Carnaval Sztukmistrzów 2021

ABC o Carnavalu Sztukmistrzów 2021

Carnaval Sztukmistrzów to festiwal sztuki nowego cyrku i teatru odbywający się od roku 2008 w Lublinie. Organizatorem wydarzenia są Warsztaty Kultury w Lublinie. Nie trzeba być orłem z matematyki, aby szybko policzyć, że w tym roku odbyła się 12 edycja, dając tym sposobem powody do dumy mojej wychowawczyni z czasów LO, kiedy to chodziło się do klasy profilowanej matematyczno – informatycznej. Pani Agnieszko, z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Dziś jednak nie będziemy liczyć, a raczej rozliczać. Zdecydowałem się podjąć subiektywnej oceny festiwalu. Rozsiądźcie się wygodnie niczym komornik na koncie i startujemy z moim carnavalowym ABC.

A jak artyści Carnavalu Sztukmistrzów

W tym roku, w porównaniu z rokiem ubiegłym, nie zabrakło artystów zagranicznych, którzy zawsze stawiają wysoki poziom poprzeczki swoim kolegom po fachu z Polski. Dzięki temu poziom tegorocznej edycji Carnavalu był naprawdę wysoki. Przyjrzyjmy się wybranym artystom bliżej, niczym skarbówka moim przychodom ze stawianej mi przez czytelników bloga wirtualnej kawy.

Prosto z Belgii przybył do nas z czterdziestopięciominutowym pokazem pt. Help-Me, Che Cirque & Theater. W jego wystąpieniu nie brakowało sztuczek z rowerem, klaunady jak i teatru lalki. Sam spektakl  dostarczał odbiorcy momentów do przemyśleń, ale i sporej dawki humoru. Inspirowany rzeczywistością zmuszał do zastanowienia się nad czułością i budził w odbiorcy odrobinę wrażliwości. Jedyne czego zabrakło to słów, bo niemalże cały pokaz odbywał się bez zbędnej mowy, ale w zamian za to zakończony był wielkimi brawami. Odchodząc z tego pokazu miałem tylko jedno wrażenie, że fajnie jest, gdy bezdomni potrafią zachowywać radość życia i z takim wnioskiem poszedłem dalej szukać powodów do śmiechu. Podsumowując – największym Jego atutem była oryginalność i za to duży plus dla artysty z Belgii.

 

Sąsiedzi z Czech przyjechali z naprawdę gorącym pokazem. To było świetnie zainwestowane 40 minut mojego życia. Płomienne show przygotowane przez czeską grupę MansterVille & Blackout Paradox zachwyciło mnie najbardziej podczas całego Carnavalu. Z pośród pokazów, które udało mi się zobaczyć na Carnavalu, zdecydowanie „The Propane Punk Show” to mój tegoroczny faworyt. Niesamowicie budowane napięcie i dozowane emocje plus nie mała odrobina płomieni, dymu i żaru  pozwoliły stworzyć wyjątkowo ogniste widowisko, które było nie tylko gorące, ale i niezwykle spektakularne. Nie zabrakło akrobatyki, trapezów, tańca ognia, czyli wszystkiego tego co powodowało u mnie szybsze bicie serca. Ta pełna energii i nieoczekiwanych zwrotów akcji podróż do świata nowego cyrku sprawiła, że już nie mogę się doczekać kolejnej edycji Carnavalu. Za dramaturgię i całokształt OGROMNE SŁOWA UZNANIA.

\

 

Prosto z Włoch do Lublina z półgodzinnym pokazem zatytułowanym “Bubble Street Cirkus” przyleciał Juriy Longhi. „Bubble Street Cirkus” to połączenie żonglerki i sztuki balansu przy aktywnym włączaniu w to wszystko publiczności. Trzy słowa, które najlepiej opisują ten pokaz to energia, spontaniczność i żywiołowość. Ten człowiek stał się dla mnie mistrzem w empatycznym budowaniu relacji z publiką. Za niesamowity charakter sceniczny i niezapomniane show brawa dla tego sympatycznego Pana.

