
Dziś słów kilka o bzykaniu, afrodyzjakach i do tego sporej porcji słodyczy. Nie należy jednak podniecać się za szybko, gdyż okraszany lekką nutą rozkoszy, dzisiejszy artykuł jest bardzo poważny. Dlatego skupcie się uważnie, gdyż zdradzę Wam moje subiektywne ABC o pszczołach. Jakkolwiek to nie zabrzmi – rączki na myszkę i lecimy. Na początek temat lekki, słodki i przyjemny, poznacie miód od strony afrodyzjaku. Postaram się Wam przybliżyć jak dużo dobrego zawdzięczamy tym latającym owadom. Potem przejdziemy do kwestii bzykania, tu słów kilka będzie również o zagrożeniach dotyczących przedłużania gatunku. Dowiecie się m.in. jak długo przeżyje ludzkość bez pszczół. Na koniec natomiast mam dla Was garść ciekawostek, które udało mi się zebrać, by jeszcze bardziej zainteresować Was tą istotną tematyką. Liczę, że całość Was zaciekawi i skłoni do pewnych refleksji. Wiecie, że gdy my siedzimy w domach, one cały czas podróżują. Pszczoły w zależności od tzw. pożytku optymalnie latają do 3 km, w przypadku jego braku nawet do 5 km od ula, tylko przez dłuższe loty, krócej żyją. Mam nadzieję, że ta zależność do podróżowania nie jest taka sama u ludzi, a i pamiętajcie, mile widziane są udostępnienia, lajki i zakładanie własnych uli. Zatem co złego to nie ja i lecimy z tym tematem.

A jak afrodyzjak
Nie wiem czy wiecie, ale mówi się, że jedna z najstarszych receptur na potencję bazuje właśnie na miodzie, który dzielnie produkują nam m.in. z nektaru kwiatów pszczoły. W recepturze tej mikstury rozpusty znajdzie się jeszcze imbir, gałka muszkatołowa, cynamon, goździki, a całość wymieszana jest jeszcze z czosnkiem i podobno potrafi dać nieziemskie efekty (wiecie jak jest – sąsiad, którego kolega to użył, mi opowiadał). Tym, którzy już opuścili blog i w kuchni przygotowują ten magiczny specyfik chciałem podziękować, że wytrwali ze mną tak długo. Pozostałych, bardziej wytrwałych, którzy chcą doczytać całość do końca zapraszam dalej. Pewnie niczym odkrywczym dla Was nie będzie wiadomość, że słodki smak podrażnia kubki smakowe i pobudza mózg do wytwarzania endorfin – hormonów szczęścia. To m.in. dlatego cukier potrafi nas tak uzależniać i dawać poczucie błogiej przyjemności. Tego się nie wstydzę i zdradzam Wam to z autopsji, ale sąsiad, którego kolega to użył, też o tym wspominał 😉
Z resztą na temat działania cukru czy miodu w kontekście poczucia się lepiej, sięgnąć można np. do historii. Jak się okazuje miód używany był jako afrodyzjak już w zamierzchłych czasach. To m.in. Germanie mieli w zwyczaju mieszanie go z różnymi ziołami, co miało znakomicie wpływać na męską potencję. Hindusi natomiast rozpowszechnili przekonanie, że miód podawany doustnie stymuluje seksualnie równie dobrze, jak ten aplikowany bezpośrednio na organy miłosne. Ciekawostką jest, że np. płatki nagietka macerowane w miodzie stały się tradycyjnym napojem miłosnym Anglosasów. Młodzi małżonkowie dla ugruntowania swojego związku winni byli przez miesiąc popijać miód pitny. Słuchajcie, najlepsze jest w tym to, że gdy to wszystko przeanalizowałem, momentalnie mnie oświeciło, niczym na widok karetki na sygnale. Wszystko to wyjaśniło mi etymologię tzw. „miesiąca miodowego”, a tyle lat zastanawiałem się skąd to określenie się wzięło (kurtyna). Pierwotnie myślałem, że to wyłącznie tylko dlatego, że małżonkowie pili miód obowiązkowo przez pierwsze tygodnie po ślubie, ale sprawa ta jest chyba bardziej złożona niż sądziłem.
Warto również wspomnieć, że sam miód, jako afrodyzjak wykorzystywany jest nie tylko doustnie. Od dawna kąpiele w wannie we dwoje z dodatkiem miodu wpływać miały nie tylko na odprężenie, ale i sprawiały, że skóra stawała się gładsza i milsza w dotyku, co w naturalny sposób miało inspirować do dalszych przyjemnych poczynań. Również miód wykorzystywano jako naturalny składnik lubrykantu, pomagający parom osiągnąć orgazm i pełnię cudownych doznań erotycznych. Mam nieodparte wrażenie i muszę to przyznać, że jest to idealne miejsce na reklamę dla firm i ich środków nawilżających 😉
O to co jeszcze dobrego dają nam pszczoły zapytałem również pszczelarkę, która swoją przygodę z pszczołami rozpoczęła w 2014 roku. Pasją zaraził ją kuzyn mieszkający w Radkowie k/Kłodzka. W 2017 roku ukończyła naukę w Technikum w Pszczelej Woli uzyskując tytuł Technik Pszczelarz. Dziś Teresa Mróz, bo o Niej cały czas mowa, zajmuje się profesjonalnie pszczołami, choć jak sama przyznaje jej pasieka jest niewielka, bardziej hobbystyczna niż dochodowa. Na co dzień zajmuje się pozyskiwaniem miodu na terenie pasieki, która znajduje się w pięknej miejscowości Gardzienice Pierwsze. Wykonuje tam szereg obowiązków skupiających się wokół zapewniania odpowiednich warunków dla pszczół. Na podstawie posiadanej wiedzy i doświadczenia, na bieżąco monitoruje stan zdrowotny pszczół, zbiera miód gromadzony w ulach, a także realizuje szereg czynności organizacyjnych związanych z prowadzeniem pasieki. Kilka razy miałem już przyjemność z Nią na te tematy rozmawiać i za każdym razem imponuje mi wiedzą i doświadczeniem.
Jej zdaniem „korzyści z obecności pszczół w rolnictwie są doceniane nie od dziś, jednak mniej mówi się o ich roli w środowisku naturalnym. Warto więc podkreślić, że ekonomiczna wartość zapylania przez pszczoły i owady pszczołowate wykracza ponad produkcję rolniczą. Pszczoły zapylają wszystkie rośliny, nie tylko uprawne. Zapylenie roślin przez pszczoły to jedyny sposób na zachowanie bioróżnorodności. Wraz z rozwojem cywilizacji, w ostatnich latach zmiany zaszły tak daleko, że zagrażają dalszemu istnieniu pszczół. Oprócz miodu ważnymi produktami pszczelimi są: propolis (kit pszczeli), mleczko pszczele, pyłek kwiatowy, pierzga, jad pszczeli i wosk pszczeli”.
Pszczoły oprócz produkcji miodu zapylają około 80% roślin. Przenosząc pyłek kwiatowy umożliwiają zachowanie bioróżnorodności i kontrolę erozji gleb, wpływają na upiększenie środowiska życia człowieka i zwiększenie plonów. W zachowaniu gatunków roślin owadopylnych pszczoły są niezastąpione, spośród wszystkich owadów.
Niezwykle ważną rolę odgrywają pszczoły w leśnictwie. Ich praca służy zwiększeniu ilości zdrowych i płodnych nasion potrzebnych do odnowienia lasu, pożywienia dla ptactwa, jak i do zwiększenia urodzaju owoców leśnych (poziomek, borówek, czarnych jagód, jeżyn, malin).

