Archiwum kategorii: Blog

Zawody balonowe w Nałęczowie

Balonowy zawrót głowy w Nałęczowie

Witajcie, przyszedł czas oderwać się na chwilę od Ziemi. Tym razem zabieram Was w wyjątkową, bo podniebną podróż do miasta w województwie lubelskim. Wczoraj zakończyła się szesnasta edycja Międzynarodowych Zawodów Balonowych, które rozpoczęły się w środę (04.08.2021) w Nałęczowie. W tym roku największe tłumy kibiców lotów balonowych przybyły tu w ostatnią sobotę. Tego też dnia na niebie prezentowały się samoloty i śmigłowce. Warto również podkreślić, że w tym roku balonowe święto odbywało się w randze Mistrzostw Polski oraz Mistrzostw Polski Juniorów. Nie ma więc co przedłużać, tyle tytułem wstępu, odpalamy nasz wirtualny balon i startujemy z kolejną nieziemską podróżą. Oto krótkie ABC z zawodów balonowych w Nałęczowie. Przyznajcie szczerze, kto z Was nie usiadłby w takim koszu z balonem niczym komornik na koncie?




A jak atrakcje

Te kilka ostatnich dni były świetną okazją, by mieszkańcy miasta i przyjezdni mogli zadzierać nosa i spoglądać wysoko w niebo, gdzie oprócz balonów można było podziwiać fantastyczne pokazy Zespołu Akrobacyjnego „Orlik”. W programie znalazła się również wystawa Muzeum Sił Powietrznych, Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie. Niemalże cała impreza odbyła się na terenie Parku Zdrojowego w Nałęczowie.

Na miejscu można było również skosztować specjałów z różnych stron świata. Wśród nich można było znaleźć potrawy kuchni śródziemnomorskiej, kuchni greckiej, indyjskiej, meksykańskiej, hiszpańskiej, żydowskiej czy wegetariańskiej. Zwolennicy słodkości mogli wybierać wśród waty cukrowej, lodów i wielu innych produktów bogatych w „e” oraz różne wzmacniacze smaku i zapachu. Niemalże każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Dodatkowo w tych dniach można było uczestniczyć w wykładach na temat zdrowego odżywiania, zaś w namiotach artystycznych nie brakowało dobrej zabawy, tańca i muzyki. Czyli prawie tak, jak w kościele lub na festiwalu Carlo Rossi, gdzie rządzi wino, kobiety i śpiew… Nie ma więc co się dziwić, że impreza przyciąga do Nałęczowa olbrzymią ilość miłośników balonów, turystów z różnych stron Polski czy okolicznych mieszkańców.


B jak Balony

W nałęczowskich zawodach wystartowało w sumie 29 ekip. Wśród nich znaleźli się zarówno Ci mniej znani jak i utytułowani piloci – chociażby Daria Dudkiewicz-Goławska, która jest mistrzynią świata z 2018 roku. Znawcy tych podniebnych podróży uważają, że z każdym rokiem poziom sportowy polskich pilotów wzrasta, w końcu nie od dziś wiadomo, że trening czyni mistrza. Jednak ja zwracam szczególną uwagę na fakt, że zawody balonowe to nie tylko rywalizacja. To również świetna okazja dla promocji miasta, które z każdym rokiem potwierdza, że w przyszłości Nałęczów może śmiało ubiegać się o tytuł balonowej stolicy Polski.

C jak ceny

Nie mógłbym nie wspomnieć o tym, ile kosztuje możliwość podziwiania tych podniebnych zawodów. Tu mam dobrą wiadomość dla tych, którzy nie lubią wydawać pieniędzy. Zawody balonowe w Nałęczowie można oglądać zupełnie za darmo od samego początku do końca. A jeśli pomału zmierzamy ku końcowi, muszę wspomnieć, że finał oraz ceremonia medalowa odbyły się w niedzielę (08.08.2021) na placu przed Urzędem Miejskim. Dziś pozostaje z utęsknieniem czekać i wypatrywać kolejnej takiej imprezy, dzięki której kolorowe balony znów pojawią się nad Lubelszczyzną. Organizatorom gratuluję udanej inicjatywy, ja do listy rzeczy do zrobienia przed śmiercią dopisuję lot balonem. Was natomiast zapraszam na kolejne moje wyprawy, które już niebawem pojawią się na moim blogu. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.





 

#nałęczów #polska #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelszczyzna | Nałęczów  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Nekropolis

ABC o mieście umarłych

Od dawna mówi się o nieodwracalnych zmianach zachodzących w naturze, na które ma wpływ w dużym stopniu człowiek. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się obecnie w Grecji, Libanie, Chorwacji, na Cyprze czy w Turcji, z której niedawno wróciłem. Widząc relacje z mediów oraz otrzymując wiadomości od moich znajomych czy rodziny z tych państw postanowiłem rozpocząć mój cykl blogowych wpisów z tureckiej podróży i to rozpocząć od miasta umarłych. Czas na ABC o Nekropolis, bo właśnie tutaj postanowiłem Was tym razem zabrać i wybaczcie mi, ale dziś nie będzie za dużo śmieszkowania, bo naprawdę nie ma powodów do uśmiechów. Jeśli do tego momentu nie zamknęliście mojego bloga, oznacza to, że jesteście odważni i gotowi, by wyruszyć w tę zupełnie inną, potrzebną według mnie podróż. Dziś będzie zabawnie tak jak wtedy, gdy przyszła do mnie pocztówka z pozdrowieniami i zdjęciem z fotoradaru. Zatem zapinamy pampersy i startujemy. W końcu czasem smutni ludzie mogą pisać zabawne blogi i na odwrót zresztą również.

A jak abominacja

Nie wiem czy Wy też macie wstręt do ludzi, którzy nie szanują siebie, swojej planety i bezmyślnie niszczą wszystko co jest im dane, nie zdając sobie sprawy, że nie jest to dane na zawsze. Patrząc na to co się wkoło nas dzieje, chcę się zapytać kiedy wreszcie zrozumiemy, że nie mamy drugiej, zapasowej planety, a Ziemia to nasz dom, jedyny dom? Kiedy zauważymy, że nasze działania niosą za sobą daleko idące konsekwencje?






Moja wyprawa do Turcji rozpoczęła się od zwiedzenia miasta umarłych czyli Nekropolis i to właśnie tam mogłem spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Spacer w 40 stopniowym upale po wysuszonej Ziemi Nekropolis dał mi sporo do myślenia, a obecna sytuacja na świecie dolała tylko oliwy do ognia i postanowiłem wylać moje obrzydzenie dla bezmyślności ludzi w dzisiejszym wpisie. W końcu nie jestem czekoladą i nie każdemu muszę smakować, tak jak nie każdy zgadzać się musi ze mną i treściami zawartymi na moim blogu. Trudno jednak oczekiwać, by opisując miasto umarłych, było miło, wesoło i przyjemnie, tak jak i trudno jest patrzeć na to co się dzieje na świecie przez różowe okulary, udając, że nie ma problemu… No chyba, że jest się nekrofilem i wpis miałby mieć nieco erotyczne zabarwienie, ale niestety nie tym razem, albo jest się z ogromnymi skłonnościami sadomaso i dążyć się chce wielkimi krokami do unicestwienia, bólu i cierpienia, ale tu też część czytelników może poczuć rozczarowanie, bo na treści w klimatach bdsm trzeba będzie jeszcze poczekać. Wróćmy więc do głównego tematu.

Spacer po jednej z największych zachowanych starożytnych nekropolii w Turcji, gdzie znajduje się ponad 1000  rzeźbionych sarkofagów i kurhanów skłonił mnie do wielu refleksji i przyznam się Wam nie należał do najprzyjemniejszych. Widok Nekropolis z licznymi grobowcami w kształcie domów czy kurhanów w połączeniu z dzisiejszymi obrazami płonącej Turcji pozwala wysunąć dalej idące wnioski. Dopuściliśmy do tego, że Ziemia staje się piekłem dla ludzi. Nie ulega wątpliwości, że miejscowy cmentarz zrobił na mnie ogromne wrażenie, nie większe jednak niż ogień, który dziś trawi tureckie ziemie.

Kamienne groby przetrwały wiele wieków. Najstarsze datowane są na drugi wiek p.n.e. Są tam również groby z czasów rzymskich i bizantyjskich, a także groby pierwszych chrześcijan. Czy przetrwają kolejne lata? To w dużym stopniu zależy też od nas, czy uda się zachować i ochronić dla przyszłych pokoleń to najlepiej zachowane cmentarzysko w Azji Mniejszej, ale i wiele innych skarbów, które posiada Turcja.

B jak błąd

Robiąc zdjęcia wśród rozmieszczonych tu mauzoleów, grobowców i pojedynczych sarkofagów myślałem o tym, że chorzy, którzy tak licznie przybywali dawniej do leczniczych źródeł Pamukkale nie zawsze wracali do domów po odbytej kuracji. Część z nich nie odzyskiwała zdrowia, a po śmierci ciała ich chowano właśnie tu. Wiele osób uważa, że to właśnie stąd nekropola Hierapolis należy do jednych z największych cmentarzy Anatolii. Zmarłych chowano w różnych miejscach w zależności od pozycji zmarłego, obyczajów grupy narodowościowej, do której należał. Z tego też powodu odnaleźć na terenie cmentarza można różne typy grobowców. Są tu masywne budowle na planie koła z komorą w jej wnętrzu (tolosy), grobowce rodzinne i publiczne oraz pojedyncze ozdobne sarkofagi.

Liczne wstrząsy sejsmiczne zmieniały miejsca wypływu wód termalnych. Z tego też powodu dzisiaj widoczne są osady wapienne wokół części grobowców, dające możliwość wykonania niesamowitych kadrów, oby tylko nie były to ostatnie lata, na wykonanie tam tego typu ujęć.

Jeśli myślisz, że problem pożarów czy powodzi nas nie dotyczy, że Turcja, Grecja, Chorwacja są daleko, tak jak daleko są problemy związane ze zmianami klimatycznymi – to jesteś w WIELKIM BŁĘDZIE! Zmiany klimatyczne są widoczne jeszcze bardziej z każdym kolejnym rokiem.

Żebyście jednak mieli nieco szerszy ogląd na całą tą gorącą sytuację, musicie mieć świadomość, że rejony basenu Morza Śródziemnego porasta zbiorowisko roślinne nazywane makią lub potocznie roślinnością śródziemnomorską. Nie należy więc pewnych kwestii upraszczać, by nie popełnić błędu. Warto mieć świadomość, że rosnące w niej rośliny to sklerofity – czyli takie, które są odporne na długotrwałą suszę. W typowej makii nie rosną wysokie drzewa, spotykamy gatunki skarlone, niskie, np. dęby: ostrolistny i ciernisty, chruścina jagodna czy mirt zwyczajny. Przebywając w makii zawsze wyczuwamy silny, ziołowy aromat w powietrzu, spowodowany intensywnym rozchodzeniem się olejków eterycznych tych roślin w powietrzu. Wiele z tych roślin jest klasyfikowane jako pirofity – czyli rośliny które są zdolne do znoszenia okresowych pożarów, a niektóre z nich wręcz potrzebują pożarów, aby mogły się odrodzić. Pożary rośliny te, znoszą dzięki specyficznym przystosowaniom – gruba warstwa korka pod korą, przetrwalnikowe korzenie i bulwy. Dla wielu z roślin będących pirofitami ogień jest jedynym stymulatorem kiełkowania, wzrostu czy rozmnażania. Duże nagromadzenie olejków eterycznych w bardzo suche i upalne dni może powodować samozapłony makii. Pamięta jednak trzeba, że pożar w makii nie jest katastrofą ekologiczną – w tym przypadku jest to jeden z czynników kształtujących ten ekosystem. Oczywiście znacznie gorzej ten czynnik znoszą zwierzęta żyjące w makii – one poza salwowaniem się ucieczką nie mają innych metod obrony przed ogniem. Warto jednak mieć szerszy ogląd na sytuację, tak byście nie myśleli, że upraszczam, lub wszystko chcę wrzucić do jednego worka, czy wprowadzić kogoś w błąd. Sytuacja jest bowiem nieco bardziej skomplikowana, niż wielu z nas może przypuszczać.



Jeśli jesteśmy już przy błędach nie zapomnijcie ze sobą zabrać przybywając do Nekropolis nakrycia głowy, wody do picia, wygodnych butów i kremu do opalania z dużym filtrem. Ja przybyłem tu wraz z otwarciem obiektu dla zwiedzających na godzinę 8:00 rano, by uniknąć jeszcze wyższych temperatur, ale wczesna godzina przybycia miała swój drugi plus. Nie było tu wtedy żadnych innych zwiedzających, co było też dla mnie wartością dodatnią przebywania w mieście umarłych.

C jak czas

Zanim weźmiesz kolejną plastikową torebkę z marketu, która za chwilę wyrzucisz do kosza, zanim pozbędziesz się w lesie szklanej butelki po napoju, zanim wygenerujesz kolejną stertę śmieci, zastanów się chwilę czy chcesz dalej niszczyć swój własny dom? Gaś więc za sobą światło, telewizor, komputer czy inne urządzenie elektryczne, które ma pracować bez potrzeby. W ten sposób zaoszczędzisz energię, którą można dużo lepiej spożytkować. Pamiętajcie też i o oszczędzaniu wody, polecam krótkie prysznice i to najlepiej we dwoje. Pamiętaj, że wszelkie zmiany warto zaczynać od siebie i należy też o tym pamiętać podróżując. Zacznijmy w końcu bardziej doceniać własną planetę, bo dług ekologiczny ludzkości niestety wciąż rośnie. Czas skończyć z tym głupim życiem na kredyt.

