy też do Sądu Najwyższego, który jest najwyższą instancją systemu sądownictwa tego państwa. Jego siedziba znajduje się obecnie w Jerozolimie. Sąd Najwyższy swoim zasięgiem obejmuje cały kraj oraz terytoria okupowane przez Izrael. Budynek ten jest dziełem rodziny Rothschildów, kryje w sobie wiele tajemnic i zagadek na które dziś postaramy się znaleźć odpowiedzi. Mamy nadzieję, że podróż w to miejsce będzie dla Was intrygująca równie bardzo jak była dla Nas. Dziś zabieramy Was na spacer do pomieszczeń Sądu Najwyższego Izraela. Dowiecie się co skrywają w sobie sale sądowe oraz jakie symbole ukryto w całym budynku. Poznajcie tajemnicze korytarze tego miejsca. 
Podczas naszej wizyty w tym miejscu poznaliśmy szczegóły negocjacji Rothschildów z rządem Izraela. Pewnie nie wiecie, że zgoda na wykonanie budynku wiązało się z kilkoma warunkami, które jasno postawili hojni ofiarodawcy. Rothschildowie zastrzegli sobie, że to oni dokonają wyboru działki, będą korzystać z usług wyłącznie własnego architekta, któremu nikt w pracy nie będzie nic narzucał. Tajemnicą owiana została również cena budowy budynku, którą znali wyłącznie Rotshildowie. Istnieje też teoria, w której założono, że budynek Sądu Najwyższego jest świątynią masońskiej tajemnej religii i został zbudowany przez elity dla elit. Skąd takie hipotezy? Postaramy się dziś Wam na te pytanie odpowiedzieć, a wnioski wyciągniecie sami.

Powyżej znajduje się obraz z ustaleń szczegółów dotyczących budowy budynku Sądu Najwyższego – znajduje się na nim m.in. Nathaniel Charles Jacob Rothschild – brytyjski bankier inwestycyjny i członek rodziny bankierów Rothschild. Zacząć chyba powinniśmy od pewnych wyjaśnień – kim tak naprawdę są Ci Rotshildowie i czy to oni rządzą światem? Rodzina Rothschild jest międzynarodową dynastią żydowską pochodzenia niemieckiego. Uchodzą oni za twórców międzynarodowej bankowości. Potomstwo Mayera Rothschilda Amschela jest rozsiane po całej Europie. Poprzez bliskie powiązania z elitami wielu państw, Rothschildowie stali się ukrytą siłą w większości wydarzeń politycznych w ciągu ostatnich stuleci. Alternatywni historycy twierdzą, że są oni częścią niesławnych 13 rodów Illuminati, wraz z Rockefellerami i Dupontami. Bez wątpienia Rothschildowie są jednymi z twórców ruchu syjonistycznego i jednymi z najbardziej aktywnych uczestników w tworzeniu państwa Izrael. James A. de Rothschild sfinansował Kneset, główny polityczny budynek Izraela. Natomiast izraelski Sąd Najwyższy, podarowany został przez angielską filantropkę Dorothy de Rothschild, która była członkinią dynastii Rothschildów.













































Dziś zabieramy Was w podróż do Izraela. To kraj wyjątkowo różnorodny. Zimą możecie się tam kąpać w ciepłym morzu, a po kilku godzinach jazdy samochodem założyć narty i szaleć na zboczach gór. Kraj ten choć jest niewielki, bo aż 14 razy mniejszy od Polski, to ma się czym poszczycić. Wiecie, że społeczeństwo Izraela uważa się za jedno z najlepiej wykształconych narodów na świecie? Spotkacie tu największą ilością inżynierów, naukowców i doktorów w przeliczeniu na mieszkańca. Izrael ma też jeden z najwyższych wskaźników stopni naukowych w stosunku do ogólnej liczby ludności. To tu powstał pierwszy telefon komórkowy oraz tu opracowano technologię poczty głosowej, tu stworzono też pierwsze oprogramowanie antywirusowe. Choć Izraelczycy posługują się dwoma językami urzędowymi: hebrajskim i arabskim to nie ma najmniejszego problemu by porozmawiać tu w języku angielskim. 