 

Kolejna grupa z Belgii – Les Chaussons Rouges ze swym “Nadir” próbowała oczarować mnie przez około 30 minut. Na widowisko to składały się serie „kontemplacji” na stalowych linach, z którymi mierzyli się bohaterowie. Spektakl ten choć skrywał w sobie symboliczny przekaz o podróży, wznoszeniu się, lądowaniu tylko po to, by wyruszyć w kolejną wyprawę, to niestety, ale nie urzekł mnie.  Doceniam fakt, że artyści poruszali się bez zabezpieczeń, ale brakowało mi w tym emocji, dynamiki, adrenaliny, ryzyka. Wszystko było dla mnie za zachowawcze, za statyczne, za grzeczne i pewnie takie właśnie miało być. To oczywiście mój subiektywny odbiór tego widowiska, bo wielu oglądającym się podobało, o czym stanowił spory aplauz na koniec pokazu. Mi subiektywnie pozostaje docenić Ich precyzję wykonania i wzajemne zaufanie do siebie. Nie mniej zaznaczę, że było to jedno z tych wystąpień, które podobało mi się najmniej. 

 

Marcin Ex Styczyński i Jego “Plucie ogniem” to widowisko, które raz w życiu koniecznie musicie zobaczyć. Przez około 30 minut będziecie śmiać się i przecierać oczy ze zdziwienia – zadając sobie egzystencjonalne pytanie: jak ten człowiek to zrobił i co on musi mieć w głowie? Podczas przedstawienia można podziwiać żonglowanie, triki polegające na kręceniu ogromnymi podpalonymi linami, połykanie ognia oraz konkurs nadmuchiwania balonów. Natomiast numer z połykaniem balona zastanawia mnie za każdym razem, gdy go widzę ponownie. Całość pokazu wieńczy też widowiskowe plucie ogniem, które zostaje w pamięci na długo, no nie ukrywam – na tym wystąpieniu jest ogień!!! Marcin ma też to poczucie humoru, które ja strasznie cenię u ludzi. Już nie mogę się doczekać na jakieś nowe Jego show, bo gdybym miał się tu czegoś czepić, to tylko tego, że widziałem ten pokaz już w 2019 roku. Żebyśmy się dobrze też zrozumieli. Całość jest zrobiona perfekcyjnie, a poprzeczka jest postawiona bardzo wysoko, ale ja mocno w Niego wierzę, że spokojnie z czymś nowym zdoła ją nie tylko przeskoczyć, ale i znacznie podnieść. Mam również wielką nadzieję, że uda mi się o tym przekonać w przyszłości. Jedno jest pewne, Marcin to prawdziwy mistrz w swoim fachu, niekwestionowany jak Magda Gessler w rzucaniu talerzami. Nie wiem jak Wy, ale ja już zastanawiam się gdzie włoży balonik w nowym pokazie.

 

Mój włoski faworyt podczas tegorocznego Carnavalu, to Matteo Galbusera. Sztukę uwodzenia i kokieterii ma opracowaną do perfekcji. Jak na moje oko to prawdziwy włoski ogier, a że jest jednocześnie aktorem, myślę, że świetnie sprawdziłby się  w niejednej roli, łącznie z tymi w kategorii tylko dla dorosłych. Strasznie lubię tego typu połączenia absurdu i żartu. Widowisko było pełne klaunady i wręcz niedorzecznego poczucia humoru. Rozbawiało zarówno najmłodszych jak i wesoło chichoczące obok mnie babcie. Historia samotnego i sfrustrowanego pracownika poczty, który w każdą niedzielę oddaje się swojemu hobby – wędkarstwu jest nie tylko zabawna, ale i wciągająca. Szczególnie, że pod wpływem radia, które towarzyszy mu w jego wędkarskich przygodach, przekształca się w odnoszącego sukcesy tenisistę lub odnajduje się w innych ciekawych rolach. Dziś możemy cieszyć się, że dotarł do Lublina ten król zabawnego absurdu. Gdybym miał wystawić tu ocenę, to mocna szóstka z plusem za grę aktorską i kontakt z publicznością i odwagę w lizaniu wędki w czasach pandemicznych dla tego tenisisty.

 

Z Argentyny na 35 minutowe widowisko dotarł na Lubelszczyznę Rolando Rondinelli ze swoim “Tip Tap Poum”. Ten spektakl muzyczny bez słów, za to z elementami teatru fizycznego oraz stepowania mógł naprawdę przypaść do gustu. Ronaldo zaraża entuzjazmem poprzez taniec i spontaniczny koncert wykonany przy użyciu garnków, łyżek, spodków i innych przedmiotów, z których jest w stanie wydobyć radosne, intensywne dźwięki. Sama Magda Gessler mogła by się od Niego sporo nauczyć. Za włączanie publiki i oryginalny występ muchas gracias Panie Rondinelli.