B jak bzykanie
Wielu z nas wydaje się, że wiemy wszystko o pszczołach. Zastanawialiście się nad tematami tabu i tajnikami sfery seksualnej tych owadów? Wiecie np. jak długo one bzykają lub jak długo pożyjemy my, bez ich bzykania? Pytań jest ogrom, a na wiele z nich postaram się wraz z Teresą Mróz udzielić Wam dziś jak najwięcej rzeczowych odpowiedzi.
Okazuje się, że matka pszczela może żyć nawet 5 lat, w praktyce jednak pszczelarze wymieniają ją co 1,5 roku bądź co 2 lata (wymiana matek zapobiega rojeniu się), trutnie żyją około kilku miesięcy, zaś pszczoły robotnice w okresie od wiosny do jesieni żyją przeciętnie 5-7 miesięcy, a w okresie letnim do 56 dni. Mało kto wie, że samo zapłodnienie matki pszczelej, następuje nie w ulu, a w powietrzu; czasem kilka kilometrów od ula. Trutnie, w wyniku kopulacji z matką pszczelą giną z powodu wyrwania aparatu kopulacyjnego (jednak panowie jak widzicie nie mamy tak najgorzej – dzięki Ci matko naturo). Larwy pszczół i trutni wylęgają się z jajeczek złożonych przez matkę pszczelą. Zdradzę Wam też, że królowa pszczół może mieć nawet do 40 partnerów w ciągu unasiennienia, więc o monogamii nie może być w tym przypadku mowy. Jeśli chodzi o samą długość życia przeciętnej pszczoły, to trzeba też zaznaczyć, że jest ona zależna od wielu czynników składowych.
Sporo słyszy się o tym, że masowe ginięcie pszczół miodnych to zjawisko, które z rosnącym nasileniem obserwuje się w ostatnich latach. Zmniejszająca się liczba pszczół oznacza gigantyczne straty dla środowiska i rolnictwa, cierpią uprawy roślin, owoców, warzyw. Do dramatycznej sytuacji pszczół przyczyniło się masowe stosowanie środków owadobójczych, które paraliżują układ nerwowy owadów, przez co tracą one orientację poza ulem i umierają. Konsekwencje zaś odczuwa cały świat.
Zdaniem pszczelarki:
„Do wcześniej śmierci pszczół przyczyniają się:
– roztocza i choroby pszczół tj. Varroa dectructor, wirusowy paraliż pszczół, nosema i inne,
– pestycydy,
– zanieczyszczenie powietrza
– stres.
Nie ma chemicznych środków ochrony roślin, które byłyby obojętne dla pszczół. W zależności od tego do jakiej grupy chemicznej należy substancja aktywna preparatu oraz toksycznego oddziaływania na organizm pszczoły, preparaty są klasyfikowane pod tym względem. O stopniu toksyczności w stosunku do pszczoły miodnej informuje zapis na etykiecie preparatu w punkcie – okres prewencji dla pszczół. Część rolników i sadowników niestety, nie stosuje się do wymogów. Istotnym jest by pszczelarz obserwując jak pszczoły dostosowują się do zmiennych warunków środowiska, też uczył się przez cały czas, jak z nimi współpracować i modyfikować swoje prace”.

C jak ciekawostki
Zastanawialiście się kiedyś jak zaskakujące i niesamowite są fakty z życia pszczół. Jest tyle mniej lub bardziej oczywistych ciekawostek z ich życia, które warto zgłębić. Wraz z Teresą Mróz zachęcamy Was do zapoznania z Wybranym przez nas, które uznaliśmy za najciekawsze:
🍯 Miody dzielimy na nektarowe i spadziowe – z drzew iglastych i z drzew liściastych mają trochę inną barwę i to powinniśmy określić jaka to spadź. Podajemy pełną nazwę miodu – na przykład: miód spadziowy ze spadzi iglastej, miód spadziowy ze spadzi liściastej, miód nektarowy wielokwiatowy, miód nektarowy rzepakowy itd.
🐝 Warto podkreślić, że w odróżnieniu od osowatych, które zbierają nektar z wszystkich roślin także trujących – niebezpiecznych dla ludzi, pszczoły zbierają nektar z roślin przyjaznych i bezpiecznych dla człowieka, dlatego pszczeli miód jest w 100% bezpieczny i zdrowy dla ludzi.
🍯 Miód ma w sobie witaminy (komplet B, C, D i K), enzymy, kwasy organiczne i niezliczoną ilość mikroelementów. Zawiera również bor, który pomaga uregulować poziom hormonów, a także tlenek azotu, przyspieszający krążenie krwi. Miód jest więc doskonałym źródłem energii, a zawarta w nim fruktoza sprawia, że możemy np. dłużej aktywnie uprawiać seks. Bakteriobójcze działanie ma natomiast zawarta w miodzie inhibina. Obfitują w nią przede wszystkim miody spadziowe, lipowe i gryczane. Nie ma więc wątpliwości, że staje się dla nas naturalnym zastrzykiem energii, który pomaga zapobiec zmęczeniu i dodaje sił. Żeby Wam było lepiej sobie to uświadomić, zdradzimy Wam, że dwie łyżeczki miodu byłyby w stanie napędzić lot pszczoły dookoła świata.
🐝 Mamy też dla Was ciekawostki kulturowe z życia tych pożytecznych owadów. Pszczoły rozróżniają tylko kilka kolorów: biały, czarny, szary, żółty, zielony i niebieski. Pszczoły porozumiewają się między sobą swoistym tańcem. Komunikacja pszczół przejawia się poruszaniem tułowia, ruchem skrzydełek oraz wydawaniem dźwięków, a praca w ulu trwa nieprzerwanie dzień i noc. Różne rodzaj tych figur tanecznych mogą informować np. o położeniu nektaru względem słońca, a także o skali trudności przedsięwzięcia.
🍯 Miód podgrzany do minimum 40°C bezpowrotnie traci swoje najlepsze właściwości, stając się w praktyce wyłącznie mieszaniną cukrów. Tak więc słodzenie gorącej herbaty miodem nie ma sensu, przynajmniej z punktu widzenia zdrowia.
🐝 Na koniec ciekawostek mam dla Was jeszcze informacje liczbowe z życia pszczół. Zastanawialiście się ile średnio pszczół jest w jednym ulu? Szacuje się, że w okresie lata w bardzo silnych rodzinach jest ich 70 – 100 tysięcy. Jesienią w przeciętnej rodzinie pszczół jest ich od 10 -25 tysięcy. W okresie zimowym liczba robotnic wynosi 10–25 tys. Aby zebrać do 4 mln ziaren pyłku, pszczoła musi odwiedzić ok. 500 kwiatów. Zasięg pszczół zbieraczek jest różny. Pszczoła afrykańska odlatuje od ula do 500 metrów, a pszczoła włoska ok. 3 km. Najdalej z nich, bo aż do 13 km, odlatuje pszczoła ukraińska. Podczas lotu pszczoła wykonuje od 350 do 450 ruchów skrzydełkami na sekundę, dzięki czemu może uzyskać prędkość lotu w granicach 20-60 km/h.
🍯 Miód to jedna z niewielu rzeczy, które nigdy się nie psują — jeśli tylko umieszczone zostaną w odpowiednim pojemniku, mogą trwać w nim praktycznie w nieskończoność. Znaleziony przez archeologów miód z czasów starożytnego Egiptu okazał się zdatny do spożycia po upływie kilku tysięcy lat! Niesamowitą trwałość miód zawdzięcza swoim właściwościom — naturalnej kwasowości i niskiej wilgotności, które powodują, że to jedno z ostatnich miejsc, w których chciałyby zamieszkać jakiekolwiek bakterie.
🐝 Pszczoły miodne niesprowokowane nigdy nie atakują ludzi. Same z siebie nie są agresywne. Użądlenie człowieka powoduje niewielki obrzęk ustępujący po paru dniach, jeśli jednak osoba użądlona jest uczulona na jad pszczeli może to doprowadzić nawet do śmierci. Pszczoły żądlą już w ostateczności, jeśli czują się zagrożone i pamiętajcie, że dla nich utrata żądła, wiąże się zawsze z ich śmiercią.
🍯 Miód wytwarzany jest przez pszczoły w ten sam sposób od 150 milionów lat. Nie zmienia się też jego receptura. W składzie miodu znajdziemy 80% z naturalnych cukrów, 18% wody i 2% składników mineralnych, witamin, protein i pyłku.
🐝Producent, a więc również pszczelarz sprzedający produkty ze swojej pasieki, nie może przypisywać produktowi żywnościowemu właściwości zapobiegania chorobom lub ich leczenia. Nie można również przypisywać produktowi działania lub właściwości, których nie posiada i nie może sugerować, że produkt posiada szczególne właściwości, jeżeli wszystkie podobne produkty posiadają takie właściwości (np. miód nie zawierający cholesterolu).