Musicie mi wybaczyć, że dzisiejszy wpis jest dość smutny, niczym wakacje spędzane u wujka, u którego nie ma WIFI, albo niczym filmik na tik toku, który nikogo nie bawi. Mogę jednak obiecać, że kolejna nasza wyprawa nie będzie już tak mroczna, jak w Disneylandzie po awarii prądu. Także trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.




#nekropolis #turcja #visitturkey

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Turcja | Nekropolis  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Carnaval Sztukmistrzów 2021

ABC o Carnavalu Sztukmistrzów 2021

Carnaval Sztukmistrzów to festiwal sztuki nowego cyrku i teatru odbywający się od roku 2008 w Lublinie. Organizatorem wydarzenia są Warsztaty Kultury w Lublinie. Nie trzeba być orłem z matematyki, aby szybko policzyć, że w tym roku odbyła się 12 edycja, dając tym sposobem powody do dumy mojej wychowawczyni z czasów LO, kiedy to chodziło się do klasy profilowanej matematyczno – informatycznej. Pani Agnieszko, z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Dziś jednak nie będziemy liczyć, a raczej rozliczać. Zdecydowałem się podjąć subiektywnej oceny festiwalu. Rozsiądźcie się wygodnie niczym komornik na koncie i startujemy z moim carnavalowym ABC.

A jak artyści Carnavalu Sztukmistrzów

W tym roku, w porównaniu z rokiem ubiegłym, nie zabrakło artystów zagranicznych, którzy zawsze stawiają wysoki poziom poprzeczki swoim kolegom po fachu z Polski. Dzięki temu poziom tegorocznej edycji Carnavalu był naprawdę wysoki. Przyjrzyjmy się wybranym artystom bliżej, niczym skarbówka moim przychodom ze stawianej mi przez czytelników bloga wirtualnej kawy.

Prosto z Belgii przybył do nas z czterdziestopięciominutowym pokazem pt. Help-Me, Che Cirque & Theater. W jego wystąpieniu nie brakowało sztuczek z rowerem, klaunady jak i teatru lalki. Sam spektakl  dostarczał odbiorcy momentów do przemyśleń, ale i sporej dawki humoru. Inspirowany rzeczywistością zmuszał do zastanowienia się nad czułością i budził w odbiorcy odrobinę wrażliwości. Jedyne czego zabrakło to słów, bo niemalże cały pokaz odbywał się bez zbędnej mowy, ale w zamian za to zakończony był wielkimi brawami. Odchodząc z tego pokazu miałem tylko jedno wrażenie, że fajnie jest, gdy bezdomni potrafią zachowywać radość życia i z takim wnioskiem poszedłem dalej szukać powodów do śmiechu. Podsumowując – największym Jego atutem była oryginalność i za to duży plus dla artysty z Belgii.

 

Sąsiedzi z Czech przyjechali z naprawdę gorącym pokazem. To było świetnie zainwestowane 40 minut mojego życia. Płomienne show przygotowane przez czeską grupę MansterVille & Blackout Paradox zachwyciło mnie najbardziej podczas całego Carnavalu. Z pośród pokazów, które udało mi się zobaczyć na Carnavalu, zdecydowanie „The Propane Punk Show” to mój tegoroczny faworyt. Niesamowicie budowane napięcie i dozowane emocje plus nie mała odrobina płomieni, dymu i żaru  pozwoliły stworzyć wyjątkowo ogniste widowisko, które było nie tylko gorące, ale i niezwykle spektakularne. Nie zabrakło akrobatyki, trapezów, tańca ognia, czyli wszystkiego tego co powodowało u mnie szybsze bicie serca. Ta pełna energii i nieoczekiwanych zwrotów akcji podróż do świata nowego cyrku sprawiła, że już nie mogę się doczekać kolejnej edycji Carnavalu. Za dramaturgię i całokształt OGROMNE SŁOWA UZNANIA.

\

 

Prosto z Włoch do Lublina z półgodzinnym pokazem zatytułowanym “Bubble Street Cirkus” przyleciał Juriy Longhi. „Bubble Street Cirkus” to połączenie żonglerki i sztuki balansu przy aktywnym włączaniu w to wszystko publiczności. Trzy słowa, które najlepiej opisują ten pokaz to energia, spontaniczność i żywiołowość. Ten człowiek stał się dla mnie mistrzem w empatycznym budowaniu relacji z publiką. Za niesamowity charakter sceniczny i niezapomniane show brawa dla tego sympatycznego Pana.

 

Kolejna grupa z Belgii – Les Chaussons Rouges ze swym “Nadir” próbowała oczarować mnie przez około 30 minut. Na widowisko to składały się serie „kontemplacji” na stalowych linach, z którymi mierzyli się bohaterowie. Spektakl ten choć skrywał w sobie symboliczny przekaz o podróży, wznoszeniu się, lądowaniu tylko po to, by wyruszyć w kolejną wyprawę, to niestety, ale nie urzekł mnie.  Doceniam fakt, że artyści poruszali się bez zabezpieczeń, ale brakowało mi w tym emocji, dynamiki, adrenaliny, ryzyka. Wszystko było dla mnie za zachowawcze, za statyczne, za grzeczne i pewnie takie właśnie miało być. To oczywiście mój subiektywny odbiór tego widowiska, bo wielu oglądającym się podobało, o czym stanowił spory aplauz na koniec pokazu. Mi subiektywnie pozostaje docenić Ich precyzję wykonania i wzajemne zaufanie do siebie. Nie mniej zaznaczę, że było to jedno z tych wystąpień, które podobało mi się najmniej. 

 

Marcin Ex Styczyński i Jego „Plucie ogniem” to widowisko, które raz w życiu koniecznie musicie zobaczyć. Przez około 30 minut będziecie śmiać się i przecierać oczy ze zdziwienia – zadając sobie egzystencjonalne pytanie: jak ten człowiek to zrobił i co on musi mieć w głowie? Podczas przedstawienia można podziwiać żonglowanie, triki polegające na kręceniu ogromnymi podpalonymi linami, połykanie ognia oraz konkurs nadmuchiwania balonów. Natomiast numer z połykaniem balona zastanawia mnie za każdym razem, gdy go widzę ponownie. Całość pokazu wieńczy też widowiskowe plucie ogniem, które zostaje w pamięci na długo, no nie ukrywam – na tym wystąpieniu jest ogień!!! Marcin ma też to poczucie humoru, które ja strasznie cenię u ludzi. Już nie mogę się doczekać na jakieś nowe Jego show, bo gdybym miał się tu czegoś czepić, to tylko tego, że widziałem ten pokaz już w 2019 roku. Żebyśmy się dobrze też zrozumieli. Całość jest zrobiona perfekcyjnie, a poprzeczka jest postawiona bardzo wysoko, ale ja mocno w Niego wierzę, że spokojnie z czymś nowym zdoła ją nie tylko przeskoczyć, ale i znacznie podnieść. Mam również wielką nadzieję, że uda mi się o tym przekonać w przyszłości. Jedno jest pewne, Marcin to prawdziwy mistrz w swoim fachu, niekwestionowany jak Magda Gessler w rzucaniu talerzami. Nie wiem jak Wy, ale ja już zastanawiam się gdzie włoży balonik w nowym pokazie.

 

Mój włoski faworyt podczas tegorocznego Carnavalu, to Matteo Galbusera. Sztukę uwodzenia i kokieterii ma opracowaną do perfekcji. Jak na moje oko to prawdziwy włoski ogier, a że jest jednocześnie aktorem, myślę, że świetnie sprawdziłby się  w niejednej roli, łącznie z tymi w kategorii tylko dla dorosłych. Strasznie lubię tego typu połączenia absurdu i żartu. Widowisko było pełne klaunady i wręcz niedorzecznego poczucia humoru. Rozbawiało zarówno najmłodszych jak i wesoło chichoczące obok mnie babcie. Historia samotnego i sfrustrowanego pracownika poczty, który w każdą niedzielę oddaje się swojemu hobby – wędkarstwu jest nie tylko zabawna, ale i wciągająca. Szczególnie, że pod wpływem radia, które towarzyszy mu w jego wędkarskich przygodach, przekształca się w odnoszącego sukcesy tenisistę lub odnajduje się w innych ciekawych rolach. Dziś możemy cieszyć się, że dotarł do Lublina ten król zabawnego absurdu. Gdybym miał wystawić tu ocenę, to mocna szóstka z plusem za grę aktorską i kontakt z publicznością i odwagę w lizaniu wędki w czasach pandemicznych dla tego tenisisty.

 

Z Argentyny na 35 minutowe widowisko dotarł na Lubelszczyznę Rolando Rondinelli ze swoim “Tip Tap Poum”. Ten spektakl muzyczny bez słów, za to z elementami teatru fizycznego oraz stepowania mógł naprawdę przypaść do gustu. Ronaldo zaraża entuzjazmem poprzez taniec i spontaniczny koncert wykonany przy użyciu garnków, łyżek, spodków i innych przedmiotów, z których jest w stanie wydobyć radosne, intensywne dźwięki. Sama Magda Gessler mogła by się od Niego sporo nauczyć. Za włączanie publiki i oryginalny występ muchas gracias Panie Rondinelli.

 

Pokaz Człowieka Siano pod zaskakującą nazwą „Siano Show” przeznaczony jest dla publiczności z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie.  W swoich pokazach w kreatywny sposób łączy on iluzję  z technikami aktorskimi, śpiewem czy tańcem breakdance oraz dokształca publikę, pokazując wszystkim ile to jest tak naprawdę 20 cm. 

 

Krzysztof Kostera, zapewnił pokaz żonglerki. Nie wstydził się nikogo i pokazał co najlepszego potrafi zrobić piłeczkami i maczugami (tylko bez skojarzeń proszę). Mi osobiście spodobało się jak zaprezentował żyrafę, szczególnie, że do tego numeru potrzebował aż dwóch silnych mężczyzn. Ten kto widział to wie, a kto nie widział może żałować. Choć publika najbardziej oklaskiwała moment gdy żonglował toporami na szczycie wolnej drabiny ekwilibrystycznej (czy Wy też macie czasem wrażenie, że ludzie są dziwni). W każdym razie ten numer przypomniał mi o Burnt Out Punks, którzy podczas wizyty w Lublinie żonglowali odpalonymi piłami łańcuchowymi. Krzysztofie polecam spróbować jeszcze i tego, a dziś daję spory plusik za dramaturgię pokazu.

B jak Bar żongler

Bar Żongler to miejsce z dobrą zabawą, zimnymi napojami i jeszcze lepszą muzyką. Stworzony z potrzeby dawania radości, jest miejscem naturalnym i szczerym dla każdego, kto je odwiedza.  Tu za dnia można było odpoczywać przed eksplorowaniem kolejnych atrakcji festiwalu, a po zachodzie słońca tańczyć i uprawiać różne inne figle przypominające taniec i barową ekwilibrystykę.  Ideą powstania tego miejsca jest realizacja celu nadrzędnego Carnavalu Sztukmistrzów, czyli wspólnej integracji wszystkich uczestników tegorocznego festiwalu, bez względu z której strony sceny ulicznej się znajdowali. To w żonglerze mogłeś porozmawiać z artystami lub dostać zimne piwo na barze lub gorące limo za skrytykowanie występu  Sztukmistrzów na swoim blogu. Jeśli nie wiesz, gdzie znajdował się ten Carnavalowy pępek świata zabawy, rozpusty i integracji, to w przyszłości pytaj o to, te sympatyczne Panie ze sztukmistrzowej informacji. One na pewno Cię pokierują w stronę podzamcza. Zresztą Panie w punkcie informacyjnym przy Placu Litewskim będą tak miłe i odpowiedzą Ci i na inne trudne pytania. Musisz jednak wiedzieć, część z Nich jest już niestety zajęta, więc nie o wszystko wypada pytać.

 

C jak ceny

Większość pokazów w ramach Carnavalu była zupełnie bezpłatna, jedynie co, warto jest zawsze po każdym udanym pokazie wesprzeć ulicznego artystę, za trud i pracę włożoną w cały pokaz. Często artyści Ci utrzymują się w dużej mierze właśnie z tipów otrzymanych od publiki. Dlatego warto jest o tym pamiętać, żeby chętniej dzielić się z nimi swoimi pieniędzmi. W końcu jak sami podkreślają, nie bez powodu znaleźli się na ulicy 😉 Warto też zabrać pieniądze do Żonglera i tu, żeby była jasność nie ma ukrytego lokowania produktu. To jest beszczelna i bezpłatna reklama, tego zarąbistego miejsca. Na koniec jeszcze wspomnę, że są również różne biletowane imprezy (w tym roku koszt biletu wynosił 30 zł za pokaz), ale na nich niestety nie byłem. Zresztą nie udało mi się zobaczyć również wielu tych bezpłatnych. Bo musicie wiedzieć, że w te dni w Lublinie dzieje się tak wiele, że nie wszystko idzie ogarnąć, a momentami to nawet zapominałem jak się nazywam (ciekawe co w tym Żonglerze dodają do napojów). Mniejsza z tym – kończąc warto też wspomnieć i o artystach, którzy występują poza oficjalnym programem, tworząc dodatkową wartość dodaną tej imprezy. Jedno Wam powiem – fajnie, że jesteście!!! Miło też, że w te dni do Lublina zjeżdża tak dużo ludzi z całego kraju i zagranicy. Uwielbiam te dni, kiedy Lublin tętni życiem, uśmiechami i pozytywną energią. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę doczekać się kolejnej edycji tego festiwalu. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.

 

#lubelszczyzna #lublin #visitlubelskie
#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Lublin  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Urban Highline Festival 2021

ABC o Urban Highline Festival

Urban Highline Festival to najstarszy festiwal highlinerów w Europie i największy oficjalny festiwal w przestrzeni miejskiej na świecie. Ma on miejsce w Lublinie i odbywa się tu regularnie od 2009 roku. W tym czasie miasto odwiedziły tysiące highlinerów z prawie 60 krajów świata. Ja zawsze przyglądam się tym ludziom  z wielkim podziwem, patrzę równie mocno na nich jak ZUS na moje wpływy z Patronite. Nie przedłużajmy jednak, czas przejść do mojego subiektywnego ABC o tym festiwalu – trzymajcie się równie mocno jak zabezpieczenia taśm higlinerów – bo startujemy.