 

Pokaz Człowieka Siano pod zaskakującą nazwą “Siano Show” przeznaczony jest dla publiczności z dużym poczuciem humoru i dystansem do siebie.  W swoich pokazach w kreatywny sposób łączy on iluzję  z technikami aktorskimi, śpiewem czy tańcem breakdance oraz dokształca publikę, pokazując wszystkim ile to jest tak naprawdę 20 cm. 

 

Krzysztof Kostera, zapewnił pokaz żonglerki. Nie wstydził się nikogo i pokazał co najlepszego potrafi zrobić piłeczkami i maczugami (tylko bez skojarzeń proszę). Mi osobiście spodobało się jak zaprezentował żyrafę, szczególnie, że do tego numeru potrzebował aż dwóch silnych mężczyzn. Ten kto widział to wie, a kto nie widział może żałować. Choć publika najbardziej oklaskiwała moment gdy żonglował toporami na szczycie wolnej drabiny ekwilibrystycznej (czy Wy też macie czasem wrażenie, że ludzie są dziwni). W każdym razie ten numer przypomniał mi o Burnt Out Punks, którzy podczas wizyty w Lublinie żonglowali odpalonymi piłami łańcuchowymi. Krzysztofie polecam spróbować jeszcze i tego, a dziś daję spory plusik za dramaturgię pokazu.

B jak Bar żongler

Bar Żongler to miejsce z dobrą zabawą, zimnymi napojami i jeszcze lepszą muzyką. Stworzony z potrzeby dawania radości, jest miejscem naturalnym i szczerym dla każdego, kto je odwiedza.  Tu za dnia można było odpoczywać przed eksplorowaniem kolejnych atrakcji festiwalu, a po zachodzie słońca tańczyć i uprawiać różne inne figle przypominające taniec i barową ekwilibrystykę.  Ideą powstania tego miejsca jest realizacja celu nadrzędnego Carnavalu Sztukmistrzów, czyli wspólnej integracji wszystkich uczestników tegorocznego festiwalu, bez względu z której strony sceny ulicznej się znajdowali. To w żonglerze mogłeś porozmawiać z artystami lub dostać zimne piwo na barze lub gorące limo za skrytykowanie występu  Sztukmistrzów na swoim blogu. Jeśli nie wiesz, gdzie znajdował się ten Carnavalowy pępek świata zabawy, rozpusty i integracji, to w przyszłości pytaj o to, te sympatyczne Panie ze sztukmistrzowej informacji. One na pewno Cię pokierują w stronę podzamcza. Zresztą Panie w punkcie informacyjnym przy Placu Litewskim będą tak miłe i odpowiedzą Ci i na inne trudne pytania. Musisz jednak wiedzieć, część z Nich jest już niestety zajęta, więc nie o wszystko wypada pytać.

 

C jak ceny

Większość pokazów w ramach Carnavalu była zupełnie bezpłatna, jedynie co, warto jest zawsze po każdym udanym pokazie wesprzeć ulicznego artystę, za trud i pracę włożoną w cały pokaz. Często artyści Ci utrzymują się w dużej mierze właśnie z tipów otrzymanych od publiki. Dlatego warto jest o tym pamiętać, żeby chętniej dzielić się z nimi swoimi pieniędzmi. W końcu jak sami podkreślają, nie bez powodu znaleźli się na ulicy 😉 Warto też zabrać pieniądze do Żonglera i tu, żeby była jasność nie ma ukrytego lokowania produktu. To jest beszczelna i bezpłatna reklama, tego zarąbistego miejsca. Na koniec jeszcze wspomnę, że są również różne biletowane imprezy (w tym roku koszt biletu wynosił 30 zł za pokaz), ale na nich niestety nie byłem. Zresztą nie udało mi się zobaczyć również wielu tych bezpłatnych. Bo musicie wiedzieć, że w te dni w Lublinie dzieje się tak wiele, że nie wszystko idzie ogarnąć, a momentami to nawet zapominałem jak się nazywam (ciekawe co w tym Żonglerze dodają do napojów). Mniejsza z tym – kończąc warto też wspomnieć i o artystach, którzy występują poza oficjalnym programem, tworząc dodatkową wartość dodaną tej imprezy. Jedno Wam powiem – fajnie, że jesteście!!! Miło też, że w te dni do Lublina zjeżdża tak dużo ludzi z całego kraju i zagranicy. Uwielbiam te dni, kiedy Lublin tętni życiem, uśmiechami i pozytywną energią. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę doczekać się kolejnej edycji tego festiwalu. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.