W podsumowaniu chciałem zastanowić się wraz z Wami jak możemy wspierać pszczoły? Może myśleliście już o tym, co można zrobić, by pomóc pszczołom? Szczególnie w okresie kiedy przez długi czas nie pada deszcz? Naszym zdaniem warto pamiętać, że pszczoły również potrzebują wody. Jednym z rozwiązań, jest zrobienie poidełka dla pszczół i umieszczenie go na parapecie lub balkonie, lub gdzieś w ogrodzie. Koniecznie trzeba dodać do niego kamyki, by te miały gdzie bezpiecznie wylądować i by się oczywiście nie potopiły. Zadbajcie zawsze, by w poidełku była dla nich woda, być może to drobny gest z naszej strony, a dla nich wielkie wsparcie. Sami to praktykujemy i zachęcamy i Was do takiego działania. Jedno jest sprawdzone, za każdym razem jak wyjdziecie na zewnątrz, pszczoły nie będą Was molestować o wielką dolewkę, no przynajmniej nam się to nie zdarzyło, także bez obaw. Być może tym działaniem wszystkich pszczół nie uda nam się spić, ale każda jedna napojona, będzie Waszym sukcesem. Musicie też wiedzieć, że najwięcej wody pszczela rodzina zużywa właśnie teraz, tj. wiosną i dlatego jest to tak ważne.
Oczywiście istotne jest też samo uświadamianie nas nawzajem. Choć ono samo w sobie problemu nie rozwiąże, ale od naszego postępowania w przyszłości zależeć będzie w dużej mierze to, czy uda się spowolnić, a może nawet odwrócić proces wymierania pszczół. Warto więc zacząć od uzupełnienia wiedzy. Jak będziemy zdawać sobie sprawę jak wiele pożytku dają nam pszczoły czy jak się zachowywać w ich otoczeniu, może to w jakimś stopniu pozwoli wiele z nich uratować. Pamiętajcie, że te niewielkie i niepozorne — pszczoły mają wielki wpływ na prawidłowe funkcjonowanie ekosystemu, a ich masowe wymieranie to jedna z najgorszych rzeczy, jakie ostatnio przytrafiły się naturze. Już Karol Darwin twierdził, że: „Kiedy pszczoła zniknie z powierzchni Ziemi, człowiekowi pozostaną już tylko cztery lata życia. Skoro nie będzie pszczół, nie będzie też zapylania. Zabraknie więc roślin, potem zwierząt, wreszcie przyjdzie kolej na człowieka”. Teorię tą potwierdzał również Albert Einstein, który wielokrotnie podkreślał, że: „Jeśli wyginą pszczoły, człowiekowi zostaną cztery lata istnienia.”Zastanówcie się więc czy jeśli nie dla nich samych, to egoistycznie dla ludzkości, nie warto jest o nie zadbać? Każdy z nas powinien zdawać sobie sprawę, że problemy dotyczące pszczół to tak naprawdę problemy dotyczące nas, ludzi.
Każdy z nas może też pomóc pszczołom w dostępie do zróżnicowanego pokarmu, zapytacie w jaki sposób? Bardzo prosto, wystarczy zasiać w swoim ogródku, na dzikiej łące czy chociażby w doniczce na swoim balkonie, nasiona kwiatów miododajnych. Pamiętajcie wielkie i skuteczne rewolucje zaczynają się zawsze od drobnych działań.
Warto wiedzieć, że ponad 75% produkcji żywności zależy właśnie od ich pracy. Łatwo więc wyciągnąć proste i radykalne wnioski, śmierć pszczół to realny scenariusz na problemy ekosystemowe, głód, czy w konsekwencji śmierć wielu ludzi. Pszczoły nie tylko w Polsce wymierają w niepokojącym tempie. Z roku na rok ich liczba radykalnie maleje. Dlatego należy działać. Jedną z formą działań jest uświadamianie nas, od tego warto zaczynać. To dzięki uświadomieniu sobie problemów, możemy przejść do skutecznego działania, by przeciwdziałać nieodwracalnym procesom. Jak podkreśla Teresa Mróz: Warto też pamiętać o najważniejszych zasadach ochrony roślin bezpiecznej dla pszczół: aby nie stosować środków toksycznych dla pszczół w okresie kwitnienia roślin; unikać opryskiwania plantacji, na których występują kwitnące chwasty; dobierać preparaty mało toksyczne dla pszczół; przestrzegać okresów prewencji; przeciwdziałać znoszeniu cieczy opryskowej podczas zabiegu; wykonywać zabiegi późnym wieczorem lub nocą, po zakończonych lotach owadów; zabezpieczać ule podczas wykonywania zabiegu, jeżeli istnieje zagrożenie ich kontaktu z cieczą roboczą. Wszystko to na pewno bardzo pozytywnie wpłynie na pszczoły. Trzeba przecież mieć na uwadze, że ich praca ma również wpływ na istnienie ogromnej ilości gatunków wielu roślin oraz zwierząt. Spora liczba z nich żywi się nasionami i owocami powstałymi właśnie dzięki ich pracy. Warto również pomyśleć nad tym jak wiele moglibyśmy się od pszczół nauczyć — wytrwałości, pracowitości czy choćby latania 😉 Kto z Was dziś nie chciałby umieć latać? Naturalnie czekamy na Wasze komentarze, udostępnienia czy lajki na facebookowym fanpage. Pozdrawiamy i do następnego.