A jak absolutny brak lęku wysokości

W tym roku śmiałkowie spacerowali nad naszymi głowami przy kamienicach Starego Miasta i Trybunale Koronnym, Bramie Krakowskiej i Ratuszu, Centrum Spotkania Kultur i Lubelskim Centrum Konferencyjnym. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze podziwiam tych ludzi, za ich odwagę i umiejętność przełamania strachu przed wysokością. Z jednej strony mam świadomość, że są odpowiednio zabezpieczeni, ale nie miałbym na tyle odwagi, by zrobić choć jeden krok na tych taśmach, mając na uwadze te ogromne wysokości. Z tego miejsca w Ich kierunku mam dwa proste słowa: chapeau bas.

 

B jak broda do góry

UHF, bo tak w skrócie można napisać o Urban Highline Festival to coś więcej niż tylko największy tego typu festiwal na świecie. Mam wrażenie, że w trakcie tej imprezy to Ci ludzie skupiają całą uwagę mieszkańców zarówno na sobie, ale i na otaczającej ich architekturze. Nie jest to wyłącznie impreza zamknięta, dla wąskiej grupy odbiorców, ludzi, którzy zamykają się na innych i od lat bawią się wyłącznie we własnym towarzystwie. Wręcz odwrotnie, to dzięki tym osobom, mieszkańcy otrzymują momenty ekscytacji, chwile uśmiechu i powody do dumy, że to właśnie w Lublinie odbywa się taka niesamowita impreza. Bardzo doceniam również i to, że z roku na rok taśmy rozwieszane są dodatkowo w różnych punktach miasta. Jeden z higlinerów powiedział mi kiedyś, że w tych dniach to oni przejmują miasto i pozwalają mieszkańcom Lublina i przyjezdnym choć na chwilę pozadzierać nosa i przypatrzeć się własnemu miastu pod nieco innym kątem i wiecie co, coś w tym jest…





C jak cenny punkt widzenia

Festiwal ten daje możliwość przechodzenia unikatowych linii, tuż nad ulicami Lublina. Kilka metrów niżej zobaczysz liczny tłum, przytulne kawiarnie i niesamowitych artystów. To dzięki temu, jeśli masz odwagę i nie wiesz czym jest lęk wysokości, możesz stać się również częścią tej magicznej imprezy. To tu spojrzeć można na ludzi z góry. Jeśli podobnie jak ja masz podobne obawy przed wejściem a taśmy? To nic się nie martw, możesz w każdej chwili zachwycać się tym co wyczyniają Ci podniebni mistrzowie. Także choć punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia, dzięki UHF, każdy może być zadowolony. To by było ode mnie na tyle. Trzymajcie się zdrowo, mierzcie wysoko i do następnego razu. Cześć!

#lubelszczyzna #lublin #visitlubelskie
#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

linia

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Lublin  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Dratów

ABC o Cerkwi prawosławnej
pod wezwaniem św. Mikołaja w Dratowie

Dziś ruszamy wspólnie do Dratowa, czyli do wsi położonej w województwie lubelskim, w powiecie łęczyńskim, w gminie Ludwin. Dotrzeć tu można m.in. autem, a trasa z Lublina zajmie około 40 minut, a z Warszawy dojedziemy tu w niespełna 2 godziny i 15 minut. Miejscowość ta jest malowniczo położona nad jeziorem Dratów, ale nie o jeziorach będzie dziś mowa. We wsi znajduje się parafialna cerkiew prawosławna pod wezwaniem św. Mikołaja i to ona stanowić będzie najważniejszy punkt kolejnej eksploracji. Przyjechałem więc sprawdzić czy, a może raczej dlaczego warto odwiedzić to miejsce i przekonajcie się o tym właśnie dziś. Dużo dobrego o tych stronach słyszałem. Nadszedł więc czas by to wszystko zweryfikować, a następnie zainspirowany rzeczywistością, postarałbym się prześcignąć ją pomysłowością. Wy już oceńcie sami, czy to się udało.

A jak architektoniczna bryła

Cerkiew prawosławna pod wezwaniem św. Mikołaja stanowi jeden z nielicznych przykładów budownictwa sakralnego w województwie lubelskim wzniesionego w stylu nazywanym  „rosyjskim” lub „bizantyjsko-rosyjskim”. Posiada bogatą rozczłonkowaną bryłę architektoniczną. Do cerkwi prowadzą pozostałości zabytkowej alei i faktycznie jak na moje oko, te kopuły nadają kremlowskiego klimatu. Mówi się nawet, że cerkiew ta została zbudowana w stylu eklektycznym rosyjskim. Jedno jest pewne, że projekt tej bryły wykonał Wiktor Iwanowicz Syczugow, a całość powstała na planie krzyża greckiego. Uważa się, że dwie kopuły cerkwi symbolizują dwoistą naturę Jezusa Chrystusa: boską i ludzką. Na każdej kopule znajduje się krzyż, co oznacza, że w cerkwi oddaje się chwałę Jezusowi Chrystusowi. Obiekt ten ma bez wątpienia rozczłonkowaną bryłę architektoniczną oraz bogatą ornamentykę, dla której warto tutaj przybyć. Szczególnie, że cerkiew w Dratowie wyróżnia się bogactwem dekoracyjnego detalu już od swej fasady.

B jak budynek

Budynek obecnej cerkwi budowano w latach 1888 – 1890. W 1891 ukończono wystrój wnętrza z zachowanymi do dziś malowidłami. Jednak warto podkreślić, że już dużo wcześniej znajdowała się  w tym miejscu świątynia, a pierwsze wzmianki o parafii prawosławnej w Dratowie pochodzą już z XIV wieku. Od 1959 r. po dziś dzień opiekę duszpasterską sprawują księża z parafii Przemienienia Pańskiego w Lublinie. Cerkiew należy bowiem do dekanatu Lublin diecezji lubelsko-chełmskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Liturgia sprawowana jest co dwa tygodnie i wtedy jest szansa by zobaczyć budynek od wewnątrz. Warto jest więc przybyć przed mszą lub zostać chwilę po nabożeństwie. W środku zobaczyć można m.in. freski wykonane przez Juliana Mizewskiego oraz ks. Jerzego Ignaciuka. Jeden z nich, ten nad częścią ołtarzową przedstawia scenę z ewangelicznej przypowieści o synu marnotrawnym. Jest tutaj również ikonostas – ściana z ikon oddzielająca część ołtarzową od nawy głównej, który został po drugiej wojnie światowej sprowadzony z okolic Sanoka.  Na przestrzeni lat trwały kolejne renowacje obiektu. W latach 2002–2008 wykonano jego generalną renowację, a inicjatorem tych działań był arcybiskup lubelski i chełmski Abel. Dzięki przeprowadzonym remontom świątynia odzyskuje dawną świetność, a przywiezione z Turkowic kopie ikon dodają jej nowego blasku. Wszystkie ikony znajdujące się w świątyni są kopiami, gdyż miejsce to było wielokrotnie okradane, co jest jak dla mnie niezrozumiałe, ale często nie rozumiem ludzi, a tym bardziej złodziei.

Na szczęście zarówno cerkiew, jak i cmentarz prawosławno-unicki, o którym będzie więcej później zostały wpisane do rejestru zabytków w 1989 r. pod nr A/986/1-3. Warto wspomnieć również, że budynek otoczony jest przez piękny lipowy starodrzew znajdujący się zarówno wokół cerkwi jak i w alei wiodącej od szosy, będącej dawną aleją dojazdową do świątyni. Jeśli chwilę się tu zatrzymasz by wsłuchać się w śpiew ptaków i zachwycisz się pięknem tutejszej natury, to poczujesz się trochę jakbyś wybrał się na randkę z samą Krystyną Czubówną.

Do dzisiaj zachował się również dom parafialny, który był mieszkaniem diakona zwanym diakówką, a w okresie II wojny domem proboszcza i wówczas określano go popówką.

C jak Cmentarz

W Dratowie znajduje się m.in. cmentarz katolicko – prawosławny, będący jednocześnie cmentarzem parafialnym. Znajduje się on około 200 metrów w kierunku wschodnim od cerkwi oraz około 700 m od szkoły podstawowej. Ma on około 0,3 ha powierzchni. Spotkać tam można m.in. grób Andrzeja Łuczeńczyka młodo zmarłego literata z Ludwina, zwanego „Gwiezdnym Księciem” pisarzy polskich. Zachowało się tu kilka nagrobków z napisami w jęz. ukraińskim i jęz. rosyjskim. Najstarszy datowany pochodzi z 1885 roku.

 

Nie jest to jednak jedyny tutejszy cmentarz. Przy wspominanej dziś świątyni około roku 1915-tego przez krótki czas znajdował się szpital polowy. Podczas I wojny światowej przez Dratów przebiegała linia frontu prusko – austriacko – rosyjskiego. Pochówek żołnierzy odbywał się za cerkwią. Pierwotnie cmentarz wojskowy składał się z 63 mogił, na których stały drewniane słupki i krzyże z wyrytymi napisami. Był on ogrodzony drewnianym parkanem, a na środku stały dwa duże, drewniane krzyże. W różnych źródłach podaje się, że łącznie za dratowską cerkwią może spoczywać około 200 żołnierzy niemieckich i rosyjskich. Do dziś zachowały się skromne, drewniane słupki ze słabo czytelnymi już inskrypcjami, a sam cmentarz wojenny, współtworzy klimat tego miejsca.

Podsumowanie

Kiedy zapytacie mnie czy warto było tu przyjechać. Odpowiem jednoznacznie – zdecydowanie tak. W końcu po to podróżujemy: aby inaczej spojrzeć na wszystko, co nas otacza, każda podróż nas kształci i rozwija, a z tego rodzaju wypraw możemy przywieźć ze sobą więcej doświadczeń i wrażeń niż mogłoby nam się wydawać. Miejsce ma swój klimat i urok, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Jestem przekonany, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Czy rekomenduję Wam wybrać się tutaj? Zdecydowanie tak, szczególnie, że tak urokliwych miejsc w Polsce nie ma zbyt wiele. Dlatego jeśli szukacie pereł z poza utartych podróżniczych szlaków, to Cerkiew w Dratowie świetnie się w ten kanon wpisuje.

 

Dzisiejszą podróżniczo – blogową eksplorację dedykuję moim Patronom i mojemu Współtowarzyszowi tej wyprawy – bez Niego, nie byłoby tego wpisu. Dedykuję go również wszystkim cichym bohaterom, którzy przyczyniają się do tego, by mój blog był jeszcze lepszy. Dla Was wszystkich dwa proste, ale bardzo szczere słowa – WIELKIE DZIĘKI.

Czasem jak jeżdżę po województwie lubelskim myślę przed wyprawą czy w danym miejscu się nie rozczaruję. Wiecie jak to czasem bywa, naczytasz się blogów, naoglądasz vlogów, potem ma być słodko niczym w lodziarni, a w praktyce bywa różnie. To tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie wyciągało się podczas nieobecności rodziców pudełko z lodami z zamrażarki, a w środku był koperek. No mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. W każdym razie nie wiem jak Wy, ale ja wraz każdą kolejną wyprawą po Lubelszczyźnie mam tak, że mój apetyt na ten region rośnie wraz z kolejnymi eksploracjami i jeszcze mi się nie przejadł. Mimo to zrobimy sobie małą przerwę ponieważ nadchodzi czas na wpisy z niesamowitej Turcji. Także zaglądajcie na mój blog, bo będzie się działo. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.

#lubelszczyzna #dratów #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

linia

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Dratów  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Dorohusk

ABC O DOROHUSKU

Co warto zobaczyć w Dorohusku?

Witajcie, idę za ciosem i znów pokażę Wam piękno Lubelszczyzny. Tym razem zabiorę Was do Dorohuska, który położony jest na wschodnim krańcu województwa lubelskiego i graniczy przez rzekę Bug z Ukrainą. Pewnie nie każdy wie, że to właśnie w Dorohusku, istnieje jedno z większych w Polsce przejść granicznych drogowych i kolejowych. Ciekawostką jest również to, że to Dorohusk przeszedł do historii jako pierwsza część granicy Polski wyzwolona spod okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej. Dziś postaram się pokazać Wam tutejsze atrakcje. Jeśli jesteście gotowi na kolejną wspólną wyprawę , nie ma co przedłużać, startujmy.

Na samochodową wyprawę z Lublina trzeba szacować około godzinę i dwadzieścia minut, natomiast na dojazd z Warszawy poświęcimy około trzech i pół godziny. Za to do pobliskiego Chełma jest zaledwie 25 km – więc z tego miasta dojedziemy do celu w niespełna pół godziny. Pasy zapięte, piccolo schłodzone, a więc ruszamy.

A jak atrakcje

W Dorohusku szczególnie cennym obiektem jest Pałac Suchodolskich. Wybudowany on został około 1750 roku przez dziedzica Dorohuska – Michała Maurycego Suchodolskiego na tutejszej nadbużańskiej skarpie. W czasie wojny polsko-bolszewickiej pałac niestety został zniszczony, ale w kolejnych latach udało się go odbudować. Obecnie jest siedzibą Gminnej Biblioteki Publicznej oraz Gminnego Ośrodka Kultury i Turystyki. Ponadto w pałacowym budynku znajduję się „Izba zbiorów regionalnych”, w której zgromadzono ponad 300 eksponatów. Myślę, że ten późnobarokowy pałac należy do najcenniejszych budowli w gminie i warto na niego rzucić okiem.