 

#lubelszczyzna #lublin #visitlubelskie
#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

 

linia

Blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Lublin  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Urban Highline Festival 2021

ABC o Urban Highline Festival

Urban Highline Festival to najstarszy festiwal highlinerów w Europie i największy oficjalny festiwal w przestrzeni miejskiej na świecie. Ma on miejsce w Lublinie i odbywa się tu regularnie od 2009 roku. W tym czasie miasto odwiedziły tysiące highlinerów z prawie 60 krajów świata. Ja zawsze przyglądam się tym ludziom  z wielkim podziwem, patrzę równie mocno na nich jak ZUS na moje wpływy z Patronite. Nie przedłużajmy jednak, czas przejść do mojego subiektywnego ABC o tym festiwalu – trzymajcie się równie mocno jak zabezpieczenia taśm higlinerów – bo startujemy.

A jak absolutny brak lęku wysokości

W tym roku śmiałkowie spacerowali nad naszymi głowami przy kamienicach Starego Miasta i Trybunale Koronnym, Bramie Krakowskiej i Ratuszu, Centrum Spotkania Kultur i Lubelskim Centrum Konferencyjnym. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze podziwiam tych ludzi, za ich odwagę i umiejętność przełamania strachu przed wysokością. Z jednej strony mam świadomość, że są odpowiednio zabezpieczeni, ale nie miałbym na tyle odwagi, by zrobić choć jeden krok na tych taśmach, mając na uwadze te ogromne wysokości. Z tego miejsca w Ich kierunku mam dwa proste słowa: chapeau bas.

 

B jak broda do góry

UHF, bo tak w skrócie można napisać o Urban Highline Festival to coś więcej niż tylko największy tego typu festiwal na świecie. Mam wrażenie, że w trakcie tej imprezy to Ci ludzie skupiają całą uwagę mieszkańców zarówno na sobie, ale i na otaczającej ich architekturze. Nie jest to wyłącznie impreza zamknięta, dla wąskiej grupy odbiorców, ludzi, którzy zamykają się na innych i od lat bawią się wyłącznie we własnym towarzystwie. Wręcz odwrotnie, to dzięki tym osobom, mieszkańcy otrzymują momenty ekscytacji, chwile uśmiechu i powody do dumy, że to właśnie w Lublinie odbywa się taka niesamowita impreza. Bardzo doceniam również i to, że z roku na rok taśmy rozwieszane są dodatkowo w różnych punktach miasta. Jeden z higlinerów powiedział mi kiedyś, że w tych dniach to oni przejmują miasto i pozwalają mieszkańcom Lublina i przyjezdnym choć na chwilę pozadzierać nosa i przypatrzeć się własnemu miastu pod nieco innym kątem i wiecie co, coś w tym jest…





C jak cenny punkt widzenia

Festiwal ten daje możliwość przechodzenia unikatowych linii, tuż nad ulicami Lublina. Kilka metrów niżej zobaczysz liczny tłum, przytulne kawiarnie i niesamowitych artystów. To dzięki temu, jeśli masz odwagę i nie wiesz czym jest lęk wysokości, możesz stać się również częścią tej magicznej imprezy. To tu spojrzeć można na ludzi z góry. Jeśli podobnie jak ja masz podobne obawy przed wejściem a taśmy? To nic się nie martw, możesz w każdej chwili zachwycać się tym co wyczyniają Ci podniebni mistrzowie. Także choć punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia, dzięki UHF, każdy może być zadowolony. To by było ode mnie na tyle. Trzymajcie się zdrowo, mierzcie wysoko i do następnego razu. Cześć!

#lubelszczyzna #lublin #visitlubelskie
#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

linia

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Lublin  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021

Dratów

ABC o Cerkwi prawosławnej
pod wezwaniem św. Mikołaja w Dratowie

Dziś ruszamy wspólnie do Dratowa, czyli do wsi położonej w województwie lubelskim, w powiecie łęczyńskim, w gminie Ludwin. Dotrzeć tu można m.in. autem, a trasa z Lublina zajmie około 40 minut, a z Warszawy dojedziemy tu w niespełna 2 godziny i 15 minut. Miejscowość ta jest malowniczo położona nad jeziorem Dratów, ale nie o jeziorach będzie dziś mowa. We wsi znajduje się parafialna cerkiew prawosławna pod wezwaniem św. Mikołaja i to ona stanowić będzie najważniejszy punkt kolejnej eksploracji. Przyjechałem więc sprawdzić czy, a może raczej dlaczego warto odwiedzić to miejsce i przekonajcie się o tym właśnie dziś. Dużo dobrego o tych stronach słyszałem. Nadszedł więc czas by to wszystko zweryfikować, a następnie zainspirowany rzeczywistością, postarałbym się prześcignąć ją pomysłowością. Wy już oceńcie sami, czy to się udało.