#pasiekadarygardzienic #pszczoły #miód #rafalbil #blog #fotografia #podróże
![]()
Zainspiruj się podróżniczo i zobacz moje pozostałe WYPRAWY
Zajrzyj po więcej zdjęć do mnie na INSTAGRAM
Bądź na bieżąco, polub już dziś mój profil na FACEBOOK’u

🐝 Fotograf Lublin | Pszczoły | Warszawa| Lublin| Fotografia Ślubna | Fotografia| Travel | Zdjęcia Ślubne | Fotograf Lublin | Fotograf Warszawa | Fotograf Płock | Miód | Fotografia Ślubna Warszawa | Fotografia Ślubna Płock | Zadbaj o pszczoły | Fotografia Okolicznościowa | Fotografia Reklamowa | Fotografia Wnętrz i Budynków | Fotografia Dziecięca | Naturalne Miody | Fotografia Rodzinna | Blog podróżniczy | Podróż | Polska | Afrodyzjaki | Bzykanie | Ciekawostki | Pasieka Dary Gardzienic 🌼
Wszelkie prawa zastrzeżone © Rafał Bil Fotografia 2020













Shalom, jutro tj. 19 kwietnia 2020 roku przypada 77 rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. W tym roku, na ulicach Warszawy nie spotkamy wolontariuszy, którzy by rozdawali żonkile. Jednak tego symbolu jak i pamięci o powstaniu nie zabraknie. Z powodu epidemii obchody będą przeniesione do internetu, telewizji czy stacji radiowych. Choć z bólem serca, ale trudno jest się nie zgodzić z decyzją podjętą przez Muzeum Getta Warszawskiego i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, które to w ostatnich latach organizowały uroczystości upamiętniające wybuch powstanie w getcie warszawskim. Myślę, że choć symboliczne to niezwykle ważne jest samo upamiętnianie tego wydarzenia. Bo parafrazując słowa więźnia z obozu koncentracyjnego w Auschwitz, Mariana Turskiego w czasie obchodów uroczystości 75-lecia wyzwolenia Auschwitz: 
Zatem porzucam obojętność i czuję dziś w sobie nie tylko mentalny, ale i obywatelski obowiązek, by ten wpis powstał. Być może dla wielu z Was nie odkryje on nic nowego, ale jeśli choć znajdzie się jedna osoba, która po raz pierwszy się o tych wydarzeniach dowie, to już będzie to mój osobisty sukces. Nie mniejszy, wówczas, gdy tym wpisem skłonię kogoś z Was do namysłu i pewnych refleksji, nad kwestiami chorobliwego pędu do władzy, takiego za wszelką cenę, w tym cenę życia innych. Zwolnijmy… bo warto jest w dniu dzisiejszym, zastanowić się nad tym wszystkim dokładniej. Nie chcę jednak brzmieć jak ksiądz na kazaniu, dlatego wrócę do kwestii samych obchodów, ale jeśli siedzicie w domach, nakłaniam Was do głębszej własnej refleksji na temat wyborów w naszym państwie, ochrony życia czy ideologii nazizmu. Myślicie, że w tym kontekście są dziś kazania w kościołach?






















¡Hola!, witajcie, dziś przybliżę Wam kilka podstawowych informacji na temat świętowania Wielkanocy w hiszpańskiej Andaluzji. Przeniosę Was wirtualnie do samej Sewilli, która jest stolicą tej południowej części Hiszpanii. W tym roku Semana Santa nie będzie jak dotychczas obchodzona tak hucznie, a głównym powodem jest oczywiście globalna pandemia koronawirusa. O ile sama decyzja o odwołaniu uroczystych pochodów jest zrozumiała i wg mnie rozsądna, tak w głębi serca, żałuję, że tak się to wszystko potoczyło, szczególnie iż w tym roku, miałem w tych uroczystościach po raz kolejny uczestniczyć. Mając na uwadze to co dzieje się obecnie w Hiszpanii, nie było jednak wyjścia, bilety linii lotniczych będą musiały jeszcze poczekać na mój kolejny lot do tej części Europy. Wróćmy jednak do tego co najistotniejsze. Hiszpański rząd nakazuje obywatelom pozostanie w domach. Gdyby nie pandemia już od 3 kwietnia bractwa zaczęłyby wychodzić z dzielnic Sewilli, by pielęgnować kilkusetletnią tradycję, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Pozostaje mi sięgnąć do wspomnień i zdjęć, które udało mi się wykonać, kiedy pierwszy raz mogłem uczestniczyć w tych niezwykle spektakularnych, nie tylko dla mojego obiektywu wydarzeniach. Będę z Wami szczery, tego nie da się opisać, to po prostu trzeba przeżyć i zobaczyć na własne oczy. Postaram się Wam w krótkim ABC o Semana Santa za pomocą moich zdjęć oddać namiastkę tego wyjątkowego klimatu i atmosfery miejsca, którą tam w przeszłości zastałem podczas obchodów Wielkiego Tygodnia.