Nieopodal pałacu znajdują się pozostałości parku pałacowego z ok. 40 drzewami i późnobarokową rzeźbą św. Barbary z XVIII w. oraz mogiła 10 żołnierzy księcia Józefa Poniatowskiego poległych 18 lipca 1792 r.

Innym zabytkowym obiektem jest kościół parafialny p.w. Matki Boskiej i św. Jana Nepomucena, wybudowany w latach 1905-1909 w stylu neogotyckim, według projektu Stanisława Diehla. W ołtarzu bocznym znajduje się otoczony kultem obraz Matki Bożej, datowany na koniec XVI w.

Pisząc o atrakcjach nie można zapomnieć o drewnianej rzeźbie św. Jana Nepomucena ustawionej przy drodze na kamiennym postumencie. Pochodzi ze starego kościoła i przedstawia św. Jana Nepomucena. Rzeźba ta ustawiona  została na skrzyżowaniu ulic – w połowie odległości między kościołem, a szkołą w Dorohusku.

Nie można zapomnieć też o pomniku artylerzystów I Armii Wojska Polskiego, który zlokalizowany jest w parku w Dorohusku-Osadzie. Jest on poświęcony poległym za wyzwolenie ojczyzny podczas II wojny światowej. Znajduje się on tam od 1982 r. Na pomniku umieszczono tablice pamiątkowe z miejscami walk żołnierzy oraz tablicę poświęconą Artylerzystom I Armii Wojska Polskiego.

Nie jest to jedyny pomnik w tych stronach. Nieco dalej znajduje się bowiem Pomnik 100-lecia Niepodległości RP. Zlokalizowany jest on w pobliżu szkoły w Dorohusku-Osadzie. Przedstawia rozpościerającego skrzydła orła w koronie na szczycie granitowej kolumny. Autorami i wykonawcami pomnika są: artysta Dariusz Kowalski i architekt Tadeusz Adamski.

B jak Bug

Największą rzeką znajdującą się na terenie gminy Dorohusk jest Bug. Szacuje się, że liczy on w granicach około 37 km. Na całej swej długości rzeka płynie w naturalnym korycie. Dolina Bugu jest szczególnie malownicza wiosną kiedy to nadbużańskie łąki tworzą barwny, pachnący ziołami kobierzec. Piękno przyrody można podziwiać wędrując szlakiem turystycznym biegnącym brzegiem doliny Bugu. Można przyznać, że starorzecza Bugu to raj dla wędkarzy. Nie jest to jednak jedyna rzeka w gminie. Spotkamy tu przecież i dopływ Bugu przepływający przez południowy kraniec gminy. Rzeka Udal liczy sobie około  14 km długości, ale potrafi być równie malownicza jak Bug. Obie rzeki co roku przyciągają wielu turystów zarówno z kraju jak i z zagranicy.

C jak czas na Rozkosz

Jeśli jest Wam mało atrakcji, to na koniec zdradzę Wam, że na terenie gminy Dorohusk występują dwa rezerwaty przyrody. Pierwszy z nich to „Brzeźno”, a drugi ma bardzo kuszącą nazwę „Roskosz” i to jemu poświęcę więcej uwagi. Na obszarze tego rezerwatu występują torfowiska węglanowe z unikatową fauną i florą. Bez wątpienia miejsce jest urokliwe i warte rozkoszy, choć może zostawmy ten temat na inną okazję.

Turystyka w gminie Dorohusk oferuje miłośnikom wypraw rowerowych dwie główne ścieżki: ścieżkę przyrodniczą „Meandry Bugu” prowadzącą przez malowniczą dolinę Bugu oraz ścieżkę przyrodniczo-historyczną „Bolko” w Hniszowie, na której znajduje się jeden z najstarszych dębów w Polsce – Dąb Bolko. Warto podkreślić, że dzięki popularności szlaków turystycznych przyzwoicie rozwinęła się tu baza noclegowa zachęcają turystów do przyjazdu w te rejony. W Gminie Dorohusk znajdziemy około 117 km różnych szlaków turystycznych. Z resztą polecam Wam przyjechać, by przekonać się o tym, jak tu z Rozkoszą jest naprawdę.

Podsumowanie

Tereny gminy Dorohusk zalicza się do krainy geograficznej Polesia południowego. Przeważa tu krajobraz nizinny z rozległymi podmokłymi obszarami łąkowymi. Unikalnym w skali europejskiej atutem gminy są torfowiska węglanowe, na terenie których znajdują się wspomniane dwa rezerwaty przyrody, które liczą łączną  powierzchnię 638 ha. Odwiedzając te tereny można spotkać wiele gatunków rzadkich i chronionych roślin i zwierząt, ale przede wszystkim wypocząć na łonie natury. Gmina to też liczne użytki rolne, które zajmują blisko 70% powierzchni gminy. Warto jest tu przyjechać, jeśli chce się odpocząć od zgiełku miasta i nacieszyć oczy zielenią. Polecam Wam się o tym przekonać osobiście. Trzymajcie się zdrowo i do następnej wyprawy. Cześć.

#lubelszczyzna #dorohusk #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

linia

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Dorohusk  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Wystawa Fotograficzna Perły Ziemi Lubelskiej

PERŁY ZIEMI LUBELSKIEJ

 

Wystawa fotograficzna pt. PERŁY ZIEMI LUBELSKIEJ autorstwa  Rafała Bila została zorganizowana we współpracy z Urzędem Marszałkowskim Województwa Lubelskiego oraz przy wsparciu merytorycznym ABO STUDIO. Fotografie poświęcone są cerkwiom z województwa lubelskiego, a dzięki specyficznym dla fotografii środkom wyrazu, zwłaszcza zaś jej możliwościom dokumentacyjnym oraz narracyjnym pozwalają nadać każdemu z fotografowanych przez autora obiektów odmienny charakter.

Na tej wirtualnej ekspozycji pokazano 15 fotografii z różnych terenów Lubelszczyzny, przy czym większość z nich nigdy wcześniej nie była publikowana. Część z nich natomiast była już wyróżniona czy to przez Vogue Italia czy w konkursie National Geographic Traveler. Jedną z nich można będzie nawet zobaczyć w najnowszym, lipcowym numerze Travelera. Fotografie pogrupowano, nie przypadkowo, zestawiając z jednej strony czarno-białe kadry, które kontrastują z przeciwlegle eksponowanymi kadrami w kolorze. Prace utrzymane były przede wszystkim w spójnej tematyce, choć przełamane zostały elementem fotografii ziemi lubelskiej. To ona właśnie nadała tytuł całości tej wystawy.

Jest to swoista podróż po pięknych zakątkach wschodniej Polski w poszukiwaniu pereł, jakimi bez wątpienia są tutejsze cerkwie. Spotkamy tu świątynie z Mycowa, Dratowa, Sławatycz, Lublina, Bełżca, oraz z miejscowości Korczmin, Chłopiatyn czy Ortel Królewski.

Wystawę można będzie oglądać przez najbliższy miesiąc od dnia 30.06.2021 do dnia 31.07.20201 roku. Żeby ją zobaczyć wystarczy kliknąć w poniższą grafikę, zaakceptować politykę prywatności, kliknąć w okienko [continue in browser] i dłuższą lub krótszą chwilę zaczekać, aż wgra się cała galeria, a nasz ochroniarz sprawdzi, czy jesteście na liście zaproszonych gości 😉 Następnie rozsiądźcie się wygodnie, a autor wystawy, życzy Wam miłego zwiedzania. 

Tym, którym dostać się nie udało, gdyż aplikacja wgrywała się zbyt długo, dołączam poniżej kilka zrzutów z wystawy.

#lubelszczyzna #lubelskie #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

linia

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Lubelszczyzna  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Stróża

ABC O STRÓŻY

Co warto zobaczyć w Stróży?

Witajcie, zaczęły się wakacje, w związku z czym trzeba się organizować i zacząć nadrabiać stracone zaległości podróżnicze. Dziś zabiorę Was do Stróży. Jest to niewielka wieś w Polsce wschodniej, która znajduje się w województwie lubelskim, a dokładniej w powiecie kraśnickim, w gminie Kraśnik. To właśnie tu przyciągnęła mnie pewna tajemnicza kaplica stojąca na wysokiej skarpie rzeczki Wyżnicy. To z tego też miejsca rozpościera się ładny punkt widokowy, dla którego warto było tu zawitać.

Dziś zdradzę Wam jakie atrakcje spotkacie w Stróży oraz ustalę czy stróżuje w Stróży jakiś stróż i niech ktoś powie obcokrajowcom, że język polski jest łatwy 😉 no nic – jesteście gotowi na kolejną wyprawę? Panie i Panowie, poprawcie się w fotelach, odłóżcie popcorn, przygotujcie meliskę – ruszamy.  

A jak atrakcje

W ostatnim czasie postanowiłem zrobić sobie mały detoks od miasta i wyruszyć na wieś. Do samej Stróży udało mi się dojechać samochodem z Lublina w około 50 minut. Dojazd tym samym środkiem lokomocji z Warszawy zajmie nam około 2 godziny i 30 minut, a najzabawniejsze jest to, że w pobliskie Góry dojedzie się autem w około 3 minuty. Jednak nie dla sąsiedniej miejscowości Góry tu przyjechałem. Mnie, jak wspomniałem na początku, przyciągnęła chęć zobaczenia na własne oczy Kaplicy pw. św. Trójcy w Stróży (ul. Brzozowa 6). Ta budowla to unikat, który już dawno znalazł się również na mojej mapie eksploracyjnych atrakcji turystycznych, które chcę na Lubelszczyźnie odwiedzić.

W pobliżu znajdują się również rozległe stawy i dość sporej wielkości cmentarz. Sama Kaplicy pw. św. Trójcy natomiast została wzniesiona w latach 1766-1767, jako kaplica wotywna przez fundację Teresy z Michałowskich Zamoyskiej. Budowla została zaprojektowana przez pochodzącego z Wiednia architekta Josepha Horscha, autora kilku innych obiektów zbudowanych na terenie Lubelszczyzny w stylu późnego baroku. Jest najprawdopodobniej jednym z kilku w Polsce kościołów o trójkątnej podstawie, co czyni ją unikatową w skali kraju. Założono ją na rzucie równobocznego trójkąta. Posiada zaokrąglone naroża, a kaplicę od północy poprzedza kwadratowa kruchta.

Kaplica frontem zwrócona jest na północny – wschód, dlatego jeśli chcecie mieć ładniejsze niż ja zdjęcia, wybierzcie się tu zaraz po wschodzie słońca, kiedy promienie słoneczne ładnie doświetlą jej front. W ostatnim ćwierćwieczu XIX w. i w pierwszej dekadzie XX w. została zniszczona i pełniła wówczas rolę spichlerza. Na szczęście w 1955 roku miała miejsce ponowna erekcja parafii, podjęto działania w celu jej odrestaurowania, a kaplica pełniła rolę kościoła do 1991 roku.

Warto podkreślić, że nie jest to jedyny kościół w tej wsi. Dziś msze odprawiane są w budynku kościoła rzymskokatolickiego pw. św. Trójcy (ul. Akacjowa 23) do którego również warto zawitać, szczególnie że dojazd do niego nie zajmie więcej niż 2 minuty, a spacer około 5 minut.

B jak białe kasztanowce

Dużym atutem tych terenów jest roślinność. Jest tu przyjemnie i zielono, a królują tu białe kasztanowce. Zachował się w Stróży również dworski starodrzew z pomnikowymi okazami lipy drobnolistnej, jawora czy wspomnianych wcześniej białych kasztanowców. Także jeśli chcecie wypocząć w otoczeniu stawów, drzew i śpiewu ptaków, to wybór wyprawy w kierunku Stróży, będzie trafionym pomysłem. W końcu nie wszędzie rośnie klon jawor o obwodzie pnia wynoszącym około 6 metrów. Do dziś zastanawiam się ile lat może liczyć takie drzewo? Obstawiałbym, że spokojnie kilkaset lat ma, ale to tylko moje subiektywne typowanie.

C jak cmentarze

Cmentarz znajdujący się w pobliżu Kaplicy pw. św. Trójcy nie jest jedynym w tej miejscowości. Dodatkowo jeszcze w Stróży znajdują się dwa cmentarze wojenne. Pierwszy znajduje się przy torach kolejowych łączących Lublin ze Stalową Wolą, drugi przy drodze prowadzącej do Kraśnika. Pierwszy cmentarz wojskowy to cmentarz z I Wojny Światowej, w którym pochowano żołnierzy armii austro – węgierskiej i rosyjskiej, którzy polegli na tych ziemiach w sierpniu 1914 roku i lipcu 1915 roku. Dostęp do cmentarza jest nieco utrudniony, ale łatwo go znaleźć, ze względu na to, że jest położony blisko toru kolejowego. Trochę zaniedbany, lecz jako miejsce wiecznego spoczynku poległych żołnierzy – zasługuje na odwiedzenie. Duch tego miejsca zdecydowanie sprzyja refleksji.

Cmentarz parafialny natomiast powstał w miejscu dawnego folwarku i budynków dworskich, które obecnie nie istnieją. Cmentarz ten założono w 1977 roku. Zaskoczę Was nieco, bo pierwsze wzmianki o parafii w Stróży pojawiają się w rejestrach parafii archidiakonatu lubelskiego już w 1325 roku, ale bez obaw, nie zamierzam tu przybliżać kilkusetletniej historii parafii, a raczej sprytnie przejdę do krótkiego zakończenia dzisiejszej wyprawy.

Podsumowanie

Jadąc w okolice Kraśnika warto zawitać do niewielkiej wsi Stróża, gdzie znajduje się unikatowa barokowa kaplica zbudowana na planie trójkąta równobocznego. Warto zwrócić uwagę, jak pięknie i malowniczo jest usytuowana na wysokiej, północno-wschodniej skarpie obok stawów rybnych, zasilanych wodami Wyżnicy. Dziś odrestaurowana późnobarokowa kaplica w Stróży prezentuje się pięknie i kusi by ją odwiedzić. Jasne elewacje zabytku, przykrytego czerwonym dachem o ciekawym profilu, ładnie kontrastują wśród bujnej zieleni, przy której można świetnie wypocząć.