Mimo ciągle napiętej sytuacji politycznej w tej części świata, możemy uczciwie przyznać, że Izrael to stosunkowo bezpieczne i przyjazne turystom państwo. W przestrzeni publicznej faktycznie spotkamy wiele uzbrojonych w karabiny osób, są to zarówno mężczyźni jak i kobiety, bo Izrael rozpoznawalny jest na świecie m.in. właśnie z tego powodu, że angażuje kobiety w służbę wojskową, w miastach nie brakuje również kamer. Prawdą też jest to, że Izrael jest potęgą militarną w regionie. Natomiast należy pamiętać o konflikcie między Izraelem i Palestyną i tu trzeba wiedzieć, że regularnie mają miejsce różne incydenty zbrojne, lecz raczej nie są one kierowane w stronę turystów. Warto jest jednak śledzić bezpośrednio aktualną sytuację w Izraelu. Przydatne wiadomości dotyczące bezpieczeństwa znajdziecie na stronach polskiego MSZ i ewentualnych jego odpowiedników w innych krajach. Nasza ostatnia podróż nie obyła się bez niebezpiecznych incydentów, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. O tym co niebezpiecznego nam się przydarzyło, dowiecie się w późniejszej części naszego wpisu.















Skłamalibyśmy pisząc, że jest tu tanio – niestety nie jest. Orientacyjne ceny są jednak mocno zróżnicowane i zależą nie tylko od danego miasta, ale czasem i dzielnicy, inne ceny tych samych produktów znajdziecie w dzielnicach żydowskich, a inne np. w muzułmańskich. Tak dla orientacji napiszemy, że chleb może kosztować od około 10 NIS w górę, mały dżem z figi 9 NIS, Coca Cola może kosztować od 6 NIS za 2 litrową butelkę do nawet 12 NIS (czyli praktycznie dwukrotnie więcej i są to ceny w sklepach, więc na ceny restauracyjne trzeba doliczyć dodatkowe marże). Podobnie i za falafel zapłacimy od około 5 do 10 NIS. Obiad, którym można było się najeść kosztował nas w restauracjach od 80 do 160 NIS za osobę. Duże różnice są np. na wodach mineralnych od 5 NIS za 1,5 litra do nawet 20 NIS za 0.5 litra. Drogo wychodzą również alkohole, np. wódka Finlandia 0,7 litra to wydatek w sklepie rzędu 130 NIS, a piwo kosztuje od około 10 NIS, do nawet 25 NIS w typowo turystycznych sklepikach. Narodowym alkoholem natomiast jest tu anyż. Jeszcze tylko informacyjnie podamy, że 1 NIS to około 1 PLN, ale walutą którą płacić można w wielu miejscach jest nie tylko szekel, ale i mile widziany jest dolar. Na lokalnych straganach warto się targować, gdyż sprzedawcy celowo podają zawyżone ceny, by potem z łatwością zejść z nich czasem nawet do 20% czy 30% wartości pierwotnej ceny danej pamiątki.

























































Morze Martwe jest najniższym miejscem na Ziemi – 422 m.p.p.m. Ludzie mogą tu unosić się na wodzie ze względu na jego niezwykle wysokie stężenie soli. Kąpiel w tej solance to wyjątkowe przeżycie, a samo uczucie unoszenia się na wodzie jest niezastąpione, szczególnie dla tych, którzy do tej pory myśleli, że nie potrafią pływać. Zdecydowanie polecamy wybrać się do miejscowości Ein Bokek, jest tam sprawdzona plaża. Podkreślić tu trzeba, że w Izraelu jest sporo niestrzeżonych plaż, które mogą okazać się bardzo niebezpieczne. Problem jest w tym, że dno w Morzu Martwym może okazać się zdradliwe. Warto też podkreślić dobroczynne aspekty dla naszego organizmu – powietrze jest tu bogatsze w tlen i mikroelementy. Pamiętajcie też, że błoto z tego morza uważa się za kosmetyczny cud.






