Zanim wyjaśnię jaką rolę odgrywa Antonio Banderas w Semana Santa, opowiem jak to się wszystko zaczęło. Aby Was nie zanudzić historią, ale zachować pewną chronologię sięgnąć muszę pokrótce do końca XVI i XVII wieku, czyli okresu początków procesji Wielkiego Tygodnia w Sewilli. W 1604 roku kardynał Fernando Niño de Guevara postanowił, że bractwa będą udawały się do katedry, aby celebrować mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Jednym z członków hiszpańskich bractw jest sam Antonio Banderas. W związku z tym faktem od wielu lat uczestniczył i on w pochodach w ramach Semana Santa. W tym roku aktor włączył się natomiast w pomoc finansową wraz z hiszpańskim bankiem i dwiema fundacjami w sporej łącznej kwocie 53 000 euro na inicjatywę społeczną bractw. Cel jałmużny, bo tak wypada nazwać tą ofiarę jest przeznaczony na walkę z koronawirusem. Za pieniądze te zakupione zostaną fartuchy i materiały niezbędne dla pracowników w szpitalach w Maladze. W ten sposób aktor chce sam przyczynić się do „epidemii solidarności”, która ma miejsce w całym kraju i jednocześnie zachęcić innych do udziału w dzieleniu się tym co mamy z potrzebującymi. Podkreślić warto, że we wcześniejszych latach, można było spotkać Antonio Banderasa w pochodach w Maladze, gdzie aktor odgrywał ważną rolę, jako jeden z nazarejczyków dzwoniących w dzwon nadających tempa, oraz nawoływał osoby odpowiedzialne do podnoszenia platform, które potrafią ważyć nawet około pół tony, a niektóre znajdujące się na nich figury, pamiętają czasy średniowiecza. Naturalnie wiele osób widziało w tym zachowaniu aktora działanie na pokaz, mające poprawiać jego wizerunek. Ja nie zamierzam tego oceniać, gdyż nie taka rola jest tego wpisu, jednak na jedno zwrócę uwagę. W tym roku ze względu na zagrożenie epidemiologiczne, aktor, podobnie jak i inni Hiszpanie czy członkowie bractw, zmuszeni są pozostać w domach, a huczne pochody zostały zawieszone. Jeśli chodzi o spójność w walce z pandemią nie podlega wątpliwości, że jest to słuszna decyzja, którą poparli reprezentanci wszystkich bractw oraz decydenci Hiszpanii. Dziś nie podlega wątpliwości, że ustanawiane prawa w walce z COVID 19 powinny być spójne dla wszystkich, bez względu, czy jest się słynnym aktorem, czy pełni inne zaszczytne funkcje. Wirus ten przecież nie zwraca uwagi na status społeczny, czy pełnione funkcje, o czym świetnie przekonał się premier Wielkiej Brytanii. Zostawmy jednak politykę. Należy Wam się jeszcze wyjaśnienie czym w ogóle są te bractwa i jaką rolę odgrywają w Semana Santa?
Przyznam się Wam, że widząc pierwszy raz nazarenos (nazarenos określani są też jako nazaredczycy, a nazwa ich pochodzi od bractwa pod wezwaniem Chrystusa z Nazaretu) w tradycyjnych strojach, moje skojarzenie, choć nietrafione, ale było bardzo jednoznaczne. Byłem niemal przekonany w 100%, że przypadkiem spotkałem członków Ku Klux Klan. Dla niewtajemniczonych w dużym uproszczeniu napiszę, tylko, że KKK to organizacja rasistowska, utworzona w Stanach Zjednoczonych, częściowo zakonspirowana, walcząca o utrzymanie supremacji białych w USA i dążąca do ograniczenia praw innych grup rasowych i etnicznych. Teraz żebyśmy mieli jasność Ku Klux Klan nie ma zupełnie nic wspólnego z hiszpańskimi bractwami, a jedyne co ich łączy to zapożyczony w wyglądzie od Hiszpanów strój członków tej rasistowskiej organizacji. Wracając jednak do bractw – podczas Semana Santa Hermandades, określa się je także pod nazwą cofradías penitenciales i są to stowarzyszenia (wspólnoty, bractwa) osób, które biorą udział w procesjach Wielkiego Tygodnia. Poszczególne bractwa skupione są wokół konkretnej parafii. Niektóre z nich działają nieprzerwanie nawet od XV wieku. Każde z bractw posiada charakterystyczny dla siebie kolor szat i maszerując w otoczeniu konkretnej platformy, dzięki czemu obchody te są różnorodne i barwne, przez co dla mnie osobiście i mojego aparatu ciekawe. Paleta kolorów jest całkiem szeroka – od bieli przez różne odcienie fioletu czy niebieskiego po biskupią purpurę, zieleń, czerwień, brąz, czerń, a nawet złoto. Musicie też zdawać sobie sprawę, że przynależność do bractwa stanowi spore obciążenie dla finansów Hiszpanów. To nie tylko zaangażowanie swojego czasu. Bardzo dużym wydatkiem jest koszt samego stroju (nawet kilka set euro), a dodatkowym wydatkiem są jeszcze opłaty związane z działalnością Cofradías. W 2020 roku bractwa hiszpańskie odpowiadają za organizację codzienną wirtualnych stacji pokutnych w celu umożliwienia współbraciom symbolicznego uczestnictwa online w tych ważnych dla wielu wiernych obchodach. Wszystko to ma stworzyć choć namiastkę świętowania tych wyjątkowych nie tylko dla Hiszpanów wydarzeń. Mam też nieodparte wrażenie, że z dużym smutkiem i pokorą muszą znieść oni fakt, że w tym roku święta te będą wyglądały zdecydowanie inaczej.






















Dziś zabiorę Was na wirtualną wyprawę do największego miasta Ukrainy. Wyprawa do Kijowa będzie zderzeniem z miastem liczącym oficjalnie około 3 mln osób, a w rzeczywistości licząc z przyjezdnymi nawet do około 5 mln ludzi. Aglomeracja ma ponad 800 km kwadratowych i plasuje się wśród największych metropolii Europy na 7 miejscu. Dziś postaram się zmierzyć ze stereotypami, tego jednego z najstarszych miast w Europie Wschodniej. Zweryfikujemy czy Kijów to wyłącznie tania wódka, złe drogi i piękne kobiety. Jedno jest pewne, czeka nas wyprawa do miasta pełnego kontrastów, w którym wyczuwalna jest unikatowa atmosfera oraz aromat kawy i napojów procentowych. Jeżeli Wasze głowy i wątroby są na to gotowe, to zapraszam. Pamiętajcie tylko, że Ukraina nie jest członkiem UE także zabierzcie ze sobą paszporty. Dodatkowo, musicie wiedzieć, że gdybyście zdecydowali się na przyjazd tu samochodem, niezbędnym będzie załatwienie kilku dokumentów m.in. zielonej karty czy odpowiedniego ubezpieczenie pojazdu. Przy przejściach granicznych czy kontrolach policyjnych możemy liczyć się z dodatkowymi „opłatami”, chyba że będziecie wytrwali w swojej postawie, to może uda się Wam ich uniknąć. Z uwagi na powyższe oraz, że stan dróg pozostawia czasem wiele do życzenia, zdecydowanie doradzam wybrać podróż samolotem. I tu jest idealne miejsce na reklamę linii lotniczych – Wizzair, Ryanair, LOT – cierpliwie czekam na Wasze propozycje 🙂 Lećmy dalej, bo się i tak nie doczekam, a chcę Wam dziś pokazać Kijów i to od A do Z. Pamiętajcie tylko o zmianie wskazówek w zegarkach, które należy przesunąć o godzinę do przodu. Nie tracąc czasu, synchronizujemy sikory i startujemy.