Kaplica niestety jest zamknięta i co gorsze brak jest na miejscu informacji, czy i kiedy można zajrzeć do wnętrza. Bez wątpienia warto zobaczyć przynajmniej bryłę tego wyjątkowego zabytku, unikalnego w Europie pod względem architektonicznym. Kaplica Świętej Trójcy w Stróży zachwyci Was doskonałością formy i proporcji, zwłaszcza fanów barokowych fasad. Na fasadzie tego zabytku namalowano wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem na tle zwycięskich chorągwi Maryjnych i polskich. Poniżej znajduje się herb Zamoyskich „Jelita” w otoczeniu werbli i luf armatnich.

Niestety ani stróża w Stróży, ani tym bardziej krów chcących wybrać, się ze mną tu nie spotkałem drogę (więcej informacji o tych poszukiwaniach znajdziecie tutaj), ale mimo to zachęcam Was do odwiedzenia tej urokliwej wsi Lubelszczyzny. Także pakujcie plecaki w drogę i ruszajcie do Stróży. Zmierzajcie tam niczym fani promocji do hipermarketu w black Friday, bo warto. Dzięki za dziś i do następnego razu. Trzymajcie się zdrowo. Cześć.

linia

#lubelszczyzna #stróża #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Stróża  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Jabłoń

ABC O JABŁONIU

Co warto zobaczyć w Jabłoniu?

Gmina Jabłoń leży w północno-wschodniej części województwa lubelskiego, w powiecie parczewskim. Z Warszawy dotrzecie tu w około dwie godziny samochodem, a tym samym środkiem transportu z Lublina dojedzie się tu w około godzinę i dwadzieścia minut.  To co wyróżnia te tereny, to fakt, że gmina jest typowo rolnicza, a tutejsza przyroda bardzo zachęca do przybycia. Z pewnością wypoczniecie tu na łonie natury. Dodam jeszcze, że Jabłoń jest malowniczo usytuowany w dorzeczu rzeki Zielawa. Mnie przyciągnął tu wyjątkowy w skali kraju przykład neogotyckiego pałacu w stylu późnego gotyku angielskiego z elementami renesansowymi i manierystycznymi, ale o nim więcej będzie za chwilę. Warto jest tu jednak zawitać z wielu innych powodów, co okazało się dopiero na miejscu. Zresztą przekonajcie się i Wy o tym na własne oczy. Zapinamy pasy, czas na kolejną podróż po Lubelszczyźnie. Jeśli jesteście gotowi, to startujemy.

 

A jak atrakcje
 
Główną, choć nie jedyną tutejszą atrakcją jest zbudowany w latach 1904-1905 dla Tomasza Zamoyskiego, ojca słynnego rzeźbiarza Augusta, neogotycki Pałac Zamoyskich, który bez wątpienia przyciąga swą tajemniczością. Budynek ten powstał według projektu zamówionego w renomowanej, wiedeńskiej pracowni architektonicznej Ferdynanda Fellnera i Hermana Helmera. Pałac był wzorowany na angielskich rezydencjach z czasów przełomu późnego gotyku i początków renesansu. Został wzniesiony na planie wydłużonego prostokąta. Warto podkreślić, że w skład zespołu pałacowego w Jabłoniu wchodzi obok pałacu również: oficyna, ćwierćkolista galeria, kaplica pałacowa, ciekawa brama wjazdowa z kordegardą, mieszkanie koniuszego, leśniczówka, osada folwarczna czyli tzw. czworaki. Całość działki ma powierzchnię ponad 150 000 m².
 
 
   
Pomieszczenia parteru Pałacu przeznaczone było pod ogólne funkcje mieszkalne i reprezentacyjne. Na pierwszym piętrze ulokowano sypialnie, a poddasze przeznaczono na pokoje dla gości.  Głównym pomieszczeniem jabłońskiego pałacu jest sień i hall o wysokości dwu kondygnacji. Mieści on reprezentacyjną klatkę schodową oraz okazały kominek. Ściany pokryto bogatymi boazeriami, a strop kasetonami. Niezwykle charakterystyczne dla pałacu w Jabłoniu są duże okna o kamiennych podziałach, typowe dla architektury angielskiej. Jestem przekonany, że wnętrza Pałacu liczące powierzchnię prawie 10 000 m², skrywają w swych murach wiele niesamowitych historii. Pałac był nowoczesną, luksusową rezydencją, wyposażoną w urządzenia sanitarne, windę, klimatyzację grawitacyjną oraz centralne ogrzewanie. Jeśli macie nadmiar gotówki i np. chcielibyście zamknąć swą córkę w najwyższej komnacie i najwyższej wieży, to po odrestaurowaniu wnętrz, które mogą być Wasze za jedyne 6 900 000 PLN, jest to możliwe. Pałac bowiem wystawiony jest na sprzedaż, a przynajmniej taka oferta widnieje na dzień dzisiejszy w sieci i można ją znaleźć tutaj.
 
 
 
Dokonując takiej transakcji zamieszkacie we wsi o piętnastowiecznej genezie będącej początkowo własnością królewską, następnie Połubińskich. Warto byłoby wiedzieć, że Jabłoń w XVII w. należała do Firlejów, a w k. XVIII w. do hr. Aleksandra Sapiehy, którego wnuczka Emma Potocka, zamężna za Piotrem Strzyżowskim, zamieszkała tu w 1815 roku. W 1856 r. dobra Jabłoń odziedziczyła Amelia Łubieńska, a w 1884 r. odkupił je hr. August Zamoyski z Różanki dla swojego syna Tomasza. W 1891 r. w miejsce starego pałacyku Strzyżowskich wzniesiono poźnoklasycystyczny dwór (zw. obecnie oficyną) wg projektu Ksawerego de Makowo Makowskiego. W 1893 r. urodził się tu wybitny rzeźbiarz August Zamoyski, jedyny syn Tomasza. Dalszą część tej opowieści wraz z historią powstania Pałacu po dzień dzisiejszy już znacie. Żeby Was nie zanudzić, postanowiłem jeszcze wyeksplorować nieco tą miejscowość i pokazać inne atrakcje, jakie czekają na Was w Jabłoniu. Bardzo spodobało mi się rozwiązanie z kodem QR, co nie na każdej wsi w Polsce można spotkać – brawo dla włodarzy, za tę inicjatywę.
 

 
Obecnie w jednym z czworaków znajduje się Muzeum poświęcone rzeźbiarzowi Augustowi Zamoyskiemu, który w 1935 r., po śmierci ojca, odziedziczył Jabłoń i urządził w galerii przy pałacu swoją pracownię rzeźbiarską. Zapewne zapytacie co się stało w latach późniejszych? W 1944 r. majątek został upaństwowiony, a pałac od 1952 r. użytkowała szkoła rolnicza.
 
 
 
 
 
W 1968 r. budynek Pałacu został częściowo zniszczony pożarem, a w kolejnych latach był remontowany dziś wymaga kompleksowej restauracji. Pozostałe czworaki natomiast nadal służą jako domy mieszkalne. Słów jeszcze kilka o samym Muzeum – choć skromne, to sukcesywnie  zbiera rozrzucone przez losy artysty, nieznane wydarzenia i historie z Jego życia. Zachęca wszystkich odwiedzających do udziału w odkrywaniu tej barwnej i intrygującej biografii Augusta Zamoyskiego. Można je zwiedzać od wtorku do piątku w godzinach: 10.00 – 16.00 oraz w soboty i niedzielę w godzinach: 12.00 – 18.00, a przynajmniej takie informacje znajdziecie na stronie placówki, do której dostaniecie się klikając w poniższe logo. Istnieje też możliwość przeprowadzenia lekcji muzealnych dla wycieczek szkolnych i zorganizowanych grup, a w celu umówienia terminu, należy skontaktować się wcześniej z placówką.

 
.
 
B jak Biskup z Willanowy
 
Muzeum i tutejszy Pałac to nie jedyne atrakcje wioski. Będąc w Jabłoniu koniecznie zajrzyjcie również do tutejszego kościoła rzymskokatolickiego. Budynek powstał w 1909 roku, a dziesięć lat później  powołano tu parafię św. Tomasza Biskupa z Willanowy.
 
Świątynia została ufundowana przez Tomasz Zamoyskiego. Projekt wykonał architekt Jan Olearski z Radzynia Podlaskiego. Ten neogotycki kościół w Jabłoniu to prawdopodobnie jedyna w Polsce świątynia św. Tomasza z Willanowy, który był hiszpańskim zakonnikiem (augustianinem), arcybiskupem Walencji. Słynął ze wspaniałych kazań i troski o biednych. 
 
 
 
 
 

C jak ceny

Nie może zabraknąć informacji o cenach, opłatach za bilety i dodatkowych kosztach ukrytych pod małą gwiazdką do umowy. Tym razem mam dobre wiadomości, gdyż opłat za wejście do tutejszego muzeum nie ma. Zwiedzanie kościoła jest oczywiście również bezpłatne, ale tu dobre wiadomości się kończą. Niestety nie ma możliwości zwiedzenia samego Pałacu Zamoyskich, czego bardzo żałuję. No chyba, że wykażecie się sprytem i uda Wam się umówić w sprawie kupna tej urokliwej nieruchomości.

 

Podsumowanie

Dzisiejsza wyprawa była krótka, szybka i przyjemna, dlatego i podsumowanie będzie podobne. Polecam Wam wybrać się w te strony, szczególnie jeśli lubicie oglądać oryginalne budowle i tego typu pałace. Mam też nadzieję, że budynek wróci do stanu używalności z przeszłości i w przyszłości będzie można zwiedzić go od środka, za co mocno trzymam kciuki. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.

linia

#lubelszczyzna #jabłoń #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Jabłoń  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Olsztyn

OLSZTYN OD A DO Z

Co warto zobaczyć w Olsztynie?

Przekonajmy się  dziś co piszczy w olsztyńskich lasach i nad tutejszymi jeziorami. Od dawna planowałem zwiedzić miasto, którego postać w herbie bawi się jednocześnie kijem i muszelką (tylko bez skojarzeń proszę). Nie wiem jak Wy, ale ja pakuję plecak i ruszam na Warmię, do miasta wielu jezior.

W Olsztynie powstawało jedno z największych dzieł naszej planety jak „O obrotach sfer niebieskich” Mikołaja Kopernika, to tu kręcono też kultowy serial „Stawka większa niż życie”.

Dziś więc Wasz ulubiony bloger podróżniczy holistycznie wyeksploruje to miasto i zdradzi Wam m.in. co łączy Olsztyn z misją kosmiczną Apollo 11. Jedno jest pewne – ahoj przygodo. Czas odkryć przed Wami Allenstein, bo tak dawniej nazywało się to miasto, w 100% po mojemu oraz tradycyjnie od A do Z. Zapinajcie pasy, rozsiądźcie się wygodnie w fotelach i przetrzyjcie okulary, bo będzie się działo.

A jak „Aquasfera” i Amfiteatr

Na start zdradzę Wam, że spakowane kąpielówki bardzo się przydały, gdyż przygodę z Olsztynem rozpoczynam w Aquasferze (ul. Aleja Marszałka Józefa Piłsudskiego 69b), czyli w wodnym centrum rekreacyjno-sportowym. To tu serwuje się wodną rozrywkę dla każdego. Szybka regeneracja po podróży samochodem z Lublina w jaccuzi i jak nowo narodzony mogę ruszać w miasto. W samym obiekcie jest również m.in. basen olimpijski, kameralne, choć tekstylne saunarium, siłownia, restauracja, a nawet salon kosmetyczny – także niemalże każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Jeśli pływanie nie jest Waszą mocną stroną, warto jest wybrać się na tutejsze Stare Miasto, gdzie zobaczycie m.in. Amfiteatr Czesława Niemena (ul. Zamkowa 1). To właśnie tu odbywa się coroczna cykliczna impreza Olsztyńskie Lato Artystyczne. Dzięki temu wydarzeniu w sezonie letnim praktycznie cała Starówka tętni życiem. Wiele osób, z którymi rozmawiałem podkreśla, że niezapomniane wrażenia z Olsztyna pozostawiały po sobie odbywające się tu koncerty, a każdy kto choć raz tutaj posłuchał Czerwonego Tulipana na zawsze zakochał się w tym miejscu i w tych piosenkach. Bez olsztyńskich zespołów, takich jak Czerwony Tulipan, Czyści jak Łza, Kapela Jakubowa, czy też Enej oraz etnicznych Horpyna i Hitano nie byłoby tak klimatycznego olsztyńskiego lata artystycznego – imprezy, która jak magnes przyciągają właśnie do tej część kraju. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że to właśnie wtedy do Olsztyna ściągają z całej Polski nie tylko turyści, ale i kuglarze, kataryniarze, mistrzowie pokazów ognia. To wówczas również odbywają się koncerty organowe i pokazy filmowe. Jednym słowem, sporo się dzieje. Nie wiem co Wy na to, ale ja już nie mogę doczekać się kolejnego Olsztyńskiego Artystycznego Lata.

Ku mojemu zdziwieniu w olsztyńskim Amfiteatrze spotkałem krowy, które jednak mimo moich usilnych prób do wybrania się w dalszą podróż ze mną, nie chciały się zgodzić. Wszystkie uznały jednogłośnie, że w Olsztynie jest im dobrze, są zatrudnione na etacie, dobrze im tu płacą, jest wszystko legancko i na wypasie. Dla niezorientowanych o co chodzi w moich poszukiwaniach krów, link zostawiam tutaj. Jeśli uważacie za słuszną tę inicjatywę, zapraszam Was do jej wsparcia.