Na wizytę w Izraelu polecamy 3 pory roku, wiosnę, zimę i ewentualnie późną – jesień ze względów temperaturowych oraz z uwagi na tłumy turystów odradzamy lato. Najlepiej naszym zdaniem wybrać się do Izraela, kiedy u nas jest zimno – czyli dokładnie tak jak robimy to my regularnie – w listopadzie czy grudniu. Głównym atutem jest możliwość zażywania kąpieli słonecznych, których niestety nie można doświadczyć wówczas w Polsce, ale i bardziej konkurencyjne ceny lotów czy noclegów.
Rothschildowie to międzynarodowa rodzina Żydów, związana z bankowością i finansami, posiadająca bardzo silną pozycję w Europie. Uważana jest również za jedną z najpotężniejszych rodzin finansowych na świecie. Wartość ich majątku szacuje się na ponad 500 bilionów dolarów. Dziś zdradzimy Wam na ich temat niewiele. W nawiązaniu do wpisu o Izraelu wspomnimy tylko, że w 1957 Lord James De Rotshild poinformował premiera Dawida Ben Guriona, że chce przekazać fundusze na budowę nowoczesnego budynku Knesetu postawił mu tylko kilka warunków, ale o tym napiszemy w oddzielnym wpisie już niebawem. Także obserwujcie nasz blog lub bądźcie z nami na bieżąco na naszym fanapage na facebooko – bo kolejny wpis jest tego wart. Zdradzimy Wam tylko, że zabierzemy Was w podróż do Sądu Najwyższego w Jerozolimie i dzięki nam poznacie jego tajemniczą symbolikę. Izraelski Sąd Najwyższy jest dziełem tylko jednej rodziny, zapewne domyślacie się już, że mowa o rodzie Rothschildów. Podczas negocjacji z rządem Izraela, Rothschildowie zgodzili się na oddanie budynku pod trzema warunkami: Rothschildowie dokonają wyboru działki, będą korzystać z własnego architekta oraz nikt nie pozna ceny budowy budynku. Powody, dla których postawiono te warunki są dosyć intrygujące – wielu twierdzi, że budynek Sądu Najwyższego jest Świątynią Masońskiej Tajemnej Religii i został zbudowany przez elity dla elit, ale o tym więcej niebawem.

Jadąc z Jerozolimy koniecznie musieliśmy zajrzeć i do Tel Awiwu. Zawsze warto porównać co się tu zmieniło od naszego ostatniego pobytu oraz uzupełnić to, czego zobaczyć i poznać wcześniej nie zdążyliśmy. Nasza relacja z pierwszego pobytu w tym mieście dostępna jest 


































JAM session to chyba wisienka na torcie na zakończenie imprezy. Całość tradycyjnie już odbywa się w klubie festiwalowym pod urokliwą nazwą „Bar Żongler”. Miejsce to warto było też odwiedzać czy to przed spektaklem lub i po. Strefa chilloutu, która mieściła się na Błoniach pod Zamkiem była nie tylko niezobowiązującą przestrzenią relaksu, w której każdy mógł odpocząć z muzyką przy kawie, yerbie lub piwie, ale i strefą w 100% wolną od wifi, co sprzyjało rozmowom z nowopoznanymi tam w tzw. realu ludźmi.






















































Dziś mamy dla Was cenne informacje praktyczne dotyczące dojazdów, cen jakie na Was czekają, gdy wybierzecie się w Adršpašskoteplické skály. Co jednak ważniejsze, zdradzimy Wam, co warto zobaczyć w Skalnym Mieście. Na zwiedzanie najlepiej zarezerwować kilka godzin ponieważ trasa okrężna ma długość kilku dobrych kilometrów. Należy naładować dobrze baterie w aparacie, zabrać ze sobą pojemną kartę i ruszyć wzdłuż szlaku, a dlaczego wyjaśnimy jak zwykle subiektywnie i obiektywnie poniżej, tak od A do Z. Zabieramy więc Was w przepiękny teren złożony z licznych skał zbudowanych z piaskowca. Zobaczycie, że 100 metrowe skalne ściany sprawiają często monumentalne wrażenie. Pokażemy Wam też skalny wodospad oraz szmaragdowe jezioro, które powstało po starej piaskarni. To co, ruszamy?




