Podróż zacznijmy najniżej jak tylko w Kijowie się da, po to by następnie piąć się tylko w górę. Wszystko to robię, byście mogli wraz z upływem czasu czerpać garściami ze szczytu ukraińskiego prestiżu, przy założeniu, że z podstawowym budżetem jaki miałem zaplanowany na ten wyjazd, można mówić o jakimkolwiek luksusie czy prestiżu. Wspomnę Wam tylko, że za lot w obie strony zapłaciłem nieco ponad 80 PLN, ale nie traćcie nadziei. Wróćmy jednak do naszej największej i jednocześnie najgłębszej stacji metra, o czym dowiecie się niemal na większości blogów polecających atrakcje w Kijowie. Zjeżdżając ponad 100 metrów w dół docieramy w końcu na przystanek Metro Arsenalna. Sam zjazd ruchomymi schodami trwał około 4 minuty i kosztował tylko 8 UAH, ale nie to jest najważniejsze. Jeśli nadal szukacie człowieka, który będzie relacjonował Wam ile dolarów wydał w sklepach z markową odzieżą i jak drogimi limuzynami się woził, to jest ten moment, w którym powinniście zamknąć przeglądarkę. Tym co ze mną pozostali wynagrodzę cennymi informacjami, tak byście mogli poznać dziś Kijów od A do Z, oczywiście wyłącznie po mojemu. Już na starcie zdradzę Wam, że tunele metra znajdują się nie bez powodu tak głęboko i skrywają w sobie pewną tajemnicę. Mówi się









Spacer nad brzegiem Dniepru to warunek sine qua non udanego wypadu do Kijowa, ta chwila przyjemności należy się Wam jak nagrody polskim ministrom ostatnimi czasy. Pozwoli Wam to uciec na moment od wielkomiejskiego zgiełku. Ja w Kijowie byłem zimą, więc nie pozwoliłem sobie na długi spacer, ale słyszałem legendy o unikatowej siłowni na powietrzu i plaży naturystycznej, która znajduje się właśnie nad Dnieprem. Latem można również pograć w siatkówkę plażową w tutejszym Hydroparku, „przefrunąć” Dniepr lub skorzystać z rejsów widokowych po rzece. Z perspektywy czasu uważam, że warto jest mieć do czego wracać, więc może i dobrze, że jeszcze nie wszystko tu widziałem. Będzie to świetna motywacja, by tu wrócić, by chociażby zobaczyć Kijów latem. Mam na względzie też to, że pewnych rzeczy lepiej nie widzieć, bo jak to mawiają mądrzy ludzie, potem nie da się odzobaczyć. Bez wątpienia spacerując wzduż Dniepru polecam Wam zobaczyć Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy, która znajduje się na wodzie, co dodaje jej uroku. 

Majdan Niezależności to wyjątkowe miejsce na Ziemi. To dziś nie tylko miejsce spotkań Ukraińców, czy punkt do odhaczenia dla turystów z całego świata. To miejsce pamięci, które chyba za sprawą wydarzeń z grudnia 2014 roku znamy wszyscy chociażby z prasy czy telewizji. Pierwsze protesty, pierwsze strzały, pierwsze ofiary i to wszystko w XXI wieku po prawej granicy Polski. Dziś Majdan Niezależności to coś więcej niż centralny plac w Kijowie, który pełni rolę handlową. Dla mnie to przede wszystkim miejsce pamięci po walce o godność, wolność, równość, lepsze życie, ale i szacunek obywateli w starciu z władzą. Walce, która zmieniła nie tylko Ukrainę, ale i spojrzenie całego świata – bo jeśli to co wydarzyło się podczas pomarańczowej rewolucji wydarzyło się naprawdę kilka lat temu, niespełna 700 km od Warszawy, wydarzyć się może wszędzie na Ziemi. Spacerując po Majdanie nawet nie wiesz, że możesz spojrzeć w oczy tych, których bliscy zginęli za swoje przekonania, lub oni sami walczyli marząc życiu w lepszej ojczyźnie. Nawet teraz gdy o tym piszę i przypominają mi się spoglądające na mnie z murów portrety Ukraińców, którzy zginęli w „pomarańczowej rewolucji”, mam na ciele dreszcze. Z uwagi, że przychodzi 


Funikular to kolejka linowo terenowa łącząca 2 części miasta – stary Kijów i Padół. Jeśli chcesz poczuć emocje, które w najmocniejszych momentach można porównać do zbierania grzybów lub gotowania jajek na miękko, to koniecznie powinieneś przejechać się tą szynową kolejką. Wyprawa ze stacji niebieskiej linii metra Poshtova Ploshcha w okolice monasteru (lub na odwrót), to coś co może nie pozostanie w Waszej pamięci do końca życia, ale przynajmniej trwa krótko i kosztuje niewiele, bo 8 UAH. Sam bilet nabyć można w kasie przy kolejce. Nastawcie się więc na oszałamiającą prędkością 2m/s i trasę, której długość wynosi ponad 200 metrów. Macie jeszcze siłę ruszać ze mną dalej?
O biedzie na Ukrainie można napisać oddzielny wpis. Ja jednak sięgnę dziś tylko do historii, gdyż będąc w Kijowie udałem się pod Pomnik Ofiar Wielkiego Głodu. Nie sposób jest nie odnieść się do wydarzeń wywołanych przez Stalina i ZSRR na narodzie ukraińskim w latach 30. XX wieku. Akt ten Polska wraz z 26 innymi państwami uznała, za ludobójstwo. Według różnych szacunków Wielki Głód spowodował śmierć kilku milionów ludzi. Klęska głodu trwała w latach 1921-1947. Sięgając do różnych statystyk powraca niewyobrażalna liczba, z której wynika, że życie straciło wówczas około 10 milionów mieszkańców Ukrainy. Przerażający jest więc i pomnik dziewczynki cierpiącej z powodu głodu. Jej wyraz twarzy mówi sam za siebie. Za pomnikiem dziewczynki znajduje się muzeum i kolejny, bardzo duży pomnik pamięci ofiar tej tragedii. Wszystko to jest dziś świadectwem dokonanego okrucieństwa przez Stalina. Samo muzeum znajduje się na wzgórzu, skąd rozciągają się również ładny widok na prawobrzeżną część Kijowa. Warto tu przyjść, zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, nie tylko o sprawach przyziemnych, tym bardziej, że jest to miejsce, które upamiętnia jedną z największych zbrodni popełnionych przez Związek Radziecki.