B jak Bazylika Konkatedralna św. Jakuba Apostoła i Baby Pruskie

Swój spacer po Olsztynie rozpocząłem też od zobaczenia potężnej gotyckiej świątyni, która wręcz zachwyciła mnie wieczorem urokliwym podświetleniem z zewnątrz, ale przede wszystkim interesującym wnętrzem. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie późnogotyckie sklepienia sieciowe. Była to jedna z najbliżej położonych ode mnie atrakcji, które chciałem w Olsztynie zobaczyć. Bazylika Konkatedralna (ul. Stanisława Staszica 5)  rzuciła mi się w oczy od razu po wyjściu z mojego miejsca hotelowego Willa Park Apartamenty, o którym słów kilka będzie jeszcze później. Warto jest się tu choć na chwilę wybrać, bo miejsce jest naprawdę interesujące.

Będąc przy literce B nie mogę pominąć też kwestii tzw. Baby Pruskiej, która jest jednym z kultowych symboli miasta (te najważniejsze znajdziecie pod adresem ul. Zamkowa 2 na dziedzińcu Muzeum Zamku Kapituły Warmińskiej, ale można owe baby, pod różnymi postaciami, znaleźć i w wielu innych punktach miasta). Tajemnicą poliszynela jest to, że Baba Pruska nie jest wcale kobietą, a tym, którym właśnie wracają wspomnienia z pobytu w Tajlandii zdradzę, że to też nie do końca o lady boy’a tu chodzi. Jeśli zaciekawił Was ten intrygujący temat, to może nie będę Was trzymać w niepewności i wyjawię Wam tajemnice Pruskich Bab. Sprawa nie jest aż tak skomplikowana jak można by na pierwszy rzut oka podejrzewać. W praktyce dawniej Baby Pruskie przedstawiały mężczyzn i nazywano tak kamienne posągi, które występują na ziemiach zajmowanych niegdyś przez plemiona pruskie. Niewiele tych figur przetrwało, a ich symbolika do dziś budzi spory wśród historyków. Kłótnie zostawmy więc im, bo ja do Olsztyna przyjechałem wypocząć. Jeśli intrygują Was kwestie bab, które nie są kobietami i chcecie je bardziej zgłębić, to koniecznie wybierzcie się właśnie tutaj. Przyznam się Wam, że po tym spotkaniach twarzą w twarz z tymi zimnymi jak głaz postaciami, czułem, że wybór Olsztyna na kilkudniowy wypad, może być strzałem w dziesiątkę. Momentami nie wiedziałem czy patrzy na mnie głaz, chłop czy baba, a może kosmita i choć większość moich wpisów to „śmieszkowanie”, tak tutaj mówię to całkiem serio. Intrygowało mnie to bardzo i cały czas chciałem odkrywać to miasto jeszcze głębiej i więcej.

C jak Cudne Manowce

Popływałem, pospacerowałem, to i zgłodniałem. Przyszedł czas by wybrać się na coś smacznego, a najlepiej z lokalnej kuchni. Szybkie sprawdzenie rekomendacji w internecie i wiele z nich jednoznacznie wskazało miejsce pod piękną nazwą Cudne Manowce (ul. Bolesława Chrobrego 4A). Tu więc postanowiłem się wybrać. Od samego wejścia podświadomie czułem, że to miejsce z duszą i nie sugerowałem się plakietkami z gastronomicznymi certyfikatami wiszącymi przy drzwiach, na które tylko zerknąłem kątem oka wchodząc do środka. Cała magia tego co nazywa się dobrą restauracją skryta była bowiem w jej wnętrzu. Przyznam się, że w wielu gastronomicznych miejscach Olsztyna niestety nie byłem, ale po wizycie tutaj, miałem wrażenie, że to właśnie tu tętni gastronomiczne serce miasta. W Cudnych Manowcach nie serwuje się po prostu jedzenia, tu pracują ludzie, którzy z gastronomii tworzą sztukę dla zmysłu smaku, wzroku i węchu. Właściwie o samym tym miejscu mógłby powstać oddzielny wpis, bo zauroczyło mnie tu niemalże wszystko. Klimatyczna muzyka, tradycyjny wystrój, podejście do klienta, ale co najważniejsze – tradycyjne warmińskie jedzenie. Choć być może to wszystko brzmi pompatycznie, to określenie prostym słowem jedzenie moich gastronomicznych doznań – to byłoby za mało.

Ten kto tu był choć raz, wie co mam na myśli. Swoją kulinarną przygodę zacząłem od przystawki w postaci tajemniczej maści czarownic, na pierwsze danie wybrałem karmuszkę, nazywaną też czasem solianką Warmii. W skład tej zupy wchodzą: szynka wieprzowa, kminek, fasola, marchew, cukinia, cieciorka, kapusta, papryka i śmietana, a zupa ta jest bardzo treściwa i wyjątkowa w smaku. Z kolei na drugie danie zamówiłem przepyszne dzyndzałki warmińskie z hreczką i skrzeczkami. Choć po tym wszystkim byłem już pełny, chciałem spróbować jeszcze tutejszy deser. Wszystko było tak pyszne, że trudno jest to opisać, a co gorsze, było sobie odmówić. Uzupełnię Wam jeszcze informację, że pod zabawną nazwą dzyndzałki, skrywa się danie wyjątkowe i nie tylko dlatego, że jest tradycyjne. To potrawa, której każdy kęs czyni je ekscytującym doznaniem i podróżą do świata najlepszych pierożkowych zmysłów. Do tego podano mi lemoniadę z pokrzyw i wiecie co myślę, że po tym wszystkim samej Magdzie G. loki mogłyby się wyprostować z kulinarnego wrażenia. W mojej ocenie za smak, zapach, podejście do gości i ogólne doznania kulinarne, daję tej restauracji silne 10/10.

 

 

Karta zawiera też coś dla fanów ryb, którzy np. mogą skusić się na sandacza z patelni. W menu znajduje się również warmiński placek, podpłomyki czy deska lokalnych serów. Jedno jest pewne, że jak tylko pojawię się ponownie w Olsztynie, to właśnie tu przyjdę na kolejną porcję doznań kulinarnych, które dostarcza to niesamowite miejsce. W końcu mam wrażenie, że kto raz spróbował, chciałby znów zanurzyć usta w tym uroczym warmińskim pierożku (wiecie co mam na myśli). Smak warmińskich dzyndzałków to coś, czego słowami Wam nie jestem w stanie precyzyjnie opisać. Jeśli natomiast mielibyście ochotę na fast food, polecę Wam pyszne burgery z plackiem ziemniaczanym, które serwowane są na Starym Mieście w Handmade Cafe & Pub (ul Hugona Kołłątaja 3). Możecie też wybrać się do lokalnego browar. Reasumując, dzięki takim miejscówkom, zapamiętam Olsztyn jako bardzo smaczne miasto.

D jak dom Mendelsohna

Ten kto śledzi dłużej mój blog wie, że bardzo lubię opisywać tu kwestie żydowskie. W Olsztynie zachował się żydowski dom oczyszczeń Bet Tahara (ul. Zyndrama z Maszkowic 2),  będący pracą dyplomową wybitnego modernisty Ericha Mendelsohna. Nie mogło więc mnie tu zabraknąć. Budynek jest dziś ważnym punktem na mapie turystycznej wielokulturowego Olsztyna. Jak tylko wszedłem do tego miejsca poczułem niezwykłą energię i jestem niemal pewny, że jego wnętrze skrywa w swych murach niejedną tajemnicę. Dla niewtajemniczonych dodam, że sam Mendelsohn był słynnym na całym świecie architektem pochodzenia żydowskiego. Wiele budynków jego autorstwa do dziś zachwyca na świecie, a olsztynianie mogą być mu wdzięczni, że po dziś dzień podziwiać możemy na własne oczy jego pierwsze dzieło, które znajduje się właśnie w tym mieście. Wnętrze budynku zrobiło na mnie ogromne wrażenie i przyznam Wam, że jest naprawdę wyjątkowe. Unikalność tego miejsca, dla ośrodka turystycznego jakim jest niewątpliwie Olsztyn, może być dziś powodem do dumy.

E jak Ewangelicki Kościół Chrystusa Zbawiciela (Ewangelicko-Augsburski)

Warmia, w przeciwieństwie do sąsiednich Mazur, była w większości katolicka. Z czasem zaczęła się pojawiać tu również społeczność prawosławna oraz ewangelicka. Ta ostatnia zaczęła organizować się na tych terenach dopiero na początku lat siedemdziesiątych XVIII wieku. Kościół Ewangelicki (Ewangelicko-Augsburski) Chrystusa Zbawiciela (Aleja Gelsenkirchen) jest typowym przykładem architektury neogotyckiej i będąc na starym mieście nie można przejść obok niego obojętnie. Budowla znajduje się zaraz obok ławeczki Mikołaja Kopernika i wręcz nie da się jej nie zauważyć.

F jak Filharmonia Warmińsko-Mazurska

Czasami jak podróżuję, spotykam takie miejsca, które mój obiektyw pokochał od pierwszego wejrzenia. Tak też było w tym przypadku. Nowocześnie zaprojektowany budynek Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej (ul. Bartosza Głowackiego 1) według mnie wykonano niemalże wzorcowo, dbając z jednej strony o wyśmienitą akustykę sali koncertowej, ale też o przestronne foyer. Całość wygląda bardzo dobrze, zresztą sami oceńcie.

G jak Gazeta Olsztyńska

Jednym z ważniejszych zabytków na mapie turystycznego Olsztyna jest Dom Gazety Olsztyńskiej (pl. Targ Rybny 1). To tutaj w latach 1920-1939 mieściła się redakcja oraz drukarnia polskojęzycznej Gazety Olsztyńskiej, będącej jedną z najważniejszych instytucji polskich na całej Warmii. Warto podkreślić, że wówczas znajdowała się ona w granicach niemieckiej prowincji Prusy Wschodnie. Niestety nie udało mi się zwiedzić tego miejsca od wewnątrz, ale jest to jeden z powodów, dla których chętnie wrócę do Olsztyna.

H jak hotele i hejnał

Olsztyński hejnał powstał w 1920 roku. Tak naprawdę powinno się mówić, że jest to „Hymn Warmiński”, bo tak brzmi prawdziwy tytuł tego utworu. Obecnie zawsze punktualnie w samo południe od wielu lat wygrywa go niezwykle sympatyczny hejnalista Pan Daniel Rupiński, który jest też wyjątkowo utalentowanym muzykiem. To m.in. dzięki Panu Danielowi miasto Olsztyn ma swoją niepodrabialną duszę, swój klimat, na który wiele innych polskich miast może spoglądać z zazdrością. Warto też wspomnieć, że melodię do hejnału napisał sam Feliks Nowowiejski. Przyznam Wam, że będąc w Olsztynie obowiązkowo choć raz musicie przyjść pod budynek Nowego Ratusza i wsłuchać się w tą piękną melodię.

Tak jak obiecałem na początku wpisu, słów kilka poświęcę teraz bazie hotelowej Olsztyna, a w tym miejscu, w którym się zatrzymałem podczas mojego pobytu w mieście. Zaznaczę, że za reklamę hotele mi nie zapłaciły, choć mogłyby. Mając jednak na względzie nie tylko wsparcie dla nich samych, ale i chęć pokazania Wam, że Olsztyn jest miastem na każdą kieszeń, postanowiłem zrobić zestawienie kilku miejsc o zróżnicowanym standardzie i co za tym idzie, o zróżnicowanych cenach. Rozpocznę od miejsca, gdzie nocowałem Willa Park Apartamenty (ul.  Ryszarda Knosały 1A) – miejsce przyjemne, przede wszystkim czyste i zadbane, w którego recepcji pracują miłe panie, a ceny są tu bardzo przystępne. Cena za jeden pokój dwuosobowy nie przekraczała 200 zł. Drugim miejscem jest Szkolne Schronisko Młodzieżowe Relaks (ul. Żołnierska 13) – to miejsce na niskobudżetowe wyjazdy, w którym można się spodziewać niskich cen – dla grup zorganizowanych można już nocować od 65 zł za osobę. Trzecie miejsce to Przystań Hotel & Spa (ul. Żeglarska 4) – miejsce bardzo wysoko oceniane na znanych serwisach internetowych służących do rezerwacji zakwaterowania online. Sam obiekt usytuowany jest nad jeziorem Ukiel i oferuje dla swych gości bezpłatne centrum odnowy biologicznej z basenem, saunami, siłownią oraz wanną z hydromasażem. Każdy pokój wyposażony jest w minibar, klimatyzację i telewizor. Pokoje obejmują własną łazienkę z prysznicem i wyposażeniem. Dużym plusem tego miejsca jest prywatna plaża i centrum biznesowe. To miejsce, choć nie należy do najtańszych, gdyż za nocleg dla dwóch osób przygotować trzeba około 380 zł., rekompensuje wysoką cenę standardem hotelu oraz widokiem na jezioro z basenu.

I jak Indykpol AZS Olsztyn

Zawsze uważam, że miasto to nie tylko zabytki czy generalnie miejsca. Miasto to też ludzie, którzy tworzą jego klimat i są jego immamentną częścią, a jeszcze jeśli stają się powodem do dumy, to nie mógłbym o tym nie wspomnieć. Tak właśnie jest w przypadku zawodników drużyny siatkarskiej mężczyzn. Mowa o pięciokrotnym Mistrzu Polski i siedmiokrotnym zdobywcy Pucharu Polski. Jest to bez wątpienia jeden z najbardziej utytułowanych klubów w historii polskiej siatkówki, który dostarczył mieszkańcom Olsztyna i fanom siatkówki momentów wzruszeń, radości i powodów do dumy. To w Olsztynie miałem przyjemność poznać i przez chwilę porozmawiać z przesympatycznym zawodnikiem grającym obecnie na pozycji libero tej drużyny – Jędrzejem Gruszczyńskim. Z tego miejsca dziękuję za poświęcony czas i chwilę wspólnej rozmowy, życząc zarówno Jędrzejowi, jak i pozostałym zawodnikom drużyny Indykpol AZS Olsztyn dalszych sukcesów.