A jak architektoniczna bryła

Cerkiew prawosławna pod wezwaniem św. Mikołaja stanowi jeden z nielicznych przykładów budownictwa sakralnego w województwie lubelskim wzniesionego w stylu nazywanym  „rosyjskim” lub „bizantyjsko-rosyjskim”. Posiada bogatą rozczłonkowaną bryłę architektoniczną. Do cerkwi prowadzą pozostałości zabytkowej alei i faktycznie jak na moje oko, te kopuły nadają kremlowskiego klimatu. Mówi się nawet, że cerkiew ta została zbudowana w stylu eklektycznym rosyjskim. Jedno jest pewne, że projekt tej bryły wykonał Wiktor Iwanowicz Syczugow, a całość powstała na planie krzyża greckiego. Uważa się, że dwie kopuły cerkwi symbolizują dwoistą naturę Jezusa Chrystusa: boską i ludzką. Na każdej kopule znajduje się krzyż, co oznacza, że w cerkwi oddaje się chwałę Jezusowi Chrystusowi. Obiekt ten ma bez wątpienia rozczłonkowaną bryłę architektoniczną oraz bogatą ornamentykę, dla której warto tutaj przybyć. Szczególnie, że cerkiew w Dratowie wyróżnia się bogactwem dekoracyjnego detalu już od swej fasady.

B jak budynek

Budynek obecnej cerkwi budowano w latach 1888 – 1890. W 1891 ukończono wystrój wnętrza z zachowanymi do dziś malowidłami. Jednak warto podkreślić, że już dużo wcześniej znajdowała się  w tym miejscu świątynia, a pierwsze wzmianki o parafii prawosławnej w Dratowie pochodzą już z XIV wieku. Od 1959 r. po dziś dzień opiekę duszpasterską sprawują księża z parafii Przemienienia Pańskiego w Lublinie. Cerkiew należy bowiem do dekanatu Lublin diecezji lubelsko-chełmskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Liturgia sprawowana jest co dwa tygodnie i wtedy jest szansa by zobaczyć budynek od wewnątrz. Warto jest więc przybyć przed mszą lub zostać chwilę po nabożeństwie. W środku zobaczyć można m.in. freski wykonane przez Juliana Mizewskiego oraz ks. Jerzego Ignaciuka. Jeden z nich, ten nad częścią ołtarzową przedstawia scenę z ewangelicznej przypowieści o synu marnotrawnym. Jest tutaj również ikonostas – ściana z ikon oddzielająca część ołtarzową od nawy głównej, który został po drugiej wojnie światowej sprowadzony z okolic Sanoka.  Na przestrzeni lat trwały kolejne renowacje obiektu. W latach 2002–2008 wykonano jego generalną renowację, a inicjatorem tych działań był arcybiskup lubelski i chełmski Abel. Dzięki przeprowadzonym remontom świątynia odzyskuje dawną świetność, a przywiezione z Turkowic kopie ikon dodają jej nowego blasku. Wszystkie ikony znajdujące się w świątyni są kopiami, gdyż miejsce to było wielokrotnie okradane, co jest jak dla mnie niezrozumiałe, ale często nie rozumiem ludzi, a tym bardziej złodziei.

Na szczęście zarówno cerkiew, jak i cmentarz prawosławno-unicki, o którym będzie więcej później zostały wpisane do rejestru zabytków w 1989 r. pod nr A/986/1-3. Warto wspomnieć również, że budynek otoczony jest przez piękny lipowy starodrzew znajdujący się zarówno wokół cerkwi jak i w alei wiodącej od szosy, będącej dawną aleją dojazdową do świątyni. Jeśli chwilę się tu zatrzymasz by wsłuchać się w śpiew ptaków i zachwycisz się pięknem tutejszej natury, to poczujesz się trochę jakbyś wybrał się na randkę z samą Krystyną Czubówną.

Do dzisiaj zachował się również dom parafialny, który był mieszkaniem diakona zwanym diakówką, a w okresie II wojny domem proboszcza i wówczas określano go popówką.