Czym zapłacimy w Kijowie? Walutą Ukrainy jest UAH czyli hrywna, ale w stolicy bez problemu niemalże wszędzie zapłacicie kartą, także nie martwcie się, gdy skończy Wam sie gotówka. Musicie pamiętać, że złotówki czy posiadane dolary, bez problemu wymienimy w kantorach, ale zawsze dopytajcie o przelicznik, gdyż często są spore różnice w różnych kantorach i pomoże Wam to uniknąć niekorzystnych przeliczników. Na dzień dzisiejszy 1UAH to około 0,15 PLN (stan na kwiecień 2020), miejcie jednak na uwadze, że kursy walut są zmienne. Hrywna weszła do obiegu w 1996 roku w związku z reformami ekonomicznymi, zastępując karbowańca. Ciekawostką jest to, że nazwa pochodzi od średniowiecznej miary srebra, określanej jako grzywny. 









W Kijowie działają dwa porty lotnicze. Pierwszy z nich to port lotniczy Kijów-Żulany. Tu Was zaskoczę, bo mieści się on w dzielnicy Żulany 😉 Każdego roku obsługuje około milion pasażerów. Lotnisko to obsługuje głównie, ale nie tylko połączenia krajowe. Głównym portem jest Kijów-Boryspol znajdujące się 29 km na wschód od centrum miasta. Lotnisko w Boryspolu jest najpopularniejszym, a zarazem największym międzynarodowym i krajowym portem lotniczym na Ukrainie. W 2008 roku lotnisko to obsłużyło ponad 6 milionów pasażerów. 

















Kolejne ciekawe miejsce na mapie Kijowa to Aleja Pejzażowa. Jeśli chcesz poczuć się jak w creepy ogrodzie z Krainy Czarów, przy czym bez Alicji, to koniecznie się tu wybierz. Gdy pierwszy raz zobaczyłem to miejsce, do głowy przyszła mi jedna myśl, Gaudi tu był i sporo pił. Być może latem wygląda to miejsce pogodniej, ale zimą miejsce to wydało mi się dziwne. Na szczęście nie jest to jedyny ogród w Kijowie. Stolica Ukrainy jest znana jako najbardziej zielone miasto. Obszar zielonej strefy obejmuje 43600 hektarów, z czego ponad połowę zajmują lasy, ogrody publiczne, ogrody botaniczne, parki czy bulwary pokryte drzewami. Połowa terytorium
USA ma Statuę Wolności, a Ukraina ma Pomnik Matki Ojczyzny, który stanął w Kijowie w 1981 roku. Jest faktycznie monumentalny i mierzy nieco ponad 100 m i jeśli mówi się w kuluarach, że planowano w tym miejscu zbudować pomniki Lenina i Stalina, gdzie każdy z nich miał mieć po 200 metrów wysokości, to nie jestem sobie w stanie tego wizualizować. Co ciekawe czubek miecza sięgał pierwotnie 108 m, ale po 1991 roku został on skrócony o 6 metrów, ponieważ sięgał ponad najwyższy krzyż na Ławrze Peczerskiej. Dzisiaj, po tym jak rozpadło się ZSRR, Matka Ojczyzna jest traktowana na Ukrainie trochę tak, jak Polacy postrzegają Pałac Nauki i Kultury w Warszawie. Jedni się przyzwyczaili i już nie wyobrażają sobie krajobrazu bez tego pomnika, inni najchętniej przetopiliby go na stal nierdzewną, a jest co topić, bo ta stalowa konstrukcja waży 560 ton, a jej sam miecz ważny ponad 6 ton. Pomnik wzbudza do dziś tyle kontrowersji wśród społeczności lokalnej, ile emocji wśród odwiedzających Kijów turystów. Autorem projektu jest Jewgienij Wuczeticz, który zaprojektował także pomnik „Matka Ojczyzna Wzywa” w Wołgogradzie. To czego żałuję, to to, że nie mogłem wejść do jej wnętrza, by zrobić zdjęcia z jednej z dwóch platform widokowych. Niższa na poziomie 36,6 m (wejście kosztuje 50 hrywien). Ta wyższa znajduje się na górnej części tarczy, na wysokości 91 metrów (wejście kosztuje 300 hrywien). Nie wszedłem tylko z uwagi, że było nieczynne, ale to kolejny z punktów do którego muszę tu wrócić.













Jednym z symboli Kijowa jest Łuk Przyjaźni Narodów określany przez mieszkańców stolicy: tęczą. Pomnik znajduje się w najwyższym punkcie miasta na prawym brzegu Dniepru w Parku Maryjskim, to tu znajdziecie też wspaniały widok na Kijów. Główną ideą kompozycji było utrwalenie za pomocą tego pomnika braterskich relacji między Ukraińcami i Rosjanami. Odsłonięto w listopadzie 1982 roku, a dziś widać w nim pewne pęknięcie, które ma swój symboliczny, ale wymowny przekaz. Łuk oczywiście wygląda okazale, bo wznosi się na 30 metrów, a pod nim znajdują się posągi przedstawiające robotników, ukraińskiego i rosyjskiego, którzy wznoszą ku niebu Order Przyjaźni Narodów oraz z granitowej rzeźby z sygnatariuszami ugody perejasławskiej z 1654 roku. Całość pachnie socjalizmem, długo tu więc nie zagoszczę, bo nawet tęcza jest tu jakaś bezbarwna. Czas ruszać dalej, kierunek główna arteria miasta.













Na koniec wspomnę, że choć wpis jest o Kijowie od A do Z, to przyznam, że nie opisałem wszystkich atrakcji, które na Was tu czekają. Jak wrócę tu kolejnym razem może uda mi się zrobić pewien upgrade. W tym wpisie zabrakło mi m.in. Muzeum Czarnobyla, złotych kopuł Monasteru św. Michała Archanioła, świątyni korupcji, czyli rezydencja Wiktora Janukowycza i jeszcze więcej prestiżu, luksusu chociażby z samego Pieczerska. Mam też nadzieję, że jednak nie było tanio i beznadziejnie, a udało mi się pokazać Kijów, właśnie takim, jakim go w krótkim czasie odkrywałem. Już dziś wiem, że wrócę tu jeszcze nie raz. Liczę, że i Wy dostrzegliście ten urok w różnorodności tego miasta. Dla mnie Kijów pełny jest ciekawych osób, inspirujących miejsc i zapachów, za którymi na pewno zatęsknię. Liczę, że moja wyprawa pozwoli Wam nabrać pewnego dystansu, do tego jak Wy postrzegaliście dotychczas tą przestrzeń. Pamiętajcie też, że Kijów to metropolia o bogatej, ale i trudnej historii, w którym niedawno ginęli ludzie, by ich kraj stał się częścią UE. Nam Polakom przyszło to dużo łatwiej i czego zauważam niestety często, nie doceniamy. Może warto się dziś w czasie epidemii koronawirusa nad tym przez chwilę zatrzymać i choć przez moment, poważnie zastanowić. Warto jest docenić to co mamy, bo nic nie jest dane nam na zawsze i co więcej, to co posiadamy i dla nas wydaje się normalne, dla niektórych nie jest, aż takim oczywistym luksusem. Jeśli szukaliście natomiast więcej kijowskiego prestiżu, o którym pisałem Wam na początku, przepraszam, że Was rozczarowałem – znajdziecie go być może w moich przyszłych wpisach z kolejnych wyjazdów do Kijowa. Pozostałym za dotrwanie do tego momentu – bardzo dziękuję i dla Was, najwytrwalszych mam dwa słowa – chapeau bas. Przeczytać tyle tekstu i cierpliwie tu dotrwać – szacun. Chyba strasznie się musi Wam nudzić, podczas tej epidemii 😉 Bądźcie zdrowi i mówcie o mnie dobrze, jak i o tym pięknym i dumnym mieście kontrastów.