J jak jeziora

Nigdy matematyka nie była moją mocną stroną, ale nie wprowadzę Was w błąd, gdy napiszę, że w granicach miasta doliczyć się można kilkunastu jezior. Największe z nich ma ponad 400 ha (Jezioro Ukiel), a najmniejsze jedynie ćwierć hektara (Jezioro Modrzewiowe). Blisko centrum Olsztyna znajduje się Jezioro Długie, trzeba też wspomnieć o Jeziorze Skanda. Można by tak wymieniać i wymieniać, ale jedno jest pewne, każde z nich jest warte odwiedzenia i każde ma coś zupełnie innego do zaoferowania. Właściwie mam wrażenie, że można zrobić oddzielny wpis o każdym z poszczególnych z nich lub zestawiając je w subiektywnym rankingu. Może kiedyś jeszcze wrócę do Olsztyna, by później właśnie coś takiego Wam przygotować.

K jak Kortowo

Wielu studentom, którzy wyjadą po studiach z Olsztyna największą pustkę w sercu pozostawia jednak opuszczenie miasteczka akademickiego – Kortowa. Wiele swych doświadczeń, cennych zauroczeń i miłosnych rozczarowań, pozostaje właśnie tu, w miejscu gdzie kiedyś, mieścił się szpital psychiatryczny. Teraz młodzi ludzie o zdrowych zmysłach, albo Ci jeszcze niezdiagnozowani, przybywają nie tylko po wykształcenie na Uniwersytet Warmińsko-Mazurski, ale i po przygodę życia. Gdy rozpoczynają studia, często nie zdają sobie sprawy, że coroczna tygodniowa rozpusta w czasie juvenaliów, zwanych kortowiadą, pozostawi w ich życiu wspomnienia, których zapomnieć się nie da. Będąc w tym miejscu miałem wrażenie, że studenci są tu zaopiekowani jak rencista na zusowskim garnuszku. Dosłownie mają tu wszystko. Kortowo to w moim odczuciu nie tylko dzielnica Olsztyna, to swoiste miasto w mieście. Niemalże w każdym akademiku jest pub, bar lub dyskoteka, studenci mają kilkanaście metrów spaceru do plaży, a jeszcze mniej do przepięknego parku. Są tu markety, obiekty sportowe i szeroka baza akademików. Mam wrażenie, że żaden student nie ma tu powodów do narzekań, no chyba że z powodu awarii, gdy lokalny pub Eden będzie czasowo zamknięty.

L jak lasy

Pomiędzy zachodnią a wschodnią częścią miasta, wzdłuż jego północnej granicy, rozciąga się Las Miejski. To tu warto wybrać się na spacer czy przejażdżkę rowerem. Ma on ok. 1300 ha, co czyni go jednym z największych miejskich kompleksów leśnych w Europie. Spotkać tu można się twarzą w twarz z naturą i na własne oczy zobaczyć jeże, bobry, sarny, zające czy łosie. Mówi się nawet, że w tutejszych lasach skrywać się może Kłobuk, którego tajemnicza postać po dziś dzień owiana jest legendami. Udało mi się ustalić, że to właśnie Kłobuk jest jedną z najpopularniejszych postaci demonicznych w ludowej tradycji Warmii i Mazur. Postać psotna i nieobliczalna, ale spotkać mi się jej nie udało, czego akurat nie żałuję. Mówi się tu czasem, że miał on i pozytywne cechy. Podobno był dobry i przynosił bogactwa temu, kto go karmił. Dlatego szykując kanapki do olsztyńskiego lasu, nie zaszkodzi przygotować z jedną więcej.

Ł jak Łynostrada

Olsztyńska Łynostrada biegnie, jak łatwo się domyślić, doliną Łyny, wzdłuż przyjemnego szlaku kajakowego. Można ją przemierzać pieszo lub na rowerze. Moim zdaniem to bardzo ciekawe rozwiązanie i również wygodne połączenie osiedli Olsztyna z jego centrum i samym Starym Miastem. Powstanie Łynostrady umożliwiło stworzenie trasy konkurencyjnej dla podróży samochodem w kierunku centrum. Takie proekologiczne rozwiązania mogłyby wdrażać i inne polskie miasta.

M jak muzea i Mikołaj Kopernik  

Nie można napisać o atrakcjach turystycznych Olsztyna pomijając pomnik Mikołaja Kopernika (Stare Miasto 29/32) lub Muzeum Warmii i Mazur (ul. Zamkowa 2). To dwa niemalże obowiązkowe punkty do zobaczenia, które znajdują się na mapie Olsztyna. Ławeczka Kopernika znajdująca się przy zamku, to chyba jedno z najczęściej fotografowanych miejsc przez turystów. Mówi się, że potarcie nosa Kopernika ma przynieść szczęście. Gdy tak przyglądam się, które mniej lub bardziej intymne części ciała ma najbardziej wytarte, mam wrażenie, że wiele osób wyjeżdża z Olsztyna szczęśliwszymi. Muzeum Warmii i Mazur jest zdecydowanie największą placówką muzealną w całym województwie warmińsko-mazurskim, a przez wiele osób uważaną także za jedną z najważniejszych w regionie. Siedziba muzeum znajduje się w gotyckim Zamku Kapituły Warmińskiej, ale to co najcenniejsze, skryte jest we wnętrzach murów tego niesamowitego zamku. To tu na własne oczy zobaczyłem umieszczoną na ścianie krużganka doświadczalną tablicę z 1517 roku, którą własnoręcznie wykonał Kopernik. W zbiorach przechowywany jest jedyny w Polsce inkunabuł medyczny pochodzący z biblioteki tego wielkiego astronoma. Więcej o tym miejscu przeczytacie jeszcze pod literą Z.

Nie jest to oczywiście jedyne muzeum w mieście, które warto zobaczyć. Można również się wybrać do ciekawego Muzeum Przyrody (ul. Metalowa 8). Polecam również przejść się do świetnie przygotowanego i dość nowego Muzeum Archidiecezji Warmińskiej im. BPA. J. Obłąka (ul. Świętej Barbary 2), w którym znajdziemy rzeźby, obrazy, rzemiosło artystyczne i wiele unikalnych przedmiotów sakralnych, a w tym chociażby relikwiarz  św. Andrzeja. Warto jest się również wybrać do Miejskiego Ośrodka Kultury Centrum Techniki i Rozwoju Regionu Muzeum Nowoczesności (ul. Ryszarda Knosały 3B), który mieści się w zrewitalizowanym Tartaku Raphaelsohnów. Nazwa „Muzeum Nowoczesności” tylko pozornie wydaje się oksymoronem. Ekspozycja stała Muzeum Nowoczesności związana jest z rozwojem cywilizacyjnym Olsztyna i regionu. W sąsiednim budynku zrewitalizowanej zajezdni trolejbusowej z początku lat czterdziestych XX w. prezentowane są ciekawe wystawy czasowe. Śmiało więc mogę powiedzieć, że ten kto lubi muzea, na ich brak w Olsztynie nie będzie narzekać.

N jak niesamowici ludzie

Podczas mojego pobytu miałem przyjemność poznać wiele osób. Jedno co ich łączyło, to gościnność i życzliwość. Dlatego jak spytacie mnie jacy są Olsztynianie – odpowiem Wam, że właśnie tacy – bardzo pomocni i serdeczni. Ci, których poznałem byli jeszcze pogodniejsi,  bardziej uśmiechnięci, z dużym dystansem do świata i jeszcze większym poczuciem humoru. Gdybym miał wybrać dwa słowa, które świetnie opiszą Olsztynian, w moim subiektywnym odbiorze, to postawiłbym na uśmiech oraz dobroć. Jedną z poznanych osób była Pani Ewa Szemplińska, której urok osobisty, wiedza na temat miasta i chęć dzielenia się nią, oczarowały mnie od razu. To m.in. dzięki Jej pomocy mogłem dostać się do miejsc, do których nie zawsze, czy nie o każdej porze, da się wejść. Dla Pani Ewy nie ma rzeczy niemożliwych i w tym miejscu bardzo dziękuję za pomoc. Pani Ewa to cicha bohaterka tego wpisu, bo pewnym jest to, że bez Jej wsparcia, ten wpis nie byłby taki sam.

WIELKIE DZIĘKUJĘ za wszystko również Panu Krzysztofowi Otolińskiemu, Dyrektorowi Biura Promocji i Turystyki Urzędu Miasta Olsztyn, a w szczególności za merytoryczną pomoc, cenne uwagi i poświęcony czas. Dziękuję także wszystkim życzliwym osobom, które było mi dane mniej lub bardziej poznać. Nie wszystkich też udało mi się poznać osobiście, ale wiem, że dla lokalnej turystyki znaczą bardzo wiele, tak jak Pan Marian Jurak. Mam cichą nadzieję, że może uda się to nadrobić przy mojej kolejnej wizycie w tym przyjaznym turystom mieście, bo wiele dobrego o Panu Marianie słyszałem. Olsztyn to też miasto ludzi znanych w całej Polsce. To z tym miastem związani są m.in. Marek Kaliszuk, Izabela Trojanowska, Afromental, Czerwony Tulipan, Enej, Iwona Pavlović, Vader czy Mamed Chalidow, a można by tak jeszcze długo wymieniać i wymieniać. Więc jeśli chodzi o ludzi, to powiem Wam jedno: Olsztyn Was nie rozczaruje, a wręcz przeciwnie, możecie być pewni, że oczaruje Was i  wiem to z własnego doświadczenia.

O jak Obserwatorium

Mówi się, że miejsca tworzą ludzie i tak właśnie jest chociażby w Obserwatorium Astronomicznym (ul. Żołnierska 13b), gdzie pracują osoby pełne pasji, wiedzy i uśmiechu, który choć skryty w czasach pandemii pod maseczką, objawiał się w „uśmiechających się” do mnie oczach. W samym budynku Obserwatorium znajdziecie wiele kosmicznych skarbów. Kapitalna jest tu również wieża widokowa, pech jednak chciał, że ulewa, która mnie zastała na miejscu, strasznie skomplikowała wykonywanie zdjęć panoramy miasta, która się z tego miejsca rozpościera. Zdradzę Wam, że w samym budynku znaleźć można np. fragmenty gruntu księżycowego podarowanego przez prezydenta USA Richarda Nichsona w 1972 roku. Te okruchy skał księżycowych przywiezione na Ziemię zostały przez załogę misji Apollo 11, pierwszej w historii ludzkości załogowej wyprawy na Księżyc. Można więc śmiało powiedzieć, że najbliżej na Księżyc w Polsce jest właśnie z Olsztyna. To w tym też miejscu możemy popatrzeć na przybyszy z kosmosu i nie chodzi mi o zielonych ufoludków, a o najprawdziwsze meteoryty z Marsa, które znajdziecie właśnie w tym budynku, a najlepiej przekonajcie się o tym osobiście.

P jak Planetarium, parki, pomniki i papugarnia

Z literą P miałem największy kłopot, gdyż jest tyle niesamowitych miejsc, o których warto wspomnieć, że selekcja i tak była dość spora. Jednak wybranych przeze mnie tych czterech punktów opuścić bez słowa komentarza po prostu nie mogłem. Nie przedłużając – zacznijmy od Planetarium. Jest to kolejny nieziemski obiekt na mojej turystycznej mapie, który koniecznie chciałem zobaczyć. Olsztyńskie Planetarium (Al. Marszałka J. Piłsudskiego 38) to placówka oferująca możliwość wzięcia udziału w specjalnym pokazie, który dzięki nowoczesnej technologii przybliża tajemnice, które skrywa niebo. Olsztyńskie Planetarium jest moim zdaniem jedną z głównych atrakcji miasta, które po prostu trzeba zobaczyć. Tu znajdziecie też replikę sputnika i kopię dzieła Mikołaja Kopernika: „O obrotach sfer niebieskich”. Jedno też jest pewne, Wasze błędniki mogą wariować, a wszystko po to, byście wychodzili z tego miejsca, podobnie jak ja, pod ogromnym wrażeniem.

Nie można zapomnieć o pomnikach. Zabieram Was więc w dość kontrowersyjne miejsce. Ruszamy pod Pomnik Wyzwolenia Ziemi Warmińsko-Mazurskiej autorstwa Xawerego Dunikowskiego (Plac Xawerego Dunikowskiego). Część Olsztynian najchętniej by się pozbyła, ale druga część – szanując i chcąc stanąć naprzeciw skomplikowanej i czasem trudnej historii miasta – uważa go za ważny element na mapie Olsztyna. W pobliżu znajduje się również neobarokowy gmach dawnego urzędu Rejencji.  Warto tutaj wspomnieć, że nie jest to jedyny pomnik znany w Olsztynie. Innym, może mniej kontrowersyjnym, ale równie ciekawym jest Pomnik Największej Opony Świata (ul. Leonharda 9), który znajduje się obok centrali jednego z większych pracodawców w regionie czyli firmy Michelin. Zupełnie w innym klimacie jest natomiast Pomnik św. Jakuba, mieszczący się przy Placu Rybnym, obok wspomnianej już Gazety Olszyńskiej (warto dodać, że wizerunek św. Jakuba jest widoczny w wielu miejscach miasta i to pod różnymi postaciami, w końcu to on jest właśnie patronem miasta). 

Mój wpis nie byłby rzetelny, gdybym pominął parki, a w tym rozległy Park Centralny (ul. Emilii Plater). Szacuje się, że zajmuje powierzchnię około 13 ha, czyniąc Olsztyn bardzo zielonym i przyjaznym dla mieszkańców miastem do wypoczynku na łonie natury. Centralnym punktem ogrodu jest fontanna w kształcie elipsy, ozdobiona półkolami symbolizującymi układ słoneczny. W parku znajduje się również ciekawa rzeźba „Warmińskie żurawie„, której autorem jest artysta Izydor Borys. Drugim parkiem, o którym chcę jeszcze choć po krótce wspomnieć, jest Park Podzamcze (ul. Zamkowa). To największy park na terenie miasta.