C jak Cmentarz

W Dratowie znajduje się m.in. cmentarz katolicko – prawosławny, będący jednocześnie cmentarzem parafialnym. Znajduje się on około 200 metrów w kierunku wschodnim od cerkwi oraz około 700 m od szkoły podstawowej. Ma on około 0,3 ha powierzchni. Spotkać tam można m.in. grób Andrzeja Łuczeńczyka młodo zmarłego literata z Ludwina, zwanego „Gwiezdnym Księciem” pisarzy polskich. Zachowało się tu kilka nagrobków z napisami w jęz. ukraińskim i jęz. rosyjskim. Najstarszy datowany pochodzi z 1885 roku.

 

Nie jest to jednak jedyny tutejszy cmentarz. Przy wspominanej dziś świątyni około roku 1915-tego przez krótki czas znajdował się szpital polowy. Podczas I wojny światowej przez Dratów przebiegała linia frontu prusko – austriacko – rosyjskiego. Pochówek żołnierzy odbywał się za cerkwią. Pierwotnie cmentarz wojskowy składał się z 63 mogił, na których stały drewniane słupki i krzyże z wyrytymi napisami. Był on ogrodzony drewnianym parkanem, a na środku stały dwa duże, drewniane krzyże. W różnych źródłach podaje się, że łącznie za dratowską cerkwią może spoczywać około 200 żołnierzy niemieckich i rosyjskich. Do dziś zachowały się skromne, drewniane słupki ze słabo czytelnymi już inskrypcjami, a sam cmentarz wojenny, współtworzy klimat tego miejsca.

Podsumowanie

Kiedy zapytacie mnie czy warto było tu przyjechać. Odpowiem jednoznacznie – zdecydowanie tak. W końcu po to podróżujemy: aby inaczej spojrzeć na wszystko, co nas otacza, każda podróż nas kształci i rozwija, a z tego rodzaju wypraw możemy przywieźć ze sobą więcej doświadczeń i wrażeń niż mogłoby nam się wydawać. Miejsce ma swój klimat i urok, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Jestem przekonany, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Czy rekomenduję Wam wybrać się tutaj? Zdecydowanie tak, szczególnie, że tak urokliwych miejsc w Polsce nie ma zbyt wiele. Dlatego jeśli szukacie pereł z poza utartych podróżniczych szlaków, to Cerkiew w Dratowie świetnie się w ten kanon wpisuje.

 

Dzisiejszą podróżniczo – blogową eksplorację dedykuję moim Patronom i mojemu Współtowarzyszowi tej wyprawy – bez Niego, nie byłoby tego wpisu. Dedykuję go również wszystkim cichym bohaterom, którzy przyczyniają się do tego, by mój blog był jeszcze lepszy. Dla Was wszystkich dwa proste, ale bardzo szczere słowa – WIELKIE DZIĘKI.

Czasem jak jeżdżę po województwie lubelskim myślę przed wyprawą czy w danym miejscu się nie rozczaruję. Wiecie jak to czasem bywa, naczytasz się blogów, naoglądasz vlogów, potem ma być słodko niczym w lodziarni, a w praktyce bywa różnie. To tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie wyciągało się podczas nieobecności rodziców pudełko z lodami z zamrażarki, a w środku był koperek. No mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. W każdym razie nie wiem jak Wy, ale ja wraz każdą kolejną wyprawą po Lubelszczyźnie mam tak, że mój apetyt na ten region rośnie wraz z kolejnymi eksploracjami i jeszcze mi się nie przejadł. Mimo to zrobimy sobie małą przerwę ponieważ nadchodzi czas na wpisy z niesamowitej Turcji. Także zaglądajcie na mój blog, bo będzie się działo. Trzymajcie się zdrowo i do następnego razu. Cześć.

#lubelszczyzna #dratów #visitlubelskie

#rafalbil #fotografia #podróże #patronite

linia

Ten blog powstaje dzięki wsparciu Patronów:

AMBA team, Ryjek, Kubuś Puchatek, Woj, Halina Piórkowska-Karuś,

Tygrysek od Puchatka oraz anonimowy Patron.

DZIĘKUJĘ WAM

Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje  WYPRAWY

Zajrzyj  po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM

Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

Podobał Ci się wpis? Wesprzyj blog i zostań moim PATRONEM

#rafalbil #blog podróżniczy #fotografia #podróże #patronite

✈ Blog podróżniczy | Patronite| Travel| Fotografia | Polska | Lubelskie | Dratów  🗺

Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2021