Zabieram Was do Holandii. Dziś poznacie moje subiektywne ABC na temat Zaanse Schans, który znajduje się w regionie Zaan. Zachowała się tu zarówno kolekcja starych wiatraków, ale i klimatycznych domków. Być może niektórych zaskoczę, ale Zaanse Schans jest jedną z najbardziej popularnych atrakcji turystycznych w Holandii, którą moim zdaniem zdecydowanie warto zobaczyć. Ruszamy zatem do prowincji Holandia Północna, by odkryć jeden z najbardziej malowniczych regionów Holandii, w którym pachnie o dziwo nie ziołami, a aromatyczną czekoladą. Wyprawę po skansenie rozpoczynam, od wizyty w Laboratorium Kakao, w którym można samemu przyrządzić ten pyszny i aromatyczny czekoladowy napój i to wedle własnych preferencji.
Z kubkiem wyśmienitej czekolady w ręku wyruszam w drogę, by eksplorować ten sielski teren. Piękny krajobraz, drewniane domki i majestatyczne wiatraki wznoszące się nad miastem, wzdłuż leniwie płynącej rzeki Zaan – to wszystko, mimo fatalnej pogody, która mnie tu zastała i tak zapiera dech w piersi. Mam nieodparte wrażenie, że to co tu spotykam, jest kwintesencją oddającą holenderski klimat pozornej beztroski. Jesteście ciekawi jakie atrakcje tu na Was czekają? Mimo niesprzyjającej pogody, która mnie zastała zapraszam na spacer online do miejsca, które w ciągu roku odwiedza ponad milion turystów.
Na start skupmy się może na głównych atrakcjach, które tu spotkam, ale zacznijmy od początku, czyli skąd, kiedy i po co znalazły się tu wiatraki? Aby pozwolić na zachowanie unikalnego holenderskiego dziedzictwa, pomysłodawca skansenu, architekt Jaap Schipper, zadbał o zwiezienie wielu unikatowych budynków z całego regionu w jedno miejsce. Sami zobaczcie i oceńcie czy idea ta była słuszna. Miejcie na uwadze, że siła tego regionu wiązała się właśnie z wiatrem i to on napędzał fabryki oraz tutejsze zakłady pracy. Produkowano w nich wiele najróżniejszych produktów. Wytwarzano tu m.in. deski, papier, pigmenty do farb, ale i olej czy włókna. W niektórych zakładach produkowano żywność np. musztardę oraz przetwarzano kakao. Większość produktów była rozsyłana na cały świat z holenderskich portów, a dynamiczny rozwój przemysłu pozwolił rozwinąć się wówczas Holandii do poziomu światowej potęgi morskiej oraz handlowej.
Kiedy zapotrzebowanie na wiatraki zmniejszyła rewolucja przemysłowa, wiatraki stopniowo przestały być wykorzystywane. Wiele z nich zdemontowano, a pomimo, że region jest obecnie nadal znacznie uprzemysłowiony, to jednak energię czerpie z nowoczesnych źródeł energii. Niestety w związku z tym wiele przykładów unikalnej zabudowy przepadło, tym bardziej moim zdaniem, cennym posunięciem była realizacja pomysłu Schipper’a.

Zapytacie co potrafi mnie tak oczarować? Osobiście do gustu przypadł mi widok na panoramę wiatraków, które rozrzucone są na długości około kilometra wzdłuż rzeki Zaan. Pozostałe budynki skupiono na niewielkim obszarze, dlatego w sezonie przygotujcie się na tłumy turystów. Ja mimo deszczowej pogody i dotarcia tu poza sezonem też musiałem się uzbroić w cierpliwość, by wykonać kilka ujęć bez zbędnych turystów w kadrze. Strach jest pomyśleć, co dzieje się tu latem. Zostawmy te zmartwienia na później i przejdźmy lepiej do zabudowań. W budynkach rzemieślniczych dowiemy się w jaki sposób wytwarzane były produkty związane z regionem. Wewnątrz nich możemy zwykle też zakupić pamiątkowe produkty. Natomiast jeśli chodzi o tutejszą architekturę wyszczególnić trzeba m.in wiatraki.





































Na koniec jak już wiemy co i gdzie, to pozostało ustalić za ile. Wejście na teren Zaanse Schans jest darmowe, ale musimy liczyć się z pewnymi kosztami. Bez opłat możemy wejść do budynków rzemieślniczych oraz sklepów. Płatne są już natomiast znajdujące się tu wiatraki i muzea czy miejsca parkingowe. Koszt za cały dzień parkowania to 10€. Wejście do jednego z płatnych wiatraków wynosi 4€, dzieci do 6 lat wchodzą za darmo, natomiast od 6 do 12 lat za połowę ceny normalnego biletu, czyli za 2€. Pamiętajcie, że ceny się zmieniają, więc warto je sprawdzać na oficjalnej stronie Zaanse Schans. 
Jeśli zapomnicie o wygodnych butach, to alternatywnym sposobem na poznanie okolicy jest 45 minutowy rejs statkiem, podczas którego zobaczycie skansen z innej perspektywy. Rejsy odbywają się sezonowo od kwietnia do końca września. Cena dla osoby dorosłej to 7€, natomiast połowę tego zapłacicie za bilet dla dzieci do 12 lat. Istnieje też możliwość na krótszy kurs, czyli przepłynięcie na drugą stronę rzeki do Zaandijk, koszt kursu za 1€. Polecam Wam też kartę The Zaanse Schans Card. 










Reasumując moje ABC na temat koronawirusa, pamiętajcie, że bardzo ważny jest zdrowy rozsądek. Nie mówcie nie planowanym podróżom do miejsc gdzie nie stwierdzono przypadków zachorowań, ale mocno zastanówcie się nad wyprawami do państw, gdzie znajdują się ogniska epidemii. Ja zdecydowanie taką podróż bym odwołał. Koniecznie odżywiajcie się zdrowo uzupełniajcie suplementy i budujcie odporność. Nie zaszkodzi tran, witamina C i częste i higieniczne mycie rąk, przemywanie twarzy, trzymajcie się ciepło, byle nie za oczy czy usta. Uśmiechajcie się dużo i jeszcze więcej śmiejcie, bo śmiech to zdrowie. Można żartować np. z memów o koronawirusie, ale nigdy go nie lekceważcie.