Trzeba przyznać, że jest malowniczo położony nad rzeką Łyną. To w nim znajdują się m.in. dwie fontanny: „Dziecko na rybie” dłuta wybitnej olsztyńskiej rzeźbiarki Balbiny Świtycz-Widackiej i urzekająca „Symfonia ptaków”. Na terenie parku spotkamy również m.in. popiersie Mikołaja Kopernika oraz różne, mniej lub bardziej urokliwe rzeźby. Mnie do gustu przypadł szczególnie posąg kobiety pt: „Wiosna” (również autorstwa Pani Balbiny). Warto w tym miejscu dodać, że wspomniana wcześniej Łynostrada biegnie przez oba te parki.

Na koniec skoro jesteśmy przy literce P, pokażę Wam ptaszka i to nie jednego. Swoje kroki skierowałem bowiem do Papugarni (ul. Lubelska 29C), w której spotkacie około 50 różnych kolorowych papug. Miejsce to jest ciekawym doświadczeniem dla osób lubiących obcowanie z egzotycznymi ptakami. To właśnie tu możesz poznać bliżej te niezwykle piękne i kolorowe ptaki, a gwiazdą i dobrym duchem, który skradł w całości moje serce, jest tamtejszy pies Jadzia. To Jadzię pokochałem od pierwszego wejrzenia i mam wrażenie, że z wzajemnością. Będąc w Olsztynie zawitajcie tutaj koniecznie. Przemiła obsługa i jeszcze milsze ptaki czekają na Was, a o cudnej Jadzi to już nawet więcej nie wspomnę.

R jak Rynek Starego Miasta

Pomału mój wpis dobiega końca, ale to nie koniec niesamowitych miejsc w mieście. Zdradzę Wam, że klimat tutejszego Rynku mnie urzekł. Od pierwszych kroków w tym miejscu wiedziałem, że Olsztyn może mnie bardzo oczarować. Jarałem się jak Rzym za czasów Nerona, podziwiając tutejsze kamienice i Ratusz. Znajdujące się tu budynki, niestety w większości zostały zniszczone przez Armię Czerwoną w lutym 1945 roku po zdobyciu miasta, ale mimo to, choć odrestaurowane, to i tak mają swoją duszę oraz oryginalny klimat. Powiem Wam więcej, że za dnia Rynek nabierał w moich oczach zupełnie innego wyrazu niż w nocy, dlatego uważam, że warto odwiedzać to miejsce o różnych porach. Będąc na Starym Mieście warto zwrócić uwagę na wspomniane już malownicze kamienice oraz Ratusz z zegarami słonecznymi. To właśnie tutejszymi uliczkami przemierzał sam Hans Kloss w „Stawce większej niż życie”. To tu koncentruje się życie towarzyskie miasta. Uwagę przykuwa również makieta miasta wykonana na 660-lecie lokacji Olsztyna. Powstała ona z zebranych od mieszkańców miasta kluczy, które przetopiono, by dziś można było pokazać praktycznie każdemu całe Stare Miasto z góry i to w około 5 sekund. Będąc tutaj, zwrócić trzeba uwagę na Burmistrzówkę. To kamienica, która  jako jedna z nielicznych zachowała się niemalże w oryginale. Warto przy okazji wybrać się też na pyszne lody do Kroczka (Stare Miasto 33). Nigdzie nie kręci się takich lodów w Olsztynie jak właśnie w Kroczku. Lodziarnia ta słynie z najlepszych lodów naturalnych na całej Warmii. Bardzo fajną opcją jest możliwość wybrania lodów pół na pół, co umożliwia spróbowanie dwóch smaków w jednej solidnej gałce. A smaki są bardzo unikalne. To tu obok klasycznych rodzajów możesz skosztować lodów marchewkowych, rabarbarowych, szpinakowych, pokrzywowych, a moim faworytem pozostaną te ciasteczkowe, które są po prostu przepyszne. Będąc w tej okolicy obowiązkowo wybierzcie się też na nieziemsko dobre marcepany królewieckie do urokliwej Kawiarni Moja (Stare Miasto 17 /21/lok 32), której właściciele są niesamowicie gościnni. Wielki wybór znajdujących się tu smakołyków pozwala poznać miasto od kuchni i przekonać się namacalnie, jak smakuje słodka strona Olsztyna. Szczerze – tak właśnie wyobrażam sobie raj.

S jak Szlak Jakubowy

Droga św. Jakuba, po hiszpańsku Camino de Santiago, jest jednym z najsłynniejszych szlaków pielgrzymkowym w Europie. Część tego Szlaku Jakubowego ciągnie się m.in. przez Polskę, Niemcy i Francję aż do Santiago de Compostela w zachodniej Hiszpanii. Od 1993 roku Droga św. Jakuba znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Trasa Szlaku św. Jakuba na terenie województwa warmińsko-mazurskiego prowadzi przez bardzo atrakcyjne rejony, nie tylko Olsztyna, ale Warmii i Zachodnich Mazur. Turyści i pielgrzymi mają możliwość zwiedzenia Katedry św. Jakuba w Olsztynie, Kościoła Garnizonowego, ale i chociażby Sanktuarium Maryjnego w Gietrzwałdzie, do którego Was może innym razem zabiorę.

T jak Teatr Lalek

Zanim wyruszymy poza Olsztyn muszę Wam jeszcze pokazać kilka miejsc. To, do którego Was teraz zabieram, jest nieco inne od wszystkich i jest to moim zdaniem, przestrzeń magiczna – Teatru Lalek (ul. Bartosza Głowackiego 17). W tym miejscu dorośli mogą na nowo odkrywać w sobie dziecko, a dzieci pielęgnować beztroski pełny uśmiechów i radości czas dzieciństwa. Warto zaznaczyć, że w teatrze tym repertuar skierowany jest zarówno do dzieci, ale i młodzieży czy dorosłych. Poza spektaklami oferowane są też lekcje i warsztaty teatralne. Więcej o tym niesamowitym miejscu dowiecie się bezpośrednio na stronie www.teatrlalek.olsztyn.pl, do której odwiedzenia zachęcam.

U jak Ukiel

Jest największym z kilkunastu jezior Olsztyna, ale nie dlatego postanowiłem poświęcić mu więcej uwagi. Nie od dziś wiadomo przecież, że nie wielkość ma najważniejsze znaczenie, a przynajmniej jeśli chodzi o jeziora. Żaglówki, boiska do piłki siatkowej, koszykówki, place zabaw, jachty, skutery wodne, restauracje, rejsy wycieczkowe, kajaki – to wszystko czeka tutaj nie mniej na turystów jak fryzjerzy na swych klientów po lockdownie. To wszystko robi też imponujące wrażenie, bo cała infrastruktura jest przygotowana doskonale. To m.in. tu trenują i szkolą się przyszli kajakarze olimpijscy. Każdy, kto lubi wypoczynek nad jeziorami doceni urok tego miejsca i moc atrakcji, które dla nas przygotowało. Mnie posmakowała tu pyszna rybka z frytkami i sałatką w Byczej Rybie (ul. Skwer Kapitańska 15). Może to tylko moje wrażenie, ale zjedzenie smażonej rybki nad samym jeziorem, i to przy lokalnym piwie, zawsze smakuje i pasuje tak, jak mikrofalówka do popcornu.

W jak Warmia i Wysoka Brama

Olsztyn to dla mnie stolica Warmii i brama na Mazury, z tą różnicą, że Warmia to serce historyczne, a Mazury to taka „siostra Warmi”, jedni mówią, że brzydsza, inni, że ładniejsza. Także zdania w tej kwestii są podzielone. Jedno jest niepodważalne, że jeśli mowa o zabytkach, a w tym o zamkach, to Warmia pokonuje Mazury z zamkniętymi oczami. Ten region na długo pozostanie w mojej głowie, widok Wysokiej Bramy (ul. Staromiejska 1), zwanej Górną, to dla mnie symboliczne przejście do nowego doświadczenia podróżniczego, które przyciąga i kusi by tu jeszcze wrócić. Myślę, że Brama Górna to jeden z ważniejszych punktów w mieście, od którego warto rozpocząć i zakończyć zwiedzanie olsztyńskiej starówki. Dla turystów jest to też świetny punkt orientacyjny do spotkań z nowo poznawanymi mieszkańcami miasta.

Z jak Zamek Kapituły Warmińskiej

Zamek (ul. Zamkowa 2) położony jest w zakolu rzeki Łyny i w tym miejscu trzeba po prostu być, gdy tylko przyjedzie się do Olsztyna. To tu można odkryć prawdziwe skarby i rękopisy Tego, który „wstrzymał Słońce i poruszył Ziemię”. Ciekawostką jest to, że administratorem kapitulnym tej budowli był sam Mikołaj Kopernik, który mieszkał tu i pracował. To dlatego znajdziemy tu pozostawione po Nim pamiątki. Na mnie duże wrażenie zrobiły piękne sklepienia sal zamku oraz doświadczalna tablica astronomiczna na ścianie krużganka, o której już wcześniej wspominałem. Tablica jest jedynym na świecie, zachowanym w oryginale, instrumentem astronomicznym wykonanym i używanym przez Mikołaja Kopernika. Dziś na zamku mieści się wspomniane już Muzeum Warmii i Mazur.

Także organizujcie się moi drodzy, to nie są ćwiczenia, a sami widzicie, że jest co tu eksplorować. Tym bardziej, że miejsce to odwiedziłem nie tylko ja, ale i Napoleon – teraz Wasza kolej. Zdradzę też Wam, że nie mogłem sobie odmówić pomacania tutejszej Baby Pruskiej, która spoglądała na mnie od samego początku z dziedzińca. Powiem Wam szczerze, że jest zimna jak głaz. Jak się okazało nawet moje gorące ręce nie pomogły. Trzeba więc ruszać dalej w poszukiwaniu kolejnych ciekawych doznań, pozostawiając tutejsze duchy przeszłości drzemiące w tych zamkowych murach.

Ż jak Żydzi w Olsztynie

Żydzi w Olsztynie stanowili dawniej niewielki procent mieszkańców miasta. Szacuje się, że było to około 4% całej populacji. Do dziś pozostało niewiele śladów po tej społeczności. Jednym z nich jest opisywany wcześniej Dom Mendelsohna i pozostałości po cmentarzu żydowskim, który znajduje się tuż obok niego. Warto jednak zaznaczyć ich obecność, podkreślając wielokulturowość miasta.

Podsumowanie

W Olsztynie spędziłem tylko kilka dni, ale zabieram ze sobą ogrom wrażeń i niesamowitych zdjęć oraz wspomnień i kontaktów do bardzo gościnnych, życzliwych i pełnych cennej wiedzy ludzi.  Pełny wyjechał z tego miasta również mój brzuch, dla którego wiele z potraw było równie ciekawą eksploracją nieznanych mi dotychczas smaków i zapachów. To m.in. dla nich również warto było tu dotrzeć. Cieszę się, że udało mi się odwiedzić to kontrastowe miasto szesnastu jezior i jestem pewien, że jeszcze tu wrócę. Te największe atuty Olsztyna, którym jest położenie wśród jeszcze nieodkrytych w pełni przeze mnie lasów, kuszą mnie ogromnie. To ekscytujące uczucie, że spacerowałem po tych samych miejscach, gdzie wcześniej stąpały tak wielkie legendy jak Kopernik, Napoleon czy Mendelsohn. Jedno jest pewne, Olsztyn to świetne miejsce nie tylko do rekreacji, kajakarstwa, motorówek czy skuterów wodnych. Choć moja wizyta w Olsztynie była relatywnie krótka, ale była bez wątpienia bardzo intensywna. Gdzieś w głębi siebie jestem mocno przekonany, że jeszcze wiele tu jest do odkrycia. Każdy poranek rzucał nowe światło na to co nowego mogło mnie tu czekać i czym Olsztyn mnie jeszcze zaskoczy. Przybywajcie więc do Olsztyna, bo jestem wręcz pewien, że z każdym dniem i Was zaskakiwać będzie ten niesamowity zakątek Polski. To o czym piszę, nie jest to żadną tromtadracją, a moim cennym eksploracyjnym doświadczeniem, które na zawsze zapamiętam w moim serduchu. Przyznam Wam, że zobaczyłem bardzo wiele w bardzo krótkim czasie i choć czuję się nawet zmęczony niczym kalkulator głównej księgowej po bilansie, to uważam, że było warto. Muszę znów ruszać w drogę w kolejną podróż, ale jedno wiem, że tęsknota, szczególnie do tych pięknych lasów, parków i pagórków skrywających piękne jeziora, ale i tych miłych ludzi, pozostanie ze mną na długo. Mam nieodparte wrażenie, że magia tego miasta jest tak ogromna, że potrafi uwięzić duszę człowieka na zdecydowanie dłużej. Jeśli tylko macie czas i odwagę, przekonajcie się o tym osobiście. Gorąco polecam Wam wyprawę na Warmię i do samego Olsztyna. Dziękuję też w tym miejscu Patronom mojego bloga oraz wszystkim tym, którzy pomogli, by ta niezapomniana wyprawa mogła się odbyć. Bez Waszej pomocy nie przeżyłbym tej niesamowitej podróży. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.


  

 

 

Na koniec podzielę się z Wami jeszcze informacją o akcji zniżkowej NOCUJESZ ZYSKUJESZ, którą polecam, bo sam z niej  skorzystałem będąc w Olsztynie. Więcej szczegółów dla zainteresowanych zostawiam tutaj.

linia

#visitolsztyn #warmia #olsztyn

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Warmia | Olsztyn  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021